Utykam ostatnio z tym pisaniem,

utykam też w moim życiu. Po prostu idę kulejąc. Raz stąpam na zdrowej, raz na chorej nodze. Zdrowa, to śmiały krok, zdecydowany, odważny, pod hasłem: „wiem dokąd zmierzam”. Chora noga, to ból, niepewność, podwijanie stopy aby jak najmniej ją obciążać. Najlepiej w ogóle nie iść. Zatrzymać się w bezruchu.
Po V kursie chemii, jak pisałam, nie było dobrze. Doktorek wdrożył antybiotyk o szerokim zakresie działania. Piotr w okolicach wtorku, środy poczuł się lepiej. Pokręcił się trochę przy domu, pogrzebał coś tam przy samochodzie. Dał się nawet zaprosić koledze na krótkiego grilla. Pojechaliśmy do Jarka-Piotra przyjaciela z okresu, kiedy panowie zdecydowali się na zwrot w życiu. Jarek, kiedy na początku Piotra choroby zadzwoniłam do niego, informując, że Piotr jest poważnie chory, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i zaskakuje po dzień dzisiejszy. Dzwonił do mnie kilkakrotnie, rozmawialiśmy o Piotra samopoczuciu, o samej chorobie. Wykazywał wyrozumiałość, kiedy Piotr nie zawsze miał ochotę odbierać telefon czy oddzwaniać. Dzwonił wtedy do mnie i pytał. Zorganizował starych Piotra kolegów, kilka razy już Piotra odwiedzili. Posiedzieli, pogadali, powspominali, pośmiali się. Jednym słowem, pokazali że są z nim, że jego sytuacja nie jest im obojętna. Nie uciekli przed Piotrem i jego chorobą, która zepchnęła go na „boczny tor” życia.
Udało się wreszcie Piotra namówić, po kilku sugestiach Doktorka na wsparcie antydepresyjne. Mam nadzieję, że wstąpi w Piotra więcej chęci do życia. Mam nadzieję ja…ma nadzieje i Piotr, że poczuje się lepiej.
Wczoraj, tj dokładnie tydzień po chemii, przyszła znowu gorączka 39 stop. Zbiliśmy lekiem co prawda temperaturę ale Piotra znowu zupełnie osłabiło. Wczoraj przeleżał w łóżku cały dzień i dzisiaj również. Spał, spał i spał…nie wiem już, co mam o ty wszystkim myśleć. Chciałoby się już jakiejś stabilizacji. Hemoglobina nie spada, CRP skoczyło z 27 na 56. Czekamy na wyniki badań kału na krew utajoną i na wymaz z gardła.
Tak więc utykamy w tej naszej codzienności. Wiele zależy od ogólnego samopoczucia nas i atmosfery w domu. Po ostatnim wentylowaniu emocji, postanowiłam trzymać się w ryzach. Wychodzi mi to póki co. Nie ukrywam, że pomaga mi w tym odreagowywanie fizyczne. Wiosłowanie na wodzie daje mi na tyle w kość, że po powrocie do domu jestem potulna, jak baranek. Mięśnie nie są napięte, tylko obolałe a umysł nie rozsadza tysiąc myśli, tylko w spokoju sobie płyną, niczym osada na wodzie.
Długi weekend się kończy. Brakowało w nim słońca i stabilności samopoczucia Piotra. Niech to już się unormuje…ile jeszcze będziemy karmieni tą gorzką strawą niepewności?

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Utykam ostatnio z tym pisaniem,

  1. ~Werg pisze:

    podoba mi się Twój styl.
    odn. stabilności życia: „stabilizacją motylka jest szpilka”
    Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>