Lepiej późno, niż wcale

Mój stan wewnętrznego napięcia nie schodzi. Szukając analogii swojego najeżenia wśród fauny wpadłam na jeżatkę. Emocje są nastroszone jak kolce na powierzchni skóry, a ta aż boli od przepięć, które buzują w mojej głowie tysiącem myśli. Te tłumione we wnętrzu siłą woli usztywniają moje całe ciało. Wszystko mnie boli. prowadzę wewnętrzne dialogi typu: odpuść, zweryfikuj swoje myślenie, odrzuć ziarno od plew, nie daj się pochłonąć złym emocjom, zostaw to za sobą. Chcę nabrać powietrze w płuca, ale leży mi na klatce kamień niezrozumienia i przygniata.
Zadaję sobie pytanie od przedwczoraj: czy ja znałam Piotra? Okazuje się, że nie do końca. Elastyczność Piotra była mi znana. Owszem. Nie raz miałam okazję oglądać go w kilku odsłonach. Miał swoją wersję tą na pokaz i wersję nie pokazową, kiedy nie musiał trzymać się w karbach przyzwoitości. Jednak zawsze miał się za człowieka dobrego, uczynnego i uczciwego, który ma swoje zasady. Dobroć, uczynność czy uczciwość nie są manipulatywne. Nie można nimi żonglować na potrzeby sytuacji. Wypływają z naszej postawy. Postępowanie wbrew sobie samemu kłóci się w nas. Nie daje nam spokoju. Piotr nie ma wewnętrznych konfliktów. Każdą sytuację którą spieprzył, tak w sobie obrobił, aby wina leżała po za nim. Dociera do mnie, że nie usłyszałam od niego nigdy nic niekorzystnego na swój temat. Na wszystko miał wytłumaczenie. Wobec wszystkiego był bezwolny, albo nie mógł, albo chciał, ale nie miał możliwości, albo starał się, ale go nikt nie doceniał, albo darzył uczuciem, ale nie okazywał, albo wiedział co zrobić ale nic z tym nie zrobił itd.
Bierna postawa może i jest wygodna. Nie wiem, nie praktykuje. Robienie z siebie ofiary, osoby niewinnej i pokrzywdzonej, upatrującej źródła swoich niepowodzeń po za sobą. Jednak Piotr przejawia i aktywną postawę podczas ataków wobec mnie. Pewnie to też naturalne, bo ofiara bez kata nie może być ofiarą.
Popełniłam dużo błędów, jednym z nich było zaufanie Piotrowi. Otóż całą swoją historię jemu zawierzyłam. Jestem zwolennikiem rozmów, dialogu. W tych formach upatruję zrozumienia i porozumienia między ludźmi. Przedstawiając swoją perspektywę, swoje motywy, uczucia, intencje mamy możliwość naprowadzenia partnera na ścieżkę, którą podążaliśmy. Unikamy wtedy domysłów. Oczywiście warunkiem jest to, że ktoś z uważnością i dozą empatii nas wysłucha i przyjmie naszą wersję. Gorzej, kiedy nakłada się na to swoją formę, odbiegającą od przedstawianej. Wtedy żadne rozmowy sensu nie mają. Za późno zrozumiałam, że ogrom chęci, energii straciłam na bezowocne rozmowy z Piotrem. Niejedna osoba mi mówi, odpuść, zostaw to, przecież nie zmienisz jego toku myślenia. Stworzył sobie swoją wersję waszego życia. Stworzył i w nią wierzy. Ją kultywuje. Nic z tym nie zrobisz. Pewnie tak. Mogłabym przytaczać fakty, dowody i nic…wyparte przez Piotra w jego głowie nie istnieją.
Chciałam spokoju, a nie permanentnych awantur i obelg pod moim adresem w obecności dzieci. To słyszałam weź sobie rozwód i powiedz w sądzie jaka jesteś, ale nie weźmiesz rozwodu, bo będziesz musiała sprzedać ziemię i dom po matce i mnie spłacić. No to złożyłam pozew. Były przecież i mediacje, gdzie mąż chciał ode mnie 140 tyś za rozwód, dzierżąc na swoim koncie podobną kwotę naszych oszczędności. Był pozew bez orzekania winy. Nie szło dojść do porozumienia, mąż się nie zgadzał na rozwód. Teraz na ostatniej sprawie, kiedy to Piotr oświadczył, że zgadza się na rozwód, wyszło, że okazał dobrą wolę, swoją dobroduszność i ja mogę z niej skorzystać. Kiedy opowiedział jak to złą kobietą jestem, a on jak był wspaniały i jak zajmuje się dziećmi, to już nic tylko wpatrywałam się w głowę nad nim czy mu aureola nie zaczyna świecić. Kiedy mnie dopuszczono do głosu, powiedziałam, że taka sytuacja, że ojciec zajmuje się dziećmi z takim zaangażowaniem, pomimo, że one już tego w takim stopniu nie potrzebują, ma miejsce przez ostatni czas, wcześniej to wszystko spoczywało na moich barkach, to co na to powiedział sędzia? „Lepiej późno, niż wcale” i tymi słowami wprowadził mnie w osłupienie. Owszem można posługiwać się powiedzeniami, ba nawet używać ich jako argumentu na sali sadowej, ale biorąc pod uwagę, że coś ważnego dla ludzi się kończy, a czasu straconego wobec dzieci nie sposób nadrobić, to rzucanie takich cytatów bywa nie na miejscu.  Zresztą w naszym przypadku, jak widać jednak zdecydowanie za późno.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Lepiej późno, niż wcale

  1. ~Sylwia pisze:

    Kochana współczuję Ci zazdroszcząc jednocześnie zakończenia procesu. Ja za dwa tygodnie mam kolejną rozprawę na której nie będę bo w tym czasie serducho mi łatać będą. Ale dopadają juz mjie jakieś rzewne wspomnienia i żal w sercu gości trudny do wytłumaczenia. Tak wiem ile popełniliśmy błędów i jak daleko juz od siebie byliśmy wiem ile złego sobie nawzajem zrobiliśmy ale mimo wszystko mi szkoda. Przegrana to dla mnie jakaś i mimo szczęścia aktualnego ciężar na duszy… A co do postępowania Piotra -cóż nie wszyscy ludzie umieją przyznać się do błędów nie tylko przed sobą a co dopiero przed szerszym gremium.moze nigdy nie wyjdzie poza swoje ograniczenia i do końca będzie jednym wielkim pokrzywdzonym. Nic na to nie poradzisz. Zostaw go z tym. Odetchnij w końcu życzę Ci tego z całego serca…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>