Remont kuchni

Dzisiejszy poranek przywitał mnie słońcem i baaardzo dobrze, bo gdyby było inaczej to chyba bym sobie strzeliła w głowę, bo w kolano już sobie strzeliłam decyzją o liftingu kuchni. Oczywiście, że nie sam pomysł w sobie jest zły, przecież poprzedni remont miał miejsce ze 12 lat temu, więc logicznym jest, że po takim czasie w kuchni zrobiło się mniej przyjaźnie ale to, iż w nadmiarze obowiązków skombinowałam  sobie na własne życzenie jeszcze nadmiar wrażeń. Fakt- faktem, że pomysł to ja miałam we wrześniu i znajomemu lekko temat zasygnalizowałam, że szukam malarza-tapeciarza, a znajomy powiedział, że popyta. Popytał skutecznie i wspomniał, abym rezerwowała listopad na ów remoncik. Ja o temacie zapomniałam do dnia, kiedy to zadzwonił mi pan, że on w sprawie remontu. Wzięłam to na klatę, umówiłam się z panem na oszacowanie pracy i dogadałam dzień jej rozpoczęcia uwzględniając przestrzeń czasową na zakup towaru, przygotowanie kuchni i… tu zaczęły się okoliczności nieprzewidziane przez mnie. Ostrzegam w tym miejscu zwolenników tapet, że to nie te czasy, iż wchodzi się do marketu i wybiera, przebiera, wizualizuje wśród regałów z tapetami, bordiurami itp. Otóż nie! Wybór hm…znikomy, desenie tendencyjne, na jedno kopyto, kolorystyka zgodna z trendem mody czyli odcienie szarości. Nie wiem, czy może jestem wybredna, czy mocno przyzwyczajona do tego co na ścianie w kuchni mam, ale zakupienie tapety imitującej płytki okazało się niemożliwe.  Pasek wykończeniowy? Jakieś resztki powciskane w kąt na regale sklepowym. Dawniej miałam tapetę, a obok niej wybór bordiur. Zapomnij. Obleciałam Castoramę, Leroy Marlin, OBI, Brico Marche. Posucha. Odkryłam przy okazji, że likwidują w mieście Praktikery. To nie koniec moich problemów. Kuchnie mam robiona na wymiar, tu zmian poczynać nie chciałam. Niech stoi se do końca moich dni. Moja kuchnia na Mój wymiar! J o pewnych niedogodnościach, które wyszły z czasem już nie wspomnę. W drugim życiu wykombinuje kuchnię bardziej funkcjonalną. A co! W regałach kuchennych nie ma miejsca na zmywarkę, bo kto tam zmywarki kiedyś przewidywał, że podbiją serca pań domu, więc będąc tradycyjną gospodynią chciałam wymienić sobie stary zlew na nowy. Polubię tradycję, a może nawet skansen z domu zrobię i będę pokazywać współczesnym nieletnim, jak pali się w piecu c.o, jak gotuje na gazowej kuchence i myje naczynia w zlewozmywaku. I doszliśmy do gwoździa programu. ZLEWOZMYWAK. Mam ja sobie takie ustrojstwo. Używam je w stopniu znacznym z wiadomych przyczyn (brak zmywarki), po latach zapragnęłam wymienić na nowy. Ha! Nic z tego! Otóż nie ma dostępnych powszechnie zlewozmywaków w rozmiarze tego kupionego  lata temu, a jak są to w cenie lodówki! Teraz produkują mniejsze o 20 cm i co ja mam zrobić? Albo załatać dziurę wyciętą pod ten który jest, jakąś finezyjną dyktą, albo podziwiać wnętrze szafki i dziurą się nie przejmować, albo zostać przy tym starym wysłużonym,  po którym ową wysługę  niewątpliwie widać. Odpuściłam marzenia o nowym zlewozmywaku, podjęłam działania z przygotowaniem kuchni. Zakasałam rękawy i myślę ambitnie – wysunę lodówkę ze szczeliny w której spoczywa od lat, ogarnę to. co za nią niechybnie zaległo w ferworze kuchcenia, tudzież innych okoliczności. Nic bardziej mylnego. Nie wysunę. Ugrzęzła. Zakotwiczyła się czy co? Drgnęłam ją, to zaczęła chodzić jak traktor. Myślę – już po niej. Wysłużyła się jak zlew, może porąbię i wyjmę w kawałkach, ale przed użyciem siekiery-myślę -zmierzę, bo może wąskich na 50 cm też już nie produkują, choć w przypadku zlewu występuje tendencja do minimalizacji rozmiarów (wiadomo weszły zmywarki), więc co się dzieje w świecie lodówek? Dobrze, że nie użyłam siekiery, bo w świecie lodówek jest tendencja przeciwna jak w świecie zlewów, tu AGD idzie w szerz i lodóweczki na szerokość 50 cm owszem jeszcze są, ale już w okrojonym mocno asortymencie.

Rankiem zatem wpuściłam pana od remontu do domu, zdając mu relację z osobistych problemów ze sprzętem w kuchni, zapakowałam dzieci do samochodu i ruszyłam do pracy. Szczęściem świeciło mi słońce w paszczę, przymrużyłam oczy odnotowując we wstecznym lusterku, że lifting gębuni by mnie mniej „zachodu” kosztował niż kuchni. W zasadzie ani jedno, ani drugie się nie sypie, aż tak żeby nie nadawało się do użytku czy oglądu, a jednak skoro zaczęłam ów remoncik, to go dokończę, a potem…a potem usiądę na progu kuchni i sobie zapłaczę, albo zaśmieję w głos, jak dziś do słońca, które mnie swoją ciepłą barwą podniosło na duchu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Remont kuchni

  1. ~Agnieszek pisze:

    Ja wiem, ze Tobie pewnie średnio zabawnie w obliczu takich wyzwań, ale mnie właśnie popłakałaś ze śmiechu :D :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>