Koniec pierwszego wrześniowego tygodnia.

Słońce towarzyszy dwóm ostatnim dniom od rana do wieczora. Ku mojej uciesze. Pomimo, że większą część dnia spędzam w biurze, to po powrocie do domu, wykonywanie prac ogrodowych w słońcu, sprawia większą frajdę, niż wtedy gdy ono nie przygrzewa.
Wczoraj, jak byłam w pracy zadzwonił Piotr ze szpitala, że na weekend wyjdzie na przepustkę, więc po pracy pojechałam po męża i wróciliśmy razem do domu. Później wpadła kumpela na kawę i pogaduszki, a że jej sytuacja osobista ostatnio się zrobiła ciężka, to byłam słuchaczem. Każdy z nas potrzebuje rozmowy, no może prawie każdy. Dla mnie rozmowa jest czymś bardzo ważnym. Słowa muszą iść w parze z działaniem-tak uważam a szczególnie słowa wypowiadane poważnie, zaakcentowane jako znaczące, deklaracje czy obietnice, za nie trzeba brać odpowiedzialność. Za to, że odbiorca naprawdę w nie wierzy i ufa temu co słyszy a ileż razy w życiu trafia się nam tak, że jedne słowa zaprzeczają drugim albo zachowanie nie potwierdzają słów czy deklaracji? Luzie bezmyślnie bawią się uczuciami innych, mówią co ktoś chce usłyszeć nie zdając sobie sprawy z wyrw jakie pozostawiają po sobie, gdy nie chce im się być wiernym sobie (przy założeniu, że to co deklarują jest w nich prawdziwe). Ech taka dygresja mnie naszła.

Pewnie już nie raz to pisałam, ale jestem zmęczona psychicznie i fizycznie. Piotr mówi mi, że mam zmęczoną twarz, Julinka że smutną. Pewnie po trochu każde ma rację, bo czuję niepokój w sobie i rzeczywiście smutek. Zawieszam się gdzieś. Gdzieś pomiędzy tu gdzie jestem a tam, gdzie chciałabym być. Są we mnie od zawsze takie okresy, kiedy mam ochotę zapakować plecak i iść przed siebie. Przemierzyć świat bez celu konkretnego. Ot, gdzie mnie okoliczności podwiozą. Byleby to były przestrzenie a nie miasta, byleby pobyć ze sobą samą. Mierzyc się ze swoimi słabościami, lękami. Oswajać siebie, bym już nigdy nie gryzła nikogo w przypływie bezsilności czy obaw, ani bym już nigdy nie pozwoliła się źle traktować.

Słyszę nierzadko, że sobie świetnie radzę, że jestem silna…nawet teraz, jak to piszę pojawia się ironiczny uśmiech na mojej twarzy. Zastanawiam się, czy tak świetnie chowam swoją nieporadność i słabość, czy ludzie widzą to co chcą widzieć.
W środku jestem postrzępionym tworem, który momentami próbuje się posklejać w całość. Ale nie wychodzi. Rozedrgane wnętrze miesza te strzępy a brak mojej cierpliwości nie pozwala skutecznie się składać. Do tego ten ból…ból niespełnionej duszy. Popieprzona neurotyczka ze mnie, nosząca w sobie ideały nie pasujące do hedonistyczno-konsumpcyjnego świata, gdzie egoizm króluje w relacjach płytkich i tych głębokich, gdzie chwilowy zachwyt nazywa się miłością a od partnera tylko się oczekuje niewiele dając w zamian.

Może uda mi się w ten weekend zrobić coś dla siebie. Coś małego i samotnego. Na chwilę po za wszystkim i wszystkimi. Piotr lepiej się czuje, to chwilę pobędzie z dziećmi. Wielokrotnie zastanawiam się gdzie bym dziś była w życiu, gdyby nie właśnie dzieci. Boże z serca dziękuję za te SKARBY I UCHOWAJ JE OD ZŁEGO.

Właśnie w radio leci stary dobry przebój Madonny, dziele się nim:

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>