Kiedy chcesz zacząć żyć, jak nie teraz?

Na co czekasz? Takie właśnie pytania zadała, co prawda mi, w trakcie rozmowy przyjaciółka, ale dotyczyły one Piotra. Tłumaczyła mnie w ten sposób, moje zwierzenia o tym, że zaczynam odczuwać kryzys choroby męża. Czuję się zmęczona i pusta. Taka pustynnie pusta. Piasek przelatujący przez dłonie, nie sposób uchwycić, nawet jednego ziarenka. Wszystko wydaje się być nietrwałe. Wszystko niewłaściwe. Poczucie niewłaściwości, braku umiejętności radzenia sobie z moją sytuacją męczy mnie. Zadaję sobie pytanie, kiedy słyszę pojękiwania nocą męża czy powinnam zbiec na dół do niego, czy zamknąć oczy i jak najszybciej usnąć? Przecież nie rozważałam wcześniej w sobie tego, tylko schodziłam i pytałam, co się dzieje? Czy kiedy podchodzę i próbuje zmotywować, aby wstał a on zaczyna płakać, zadając w przestrzeń retoryczne pytania:” co ja takiego w życiu zrobiłem, że tak mnie potraktowało”, ” boję się śmierci, boję się życia takiego jakie mam, boje się was zostawić, jak sobie poradzicie beze mnie?”, czy moje milczenie i trzymanie męża za dłoń jest tym, czego  On oczekuje? Czy może moim pogodzeniem się ze szpiczakiem, bezsilnością, poddaniem sytuacji, czy ową pustką od której wpis zaczęłam.
Chciałabym coś istotnego uchwycić. Chciałabym, aby coś dobrego sączyło się cicho i łagodnie we mnie, jak strumień wśród łąk i dawało mi mały azyl. Może chodzi mi o pewność, że postępuję właściwie. Myślę, jak postępują inne żony/mężowie/dzieci/rodzice wobec osób poważnie chorych. Wydaje mi się, że dobra żona trwa przy mężu, spędza z nim każdą wolną chwilę. Organizuje nawet te wolne chwile a ja…czasem cicho, jak kot wślizguję się do sypialni i tam przed Piotrem chowam. A ja…słysząc, jak narzeka nie podkręcam jego narzekań wylewanym oliwnym współczuciem, tylko się od nich odcinam, twierdząc, że użala się nad sobą, natłuszcza swą psyche a ta wyślizguje się potem z rąk rozsądku.
Jednak myśląc niemało o tym, co może dziać się w Piotra głowie, jak zdruzgotany czuje się diagnozą, nieznajomą perspektywą, brakiem fizycznych sił, ogarniającą słabością, wewnętrzną samotnością walki z chorobą, złym samopoczuciem, lękami o przyszłość, udręczony bólem, czuję ogrom empatii i zrozumienia dla jego pasywnej postawy, a jednak mówię, coś innego: zabierz się za siebie, zmuś, walcz, chciej, zmień myślenie, podejście, postaraj się masz przecież dla kogo. Popatrz na dzieci nasze.

Dzieci nasze…koniec roku szkolnego. Uroczystości wieńczące edukację. Świadectwa, uśmiechy, odrobina dumy a zarazem cień smutku, bo taty nie było, bo nie miał siły podjechać do szkoły. Obskoczyłam dwa zakończenia roku maluchów, a najstarszy poprosił mnie/zaszczycił abym odczytała jego wyniki z matury. Egzamin dojrzałości zdany z klasą :-). Potem poszliśmy na małą przekąskę, która miała być gestem z mojej strony wobec syna za  jego ambicje i samodzielność w tej drodze edukacyjnej, bo nie zdarzyło mi się pierworodnego do nauki zaganiać.
Wakacje właśnie się rozpoczęły. Nie mamy żadnych planów, bo sporo zależy od samopoczucia Piotra. Chciałabym wyjechać do kumpeli z dziećmi, ale to też zależy od jej i naszych możliwości. Pozostanie nam wypad do siostry mojej i ewentualnie siostrzenicy. Mazury lub morze :-).  Byleby na chwilę zmienić otoczenie. Rok temu…udało nam się po raz pierwszy spędzić wakacje w uroczej Chorwacji. Zdjęcie na tym blogu, to wieczorny widok na wyspę Krk  z tarasu wynajmowanego domu. Chcieliśmy wrócić tu za rok…los okazał się przewrotny i niełaskawy dla nas. Dał nam raz „liznąć lizaka” na 20 lat małżeństwa.
Poczucie odpowiedzialności czy obowiązku wyznacza mi rytm dnia. Jednak to za mało, za mało, aby nadać sobie sens życiu. Takiej istotności polegającej na spełnianiu się.
Nie spełniam się…jestem wypalona i nie mam poczucia spełniania się wobec tych których kocham.  Jakbym ich zawodziła, jakby za mało było we mnie sił psychicznych a może pomysłu na działania dające radość mnie i mi bliskim .
Dzieci…tak wiem, są moją matczyną miłością i radością. Staram się dawać siebie na miarę moich dzisiejszych możliwości. Zawsze były moim motorem napędowym, jednak nie są mi partnerami, którzy podchwycą za łokieć, kiedy kolana pod ciężarem dni się uginają. To ja mogę podawać im dłoń, aby przeprowadzać przez mgliste obszary życia.
A ja? Egoistycznie pytam o siebie w obliczu choroby Piotra.
A ja? Chciałabym w sobie znaleźć dla siebie samej w tej niepewnej wodzie życia grunt pod nogami, aby nie utonąć.
Tym gruntem nie może być coś lub ktoś…bo jak doświadczyłam „cosie i ktosie” przemijają, jak wszystko w tym życiu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Kiedy chcesz zacząć żyć, jak nie teraz?

  1. ~AgaM pisze:

    Ktosiem, który nie przemija, jest Bóg:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>