Blog to żaden czytelniczy przymus

Piszę bloga dla siebie. Pisanie to dla mnie forma autoterapii, łapię dystans do wydarzeń, upuszczam emocje, wentyluję napięcia. Wiem, że nie jestem tu do końca anonimowa. Wiem, że moje postępowanie, zachowania które tu opisuję mogą budzić i budzą krytykę. Wiem, że podlegam ocenie. Tak to już jest i liczę się z takimi konsekwencjami, które wymieniłam. Piotr od początku wiedział, że pisze bloga. Znał jego adres, bo mu podałam. Nie lubił, ani mojego pisania, ani innych rzeczy, które mi sprawiały frajdę. Jego wybór. Myślę, że gdyby był ciekawy tego co tu zostawiam, zwyczajnie by tu wchodził. Nie robi tego, ale ma osobę „życzliwą”, która mu co jakiś czas donosi o tym, co ta popieprzona Renata tu wypisuje. Proszę do mnie kierować „życzliwcu” uwagi wszelkie, ponieważ podjudzanie Piotra ma to do siebie, że rzeczy wyrwane z kontekstu opakowane w negatywny stosunek do mnie, podane jemu, budzą w Nim złość i zamiast trafić nią we mnie, to wciąga w to dzieciaki, żaląc się im, jak to ich matka jest niedobrą kobietą. Zastanawiam się, co ma na celu ów „życzliwy” czytelnik? Piotr ma wystarczającą ilość nienawiści do mnie, więc po co to jeszcze podsycać, szczególnie teraz przed świętami, gdy będzie trzeba się spotkać, aby zachować fason przed dziećmi? Może tu chodzi o osobistą satysfakcję typu: „a mówiłem tobie, że to wredna baba”, tylko jeżeli ktoś z takich rzeczy czerpie satysfakcję, to mu zwyczajnie współczuję.  Jest wiele innych ciekawszych sposobów osiągania samozadowolenia. Ponad to doskonale wiem, że łatwiej zajmować się czyimś życiem, niż swoim własnym i łatwiej komuś dawać wytyczne, niż zastanowić się nad sobą tyle, że więcej z tego szkody, jak pożytku, więcej wrogości, aniżeli otwartości pomimo wszystko.
To, co się wydarzyło pomiędzy mną, a Piotrem  dziś mogłoby mieć zupełnie inną postać, gdyby nie podkręcanie jego wrogości do mnie. Szacunek i kultura są tym, co jest ponad wszelkie okoliczności. Emocje skrajne nie raz w nas buzują, rozumiem to doskonale, ale to co z nimi zrobię, czy obrzucam kogoś obelgami, czy podkarmiać będę niepohamowanym gniewem i żalem, czy przeczekam, aż opadną i przemyślę ile krzywdy wyrządzę słowem lub działaniem, to już zależy wyłącznie ode mnie. Otóż, ja również jestem stroną w tym związku i nie kaprys chwili doprowadził mnie do tego trudnego miejsca w jakim jest moja rodzina. Nie fanaberia była powodem rozejścia się. Ja również mam sporo wspomnień z naszej przeszłości, które powodują poczucie żalu do męża. Poczucie niezrozumienia mnie i złego traktowania. Nie uwzględniania mnie i moich potrzeb. Przegadaliśmy mnóstwo spraw i problemów, ale to Piotra problemy były zawsze ważniejsze oraz z jego samopoczuciem musieliśmy się liczyć. Nie piszę bynajmniej o okresie choroby, to rozumiem. Chociaż też do pewnego momentu, bo choroba nie upoważnia męża do tego by mną pogardzać. Nam się zwyczajnie nie udało udźwignąć tego związku, tej naszej  „relacji na siłę”, która wciąż kulała, obnażając nasze niedobranie się, uwypuklając różnice na wielu płaszczyznach. Zaczęliśmy ten związek źle i źle on się skończył. Choroba alkoholowa Piotra i to co jej towarzyszyło, nie były wiążące w inny sposób jak mechanizmami uzależnienia i współuzależnienia. Terapia i abstynencja, to wyzwanie nie tylko dla alkoholika, ale jego rodziny. Nie wiesz czy cieszyć się, że jest trzeźwy, czy płakać, jak potrafi być napięty i broń boże, żeby nie sprowokować go niczym, bo zapije. Potem uczysz się żyć w nowych warunkach, ale i tak On-alkoholik to postać pierwszo planowa, bo ja…ja zrobiłem już wszystko-przestałem pić. Nie zliczę ile razy to usłyszałam przez ostatnie lata: „ja przestałem pić, a ty co zrobiłaś?”.  Może dla Piotra to szczyt jego możliwości. Jego prawo spocząć na takim etapie ze swoimi aspiracjami. Ja chciałam od partnera czegoś więcej, niż tylko nie picia, chciałam dbałości o mnie, spokoju, poczucia bycia szanowanym, chciałam czuć się bezpiecznie w obecności kogoś z kim idę przez życie, chciałam aby nie podważano mojej wartości, nie kpiono ze mnie, nie porównywano do mnie, by wypadać w tych porównaniach lepiej, nie poniżano mnie. Żeby moje osiągnięcia były tak samo ważne, jak to „nie piję”.
Jestem naprawdę wyczerpana psychicznie i chcę już odbudowywać się. Podnieść głowę i uśmiechnąć się, wyjść ze smutku, poczucia winy i odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Staram się z całej siły trzymać w „kupie”, choć naprawdę przychodzi mi to z coraz większym trudem. Dla siebie muszę, bo klęknę psychicznie, dla dzieci muszę, bo beze mnie pogubią się w życiu jeszcze bardziej. Dopóki ich nie wyposażę w to, co w życiu potrzebne, aby umiały sobie z życiem radzić muszę krzesać z siebie siłę, uśmiech i spokój. Muszę mierzyć się z problemami wychowawczymi, zawodowymi, rodzinnymi i brakiem czasu dla dzieci i siebie. Muszę  pracować po za etatem, by utrzymać ten majdan. Muszę też znosić ocenę innych, aluzje, ostracyzm, oraz różne zachowania Piotra. Staram się Mu pomagać, powtarzam, że może na mnie liczyć i nie są to tylko słowa, ale doraźna pomoc, jak tylko zwróci się z czymś do mnie. Mogliśmy pomimo rozstania i tego całego bajzlu naszego, przejść to inaczej. Mogliśmy dać dzieciakom lekcję wzajemnego szacunku i dojrzałości, a pokazaliśmy się z najgorszej strony. Po kiego diabła mieszają się w to inni? Niech wezmą odpowiedzialność za to, co robią swoim gadaniem. Niech zamienią się ze mną na dzień moim życiem, moimi problemami, moją perspektywą, a potem nich mnie osądzają.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Blog to żaden czytelniczy przymus

  1. ~Anonimowy pisze:

    Dlatego nie warto nikomu podawać adresu do bloga. Lepiej żeby był anonimowy jak tylko się da.
    Głowa do góry! Po złych chwilach przychodzą te lepsze! ;)

    Pozdrawiam!

  2. ~Sylwia pisze:

    Wrrr… złość we mnie budzi to co piszesz o alkoholizmie. Pewnie dlatego ze przeraziło się ze może mój mąż też tak to widział. Może tez kłułam go w oczy tym cholernym własnym sukcesem…może był to tylko mój sukces a nie nasz? Alkoholik to dziwny człowiek. Z jednej strony walczy z wyrzutni sumienia z drugiej strony na terapii powtarzają mu że tez jest ważny. ..można się pogubić. ..Renia nie zrozum mnie źle… juz dawno stwierdziłyśmy że na pewne rzeczy patrzymy z dwóch różnych stron… staram się ciebie tez rozumieć i domyślam się ze możesz być po prostu zmęczona. ..

    • tuwemnie pisze:

      Sylwio nie sądzę, abym rozumiała Ciebie źle, bo wiem, że masz inną perspektywę i cenię sobie to, że się nią ze mną dzielisz. Nie wiem, jak widział to twój mąż i nie wiem czy go swoim sukcesem kułaś w oczy. Wiem, że Piotr zaprzestając picia doszedł do wniosku, że zrobił już ze sobą wszystko i nic więcej nie musi. życie to proces, który ustaje w momencie śmierci. Kiedy już nic od siebie nie wymagasz, zatrzymujesz w nienaturalny sposób ów proces wobec siebie. Stajesz w miejscu, a żeby mieć poczucie ruchu zaczynasz wymagać wyłącznie od innych. Proces życia trwa nadal, ale jakże inne ma w konsekwencje :-).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>