Nie ma lekko

Tytuł brzmi złowieszczo, a ja nawiązuje do ciężaru (tym razem nie życia), a tego który dźwigam na własnych nogach czyli nadwaga-temat mocno wyświechtany przez społeczeństwo będące w dobrobycie, do którego się skądinąd zaliczamy. Tak, tak noworoczne postanowienia wielu z nas są w tym zakresie do siebie podobne: „zrzucić kilka kilogramów”. Ja postanowień noworocznych nie czynię, bo?, bo nie lubię postanowień, a nie lubię ich bo?, bo po prostu jestem mizerna w dotrzymaniu ich. Proste. Jednego wieczoru mój Pierworodny, który fintesuje się i dietetyzuje, patrząc na kogoś w tv, kto otyłość miał sporą, rzekł w zamyśleniu: „jak można doprowadzić się do takiego stanu, przecież to jest długi proces, czy człowiek nie widzi jak się zmienia i jak mu coraz ciężej”. Wymyślił-skonstatowałam cicho w głowie, ale kurde zostało i siedzi. Chciałabym schudnąć tak z 10 kg. Skoro umknął mi proces tycia, to może uświadomię sobie proces chudnięcia i rozpuszczę zbytek?  O, jest to moim marzeniem,  a  marzyć to ja lubię. Więc marzę sobie, że jestem chudsza, smuklejsza, bardziej gibka i wiotka, marzę i marzę, bo podobno proces gubienia wagi zaczyna się w głowie. Mój się zaczął jakieś 15 lat temu i trwa. No tak proces ;-), a skoro efekty są mizerne,  okresami nawet odnotowuję niebezpiecznie deprymujące liczby na wadze cyfrowej, to postanowiłam zintensyfikować myślenie, a nuż coś zgubię i oby to nie był kontakt ze samym sobą ;-).

Święta. To były zaskakujące święta. Inne. Tak, jak jestem tu schematyczna , tak wyszły one po za mój utarty schemat. Nie tylko tą ubraną przed czasem choinką, ale wigilią w niespodziewanym gronie. Mąż na wigilię postanowił nie przybyć. Dowiedziałam się od dzieci, że taty nie będzie, więc zapytałam go drogą tradycyjnie już sms-ową, jaki jest powód takiej decyzji. No i sobie narobiłam. Głupia ja. No jaki powód? -głupio się pytam. Ja. Ja sama w sobie, bo za krótko, źle, niewłaściwie, nieodpowiednio „opiekowałam” się mężem w trakcie i po przeszczepie. Jednym słowem jestem zła, a on nie będzie przed dziećmi udawał dla mnie(?), że wszystko jest ok, bo nie jest i czas to pokazać, że zniszczyłam rodzinę. No to pokazał. Cóż zatem, zamiast życzeń świątecznych poczytałam sobie sporo cierpkich słów o sobie, a zamiast opłatkiem podzielił się ze mną mąż swoim żalem, którego jestem jak widać nieustającym źródłem, a czas wydaje się nie sprzyjać temu, aby postawa Piotra wobec mnie nabrała łagodniejszej formy.

Męża  nie było przy wieczornym stole, ale po za mną i dziećmi była bratowa, którą wypuścili ze szpitala właśnie we wigilię po operacji bypassa, a  jej córka wyjechała do teściowej, oraz matka bratowej, która przyszła na chwilę odwiedzić ją, a że to samotna kobieta, więc po prostu została u nas zaproszona do stołu.  Po wigilii powiedziałam dzieciom, aby zabrały opłatek, jedzenie i prezenty do Ojca i pojechały do Niego. Tak też się stało. Posiedziały. Wróciły. Potem wspólny wieczór.

Nowy Rok. Dla mnie dzień, jak co dzień. Pierworodny wychodził na imprezę w swoim gronie. Córka wymyśliła, że zaprosi koleżanki, na co przystałam, a ja z najmłodszym wyszliśmy do mojej  „przyjaciółki zza lasu”, gdzie zdarza mi się sylwestrować z nieregularną systematycznością ;-).  W kameralnym towarzystwie prowadziliśmy głęboką rozmowę nad sensem ludzkiego życia, ot to ci  Sylwester ;-),  by nic odkrywczego nie wymyśleć. Z fajerwerkami na ciemnym niebie nie przyszło żadne olśnienie, ani odpowiedzi na pytania: czy chodzi tylko o przekazanie życia potomstwu i wychowanie go? A co z tymi, którzy nie mogą mieć dzieci? Czy o wypełnianie siebie poprzez wiarę? Jeżeli tak, to w którą? Jaka jest właściwa? Rzymsko-katolicka? Co z tymi, którzy wierzą w innego Boga/Bóstwa? Dlatego, że urodzili się w innej wierze są skazani na grzech, na bezsens, na bycie „niewybranym”? Kłóci się to wszystko z ideą „Boga Miłosiernego”. Czy chodzi o rozwój w szerokim rozumienia tego słowa, jak rozwój cywilizacji i jednostki? Czy chodzi o wypełnianie jakiegoś zamierzonego wobec nas planu, którego istnienie zakładamy?

Czy może  to hedonizm jest tym, czym człowiek ma zapełniać swoje życie, aby miało ono sens? Na tym stanęliśmy acz trudno mi z tym się pogodzić, że tylko o to chodzi, a zarazem trudno mi znaleźć coś więcej, niż to. Jeżeli jest jakieś „coś więcej” to wciąż jest po za obszarem mojego ograniczonego umysłu. Ludzie spełnieni w życiu mają poczucie jego sensu. Chyba. Chociaż może to nie jest tożsame? Jaki jest sens życia tych, którzy żyli krótką chwilę? Bez szans by posmakować życie. A tych, którzy od początku skazani są na cierpienie? Mają nadawać swojemu cierpieniu sens?  O co w tym wszystkim chodzi, do cholery? Zresztą, gdyby sens życia był ujednolicony i oczywisty dla wszystkich…hm, życie byłoby chyba bardziej przerażające, niż jest. Tym wszystkim nie rządzi przypadek, rządzi tym Ponadludzka  Świadomość, o której możliwości nawet nie ocieramy się.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Nie ma lekko

  1. ~linka pisze:

    Muszę przyznać, że rozmowy iść w karnawałowym stylu ;)

  2. ~rena pisze:

    Zazdroszczę takich rozmów. Brakuje mi czasem. I chodzi właśnie o tematy, bo pogadać to mam z kim. Mój mąż i moje przyjaciółki to osoby wierzące i chociaż otwarte na świat, to jednak sprawy fundamentalne są u nich… fundamentalne. Nie ma mowy o dywagacjach na temat sensu życia, hedoniźmie i tym podobnych. Ja mam od zawsze wiele wątpliwości i zadaję sobie wiele pytań. Zdaję sobie też sprawę, że gdyby nie stereotypy i wychowanie w pewnej kulturze, żyłabym inaczej. Na pewno nie miałabym dzieci, męża i tego wszystkiego, co mnie zawsze ograniczało. Podróżowałabym i malowała, czyli robiła to, o czym od dziecka marzyłam, a rodzina, dzieci na to nie pozwoliły. Może sprawiły to też czasy, w jakich przyszło mi dojrzewać? Aktualnie młodzi mało się przejmują tym, że mają rodziny. Robią wszystko to, o czym zamarzą (oczywiście w miarę możliwości) z dziećmi, nie przejmując się niczym. Czy ja w młodości pomyślałabym, żeby żeglować z niemowlakiem? A mój syn żegluje, chodzi w góry z małym w nosidełku i wszyscy zadowoleni.
    Sensu życia jako takiego – według mnie – dla człowieka rozumnego nie ma. Generalnie – nadal według mnie – to jest tylko kwestia przekazywania genów. Człowiek rozumny na dodatek chce po sobie zostawić jeszcze jakieś „dzieło dla potomności”. Niektórym się to udaje i zapisują się w encyklopediach, a inni przepadają w świadomości wszechświata.

    • tuwemnie pisze:

      wiele rozmyślań na swój temat zawarłaś, co jako jedyne może przynieść wymierny dla Nas skutek. Zgodzę się z Tobą, że stereotypy, wychowanie w naszej kulturze narzuciły nam sporo, że też wiele z czasem się zmieniło i inne możliwości mają pokolenia następujące po nas. Co do sensu życia, a raczej jego braku…tu jesteś drugą osobą, która taką koncepcją się ze mną podzieliła i zaczynam widzieć i jej zasadność. To, że nie ma w tym głębszego sensu, ma sens.
      Tak ~rena większość z nas przepada w świadomości wszechświata, jak drobiny piasku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>