Piszę co raz rzadziej

Mniej we mnie emocji, mniej przejęcia tym nowym tworem, jaki stworzyliśmy z Piotrem głównie na potrzeby dzieci. Pierworodny zamyka pierwszy stopień edukacji, pisze prace licencjacką, kończy praktyki. Potem…potem ma już kilka planów na życie i prawdopodobnie się wyprowadzi. Córka wchodzi w trudny czas, nie dosyć, że zawsze była outsiderką, to teraz nasila się jej indywidualizm. Martwię się czasem, że stracę z nią kontakt, że mi gdzieś czmychnie w meandry nastoletniej emocjonalności i ją zgubię. Złapała bakcyla do trenowania lekkoatletyki. Ćwiczy z zapałem na treningach, to plus, bo wiem, że pasja to ważna składowa życia. Najmłodszy rozbiegany pomiędzy szkołą a treningami. Robi postępy na obu płaszczyznach. Jest zdyscyplinowany, ale najbardziej wytrącony chyba z równowagi rozpadem rodziny. Piotr po autoprzeszczepie ma się dobrze. Przynajmniej tak mówi kiedy pytam, bo aktualnych wyników badań nie znam. Wygląda dobrze, ma sporo energii, to widzę, gdy się czasem gdzieś miniemy, więc mniemam, że szpiczak został w znacznym stopniu zażegnany.  Piotr nadal jest na plastrach i to one regulują jego emocje.  Z krótkich oględnych relacji dzieci wiem, kiedy tata jest w wersji łagodnej, a kiedy w ostrej.
Za tydzień spotykamy się w sądzie. Orzeczenie sądu nie ma już dla mnie znaczenia większego. Dwa lata mijają, jak Piotr się wyprowadził, całe lata, jak „wyprowadziliśmy się” od siebie w obszarze psychicznym. Mam w sobie wiarę, że uda nam się na tyle zachować szacunek dla siebie, że nasza relacja będzie co najmniej poprawna. Spokój, który pozyskuję od dnia naszego rozejścia jest dla mnie kojący. Na wiele rzeczy patrzę inaczej, owszem czas wytwarza inną perspektywę ale i ów spokój pozwala ugładzić myśli, wyciszyć pretensje, żale, animozje.
To, co wyżej,  zapisałam tydzień temu i wisiało niedokończone w szkicach blogowych.
Dziś emocji we mnie sporo. Niestety niedobrych. Rozżalenie, rozgoryczenie, rozczarowanie, żal.
Sąd Okręgowy, sala sądowa i orzeczenie rozwodu. Rozwód nie był moim życiowym celem. Był koniecznością w sytuacji do jakiej doprowadziliśmy siebie pociągając za sobą nasze dzieci. Koniecznością, gdy nie szło się porozumieć samemu ze sobą czy za pomocą miediacji. Kiedy to dziś Piotr ostatecznie zdecydował się na zmianę swojego stanowiska, że chce jednak rozwodu, to Sąd zaproponował powrót do wstępnej wersji pozwu czyli bez orzekania o winie. Piotr na dzisiejszej sprawie opowiadał naszą historię. Wiem, że każde z nas ma swoje odczucia i emocje, które zabarwiły ponurym kolorem w pamięci konkretne sytuacje nas dotyczące, jednak stojąc nie raz przed Sądem i Piotrem, mówiłam: wiem, że jestem winna rozpadowi tego związku i będę z tym poczuciem żyć do końca dni. Wiem też, gdzie zawiniłam, gdzie mogłam inaczej. Nie jest to dla mnie lekkie i przyjemne zamknięcie 20 lat życia w związku. Konsekwencje swoich działań, decyzji będę ponosić, a dzieci nie raz mnie rozliczą z moich błędów, które popełniłam. Będę musiała wtedy przyjąć to, co mi powiedzą czy może rzucą w twarz rozgoryczone. One mają zapisaną swoją historię, nasyconą swoimi emocjami adekwatnymi do poziomu ich rozwoju. Piotr nie wziął na siebie krzty odpowiedzialności za rozpad naszego małżeństwa. Był idealnym mężem. Nawet, jak pił…powiedział, że wie, że pił bo kierowało nim uzależnienie, ale też dlatego, że żona nie okazywała uczuć, tak jak chciał, był rozczarowany, bo inaczej wyobrażał sobie małżeństwo. Mój Boże, ja również inaczej je sobie wyobrażałam! Pił zanim zawarł związek. Jaki wtedy miał powód? Kurde, znam wiele osób uzależnionych, po terapiach, ale mam wrażenie, iż mają większy wgląd w siebie, więcej krytycyzmu wobec własnej osoby. Mam niesmak po tym, co usłyszałam. Jak nigdy go nie wspierałam, kiedy pił, kiedy przestał pić, kiedy podnosił kwalifikacje zawodowe, kiedy zmieniał pracę, kiedy był za granicą. Nic tylko skupiona na sobie zbijałam bąki. On, tato kąpał dzieci i…długo, długo nic i teraz JEST, interesuje się, wozi do szkoły, na treningi, kupuje przybory szkolne, odzież, buty. Jasny gwint przecież, to podstawowe obowiązki rodzica. Dzieci są już nastoletnie, jedno dorosłe; są całkiem samodzielne, coraz bardziej niezależne, a on wyskakuje przed Sądem z zakresem podstawowych obowiązków, mało tego mówi o tym emanując glorią i chwałą. Mam być wdzięczna ojcu własnych dzieci, że zapewnia im podstawowe rzeczy, realizuje ich potrzeby? Kiedy go nie było, nie obnosiłam się z tym, że wypełniam rodzicielskie obowiązki, że wożę do szkoły, kupuję ubrania, karmię, wożę na treningi. Nie wiem czy to, że jestem matką, to zmienia poczucie obowiązku wychowawczo-bytowego wobec dzieci? Czy to znowu jakieś uwarunkowania społeczno-obyczajowe i matka to wszystko musi, a ojciec tylko może, a gdy już robi, to pomnik się jemu należy? Ponad to ma ogrom wolnego czasu o sporo możliwości. Nie pracuje, ma pieniądze, samochód więc o ileż łatwiej dostosować się do rytmu dzieci, kiedy w większości rodzin , to one muszą dostosować się do rytmu pracy rodziców.
Ech..nie tylko nie usłyszałam jednego słowa, którym Piotr wyraził by poczucie odpowiedzialności za to, że nam się nie udało, bo i on coś zawalił, czemuś nie sprostał, zawiódł. Nie usłyszałam też żadnego pozytywnego słowa o sobie. Byłam po prostu do bani, kiepska żona i matka, ale na pytanie Sądu, czy mąż mnie wciąż kocha, po namyśle Piotr odpowiedział, że zawsze darzył żonę uczuciem, zawsze to mówił, może nie okazywał, ale mówił i jeszcze mnie kocha. „Darzył żonę uczuciem” -jakim?- cisnęło mi się na usta. Uczucia są różne, czy Piotr miał na myśli miłość, czułość, serdeczność, troskę czy może nienawiść, zazdrość, niechęć, rozczarowanie, antypatię. W naszym związku od lat działo się źle. Czasem, gdy udało się w spokojnym tonie rozmawiać o ewentualnym rozstaniu, wyrażałam nadzieję, że jeśli by do tego doszło, to będziemy potrafili zrobić to bez godzenia w siebie nawzajem, ze spokojem, zachowując wzajemny szacunek. Piotr temu przytakiwał. Jasne, gadać to sobie można, a sytuacje w życiu zweryfikują wszelkie słowne deklaracje. Zweryfikują też nas samych w tych sprawdzianach z życia. Jestem po takiej weryfikacji. Jestem rozwódką, która zmarnowała życie partnerowi, a on był bezwolną ofiarą moich wyrachowanych działań.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>