Badanie przez biegłego psychologa za nami,

Sąd skierował na takie badanie, bo tak najczęściej procedury postępowania rozwodowego wyglądają, gdy chodzi o małoletnie dzieci.
Dzieciaki po jednym spotkaniu, które miało miejsce jakiś rok temu u psychologa w szpitalu onkologicznym, kiedy to w czwórkę wylądowaliśmy w gabinecie, nabrały takich uprzedzeń, że ich nastroje były wręcz wisielcze. Mało tego po feriach pierwszy dzień i nie idą do szkoły. No obrażone na cały świat.
Próbowałam nie co zmienić ich przekonanie i jedynym skuteczny sposobem okazało się poczucie humoru i nasze głupie żarty w drodze do gabinetu.
Moje emocje odnośnie rozwodu opadły już jakiś czas temu i póki co nie podnoszą się. Cały ten rozwód zaczyna być mi obojętny.  Najgorsze, czyli wydłubywanie ze skorupy wspomnień, kawałków nieciekawej przeszłości mam za sobą. Teraz pani psycholog będzie się przyglądać relacjom dzieciaków z rodzicami i na podstawie 3-4 godzin obserwacji wystawiać nam cenzurkę jakimi rodzicielami jesteśmy, jak dzieci funkcjonują na poziomie emocjonalno-intelektualnym (świadectwa, opinie specjalistów, gdy są trzeba mieć) oraz czy przez rozwód „nie ucierpi dobro wspólnych małoletnich dzieci”-ta formułka jest mocna, bo jak Sąd może zbadać poziom ich dobra? Nie dosyć, że badanie nie jest miarodajne, bo nijak nie może być, kiedy to ktoś ma się o sprawach trudnych dowiedzieć na podstawie krótkiej rozmowy i jeszcze wystawić opinię, to naprawdę potrzeba by chyba rzędu wnikliwych i doświadczonych obserwatorów, a i tak efekt mógłby być żaden. Dobra, Sąd się czymś podeprzeć musi, no to praktykuje takie badania i już.
Pani psycholog wzięła nas czyli męża i mnie na pierwszą linię frontu, a dzieciaki w pokoju obok czekały znużone. W zasadzie nie ma tu problemu ograniczania władzy rodzicielskiej, więc kłótni o to w jakie dni i po ile godzin mamy się opiekować dziećmi, nie było. Nie było też, na szczęście tematu z kim mają mieszkać, bo to jakby stało się oczywiste i nie obrzucaliśmy się argumentami przemawiającymi za tym, kto jest lepszym rodzicem; tu mogłaby być niezła jatka, gdyż wiem jakie Piotr ma mniemanie o mnie w tym zakresie.
Jatka jednak i tak była, otóż Pani psycholog dopytując każdego z nas o status, zarobki, warunki mieszkania, zdrowie  i naszą ocenę swojej sytuacji, usłyszała ona, no i ja, że mąż ma warunki na tyle kiepskie, że dzieci nie może nawet u siebie podjąć (te same warunki są w jego domu rodzinnym od lat, gdzie dzieci u babci przebywały wielokrotnie na różnym etapie swojego rozwoju i nic tym warunkom nie brakuje), mało tego, że mężowi jest trudno żyć z miesiąca na miesiąc prosząc brata o taką możliwość. Ze zrozumieniem psycholog pokiwała głową, skrzętnie notując, a mnie szlag trafia, bo mam silne przekonanie, że wykorzystuje nie tylko chorobę Piotr, ale i tą sytuację, aby pogłębiać się w roli ofiary. Stać go na wynajem lokalu, który będzie spełniał warunki –cokolwiek mąż ma na myśli, bo tego się nigdy nie dowiem lub dogadać się z bratem tak, aby nie prosić się o mieszkanie w ich domu rodzinnym bez względu na to czyją jest własnością po śmierci ich Matki.
Piotr miał też silną potrzebę mówienia o swoich emocjach. Wyglądało to mniej więcej tak, że zaczął mówić, jak to nie może zrozumieć mnie i mojego zakłamanego postępowania. Podkreślać wyłączność mojej winy, wyciągać nasze brudy w postaci zupełnie przetworzonych treści lub wyrwanych z kontekstu słów czy obrobionych na potrzeby Piotra zdarzeń. Słuchając, co on mówi, robiłam oczy tak duże, że zaczęłam sprawdzać czy są jeszcze na swoim miejscu, a moja percepcja zawodziła mnie na tyle, iż nie byłam w stanie rozpoznać czy wybałuszam je na skutek podniesionego ciśnienia, czy to silne zdziwienie połączone z zatkaniem i bezdechem. Zwentylowałam ten pęczniejący stan słowami : „co ty mówisz??? Czy Ty siebie słyszysz, chociaż”?
No jaja jakieś. Ku..a. Nie raz byłam świadkiem przetworzenia przez Piotra naszej skądinąd wspólnej przeszłości. Nie raz głupiałam próbując umiejscowić jego historię w chronologicznym biegu zdarzeń i nie raz przeżyłam ten stan ZATKANIA i NIEPOJĘCIA pt: „o co chodzi”??? Kurde wyszłam z wprawy. Znów mnie strzeliło i powaliło. Zatkało. Zagotowało. Doszło do przepychanki słownej. Domagałam się faktów, a nie jego domysłów i hipotez. Oczywiście mąż siedział spokojnie i swoim spokojnym głosem dochodził swego, a gdy udało mi się mu przerwać, to prychał po swojemu i mówił: „ no widzisz, bo się nie przyznasz, że tak było, a tak było”…kobieta chwilę biernie się przysłuchiwała. Potem te nasze wymiany kilka razy przerwała. Stwierdziła, że jest w nas wciąż dużo emocji. Mąż stwierdził, że on nie może wypowiedzieć się na temat swoich emocji, a  żona to mogła mówić, ale on nie. Ona zaczęła go zachęcać, aby kontynuował, chociaż ta rozmowa dawno już nie jest na temat, ale ona nie chce, aby on miał poczucie, że za mało czasu mu poświęciła. On już podziękował. Cyrk. Po prostu cyrk.

Dotyczyć spotkanie miało DZIECI. Na wstępie, trzymając nasze akta na kolanach, zastrzegła, że je czytała, że zna moją i męża treść pozwu i o tym nie będziemy rozmawiać, tylko o tym, co dotyczy dzieci.  No to się dowiedziała o tym, co żona mężowi zrobiła. Jędza. Żmija podstępna. Zimna kreatura. Ach i padło sztandarowe męża hasło: „ kochałem żonę i gdyby żona była inna, to ja byłbym inny dla niej”. Warunkowanie swojego uczucia i zachowania postawą partnera, to zjawisko bardzo mi znajome i bardzo przenoszące na mnie odpowiedzialność. I mówi to facet, który przeszedł trzy lata terapii i pracy z psychologiem.

Wyszłam roztrzęsiona, nerw normalnie mnie wziął, a Piotra abstrakcje dzwoniły w uszach. Jakie ścieżki znajdują jego synapsy będzie dla mnie zagadką do końca życia, ale też silnym argumentem za tym, jak cholernie rożni jesteśmy, gdy chodzi o wgląd w siebie i spraw, które są trudne, a dotyczą nas samych.
Dostaliśmy do wypełnienia testy, a dzieci zostały poproszone do pokoju psycholog. Jedno weszło na chwilę rozmowy i miało również zadanie do napisania. Drugie to samo i wsjo! Dzieci z 40 minut, a rodzice ponad dwie godziny.
Takie sytuacje, kiedy słyszę Piotra wypowiadającego się o nas, przepraszam o mnie, bo o sobie, to on ma takie wypowiedzi, że jakby ich nie obrócić, to wypadają zawsze poprawnie, to dociera do mnie momentalnie świadomość DLACZEGO MY SIĘ ROZSTALIŚMY.
Potrafiliśmy ze sobą PRZEBYWAĆ, ale nie potrafiliśmy ŻYĆ w emocjonalno-uczuciowej bliskości.
Dlaczego?
Bo nie potrafiliśmy z wielu powodów stworzyć  tej bliskości tam na samym  początku, gdy byliśmy jeszcze młodzi, niedojrzali, a życie nam rzuciło wyzwanie w postaci  roli rodzica, a potem się tego też nie nauczyliśmy, bo każde było skupione bardziej na oczekiwaniu wobec drugiego, niż siebie samego.
Dziś widzę swoje błędy, dziś wiem, że nasze małżeństwo, jako związek uczuciowy nigdy związkiem nie był.  Uczucia to nie słowa o miłości i zapewnienia o niej, to nie gadanie o szacunku, o wsparciu, zrozumieniu.  To żywe gesty, autentyczne zachowania. Spójne z nami. Wypływające z nas, a nie pod publikę. Pewnie, że popełnia się błędy, ale nie wciąż te same i nie można w nieskończoność siebie tłumaczyć.  Dziś wiem, że utrzymanie samego  małżeństwa dla jego statusu  jest łatwiejsze niż rozstanie. Przy rozstaniu emocje zostają poruszone do granic możliwości, a w związku są odrętwiałe postępująca martwicą do której dawno się już przyzwyczailiśmy. Ludzie albo budzą się z tego odrętwienia i coś ze sobą robią obierając wspólny azymut, albo któreś przebudza się przy kimś nowo poznanym.
Powiedziałam tam, że gdybym wiedziała, że tego dnia, kiedy Piotr chciał ode mnie uczuciowej szczerości i kiedy zapewniał, że jest gotowy na każdą odpowiedź, gdybym wiedziała, że to pytanie jest wynikiem jego wahadła emocjonalnego, absolutnie nieprzemyślane i bez odpowiedzialności po jego stronie, to ja  wtedy zwyczajnie skłamałabym. Skłamała dla dobra większości, bo po tym dniu już każdy następnym był pęczniejącym wrzodem. Powiedziałam, że ta moja „prawda” nie była warta tego, co potem nastąpiło. Szczególnie tego co wyrządziliśmy dzieciom, gdyż Piotr mocno je wciągnął w nasze problemy. Jemu tego podarować nie mogę, a sobie, że ich lepiej nie chroniłam. Przyglądam się z niepokojem, co w nich pozostawi niedojrzałość  rodziców.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Badanie przez biegłego psychologa za nami,

  1. ~Sylwia pisze:

    iliśmy z wielu powodów stworzyć  tej bliskości tam na samym  początku, gdy byliśmy jeszcze młodzi, niedojrzali, a życie nam rzuciło wyzwanie w postaci  roli rodzica, a potem się tego też nie nauczyliśmy, bo każde było skupione bardziej na oczekiwaniu wobec drugiego, niż siebie samego.”i wszystko co później to SŁÓW które mogłabym
    przepisać w opisie własnego małżeństwa.
    Taka jest prawda niestety… miałam dużo czasu w tym cholernym szpitalu żeby się nad tym zastanowić.I będąc teraz w związku z Tomaszem,widząc jaka inna jestem wobec niego niż byłam wobec męża, wiem już ze to po prostu od samego początku było niuanse małżeństwo. SMUTNE…

    • tuwemnie pisze:

      Na rożnym etapie życia, a tym samym swojej dojrzałości jesteśmy inni. To, że dziś jesteś wobec Tomasza taką partnerką jest również wynikiem tych doświadczeń z mężem. Bądź mu zatem niewiasto wdzięczna ;-), a raczej swoim wnioskom. Nie byłabyś taka, gdyby nie doświadczenia wcześniejsze. Nie zmusiłabyś się do refleksji nad sobą i podjęcia zmian, gdyby nie zaistniałe sytuacje i zdarzenia oraz podjęcie trudu przyjrzenia się sobie. Uważam, że sukcesem pary jest to, że przechodzą te wszystkie etapy zmian osobistych będących wynikiem dojrzewania i doświadczeń jakie nas w życiu spotykają, że przechodzą je razem i wciąż ze sobą chcą być. Świadomie być. Nie bo stawiają rodzinę ponad wszystko, bo działają dla dobra dzieci, bo się przyzwyczaili, bo tak wygodniej, ale są bo widzą i akceptują wzajemną zmianę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>