Codzienność przytłacza ilością obowiązków

Od czasu Bled, które żyło we mnie długo jeszcze wspomnieniem wioślarskiego klimatu, upłynęły już dwa miesiące. Wyjazd ten przeszedł  do mojej osobistej historii.

Codzienność przytłacza ilością obowiązków. Głównie zawodowych. Na brak tych nie mogę narzekać, na nadmiar mogę, tylko co to da? Upuszczę czasem swoim wolnym słuchaczom treści, jak się domyślam w dużej mierze niezrozumiałe, bo to czym się zajmuje dla środowiska moich przyjaciół i bliskich zrozumiałym raczej nie jest, przeplatane inwektywami pomieszanymi z bezsilnością. Cóż, taką mam pracę, którą nawet miejscami lubię za ową różnorodność zadań i nowe wyzwania, a że nie wszystkim wyzwaniom jestem wstanie sprostać, to inna historia. Póki co bardzo się staram. Tyle mogę, choć równie dobrze mogę podziękować i poszukać innego zajęcia. Tylko jakiego? Pomysłu nie mam, więc śmigam do pracy i z pracy z kwadratową głową. Nie mam podzielności uwagi niestety, a muszę robić kilka rzeczy na raz, co powoduje wejście na takie obroty o jakie bym siebie nie podejrzewała. Potem kiedy jadę do klubu zmęczyć zdrętwiałe za biurkiem ciało/lub ląduję bezpośrednio w domu to mój mózg wchodzi na jałowy bieg i z trudem wiążę słowa w zdania. Stać mnie jeno na machanie kończynami podczas ćwiczeń, siermiężną zadyszkę z elementami ślinienia,  jęki i stękania, wydawanie półdźwięków, a  w domu, to potrafię się biernie gapić w tv, i rzucać krótkie komunikaty do nieletnich, bo rozumienie treści książki czy prowadzenie treściwego dialogu z potomnymi staje się zadaniem nie do przejścia.

W zasadzie po za pracą nic szczególnego się nie dzieje. Przyjaciele mnie mają mniej, rzadziej się spotykam na kawie czy na wyjściu do kina. Kino to inna sprawa, bo moja kinowa towarzyszka urodziła Arcydzieło nr 2 i skupiona jest na karmieniu i opiece, co jest słuszną ideą, a mnie trzeba poczekać, aż malucha odchowa na tyle, aby ruszyć ze mną na miasto.

Sprawy rodzinne bez zmian. Pierworodny wpada, jak ma wolny weekend i tu nie ma reguły. Ostatnio był na moje imieniny. Wpadł szybcikiem pomiędzy meczem a umówionym spotkaniem, wyściskał, zjadł, pojechał i tyle Syna. Wszedł w swoje życie. Studia, praca, treningi-doskonale to pamiętam i chciałabym móc przeżyć to jeszcze raz. Młodsze tez w swoim rytmie. Szkoła i treningi. Piotr w tygodniu zawozi Micha i Julę na zajęcia, a ja Julę zgarniam z rożnych krańców Poznania, bo jej klub rozproszył zajęcia w obrębie całego miasta. Czasem nie mam siły jechać po nią zwyczajnie, ale nie chcę podcinać Jej chęci i zaangażowania. Zrobiła duży postęp. Ma satysfakcję, więc krzeszę w sobie chęci i zbieram zad i jadę to na Golęcin, to na Janikowo. W domu zazwyczaj jestem lub jesteśmy późno. Teraz szybko robi się ciemno, to już niespecjalnie ma się ochotę na cokolwiek. I tak mija ten czas. Dzień po dniu. Przemijanie- myśl o nim, jak mnie czasem dopadnie, to budzi lęk. Ile takich dni napiętych zadaniami, obowiązkami, które sami przecież sobie stawiamy, minęło bezpowrotnie. Dni bez uważności na bliskich, bez rozmowy, która na chwilę zatrzyma nas przy sobie, bez gestu ciepłego, bez dobrego słowa. Nie wiem ile dni przede mną, ale ile by ich nie było, to wiem, że i tak jest ich za mało na wyprostowanie pewnych rzeczy, na nadgonienie tego co zgubiłam w czasie nieuwagi, a do tego tyle razy postanawiam sobie, że od dziś będę lepiej pożytkować dzień, a wychodzi najczęściej nijako, bo w kieracie obowiązków i tego „muszę jeszcze to czy tamto”. Staram się  głównie dla dzieci, żeby było im dobrze. W sferze mentalnej i fizycznej. Zapewnić chcę im dobre warunki do rozwoju, jednak czy nie za bardzo winduję sobie to zadanie? Zapominam często o sobie, czasu dla siebie samej mam tyle, co wyszarpnę na pójście do klubu. W zasadzie odkąd pojawiły się dzieci w moim życiu, to podporządkowałam to życie im. Przeorganizowywałam wielokrotnie dopasowując je do ich potrzeb. Moje zeszły na dalszy plan. Teraz trochę zawalczyłam o siebie wracając do aktywności sportowej, ale odbywa się to sporym kosztem-naciągam nierozciągliwy czas do granic możliwości, wszędzie się spieszę, jestem ponaglana wskazówkami zegara, które najchętniej zatrzymałabym. Pośpiech rodzi napięcia, te rzutują póki co na samopoczucie, które się obniża. Żeby tylko nie odbiło się to na zdrowiu mi, bo przecież nie mogę pozwolić sobie na chorowanie, bo przecież muszę zapewnić dzieciom warunki. Błędne koło. Sami je sobie tworzymy i dobrowolnie w nim kręcimy się. Trudno z niego wyjść.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Codzienność przytłacza ilością obowiązków

  1. Alex. pisze:

    Rutyna. Każdego kiedyś dopada, choć po wpisie mogę wnioskowac, że jestem młodsza od Ciebie i pewnie niewiele wiem o takim zyciu, również mam specyficzną pracę, która pożera dużo energii. To jest takie zajęcie, którego nie można po godzinie 16 zostawić w biurze co niestety często odbija się na moim życiu prywatnym, a gdyby jeszcze pojawiły się dzieci! Trudne do ogarnięcia. Myślę jednak, że grunt to znaleźć przynajmniej 15 minut dziennie dla siebie, na zrobienie sobie paznokci, na poprzebywanie z samą sobą czego bardzo Ci życzę.

    • tuwemnie pisze:

      No własnie-paznokcie ;-), totalnie zaniedbane, ale staram się każdego dnia znaleźć chwilę dla siebie. Dziękuje za dobre słowa. Życzę Tobie i sobie pracy, która jednak pochłania mniej energii. Pozdrawiam :-)

Odpowiedz na „Alex.Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>