Ochłodziło się po kilku dniach upalnych,

co mnie jakoś nie cieszy, ponieważ zwyczajnie lubię gdy jest gorąco. Dobrze znoszę wysokie temperatury nooo, ale ja jedna na świecie nie jestem i na całe szczęście. Niech jest, jak klimat chce, bo człek nim nie reguluje przecież. Rozbolała mnie głowa właśnie. Wiem, że to skutek napięcia, ale jakiego? Może domowego? A może dietowego, bo zaczynam dziś dietę kopenhaską. Rok temu ją przeszłam, wagę trzymam i to cieszy, jednak ostatnio skoczyłam dwa kg i widzę, jak szukam „słodkiego” a po zastosowaniu kopenhaskiej, naprawdę długo z łaknieniem słodyczy miałam spokój.
Ponad to nasz wypad ze szwagierką i 10 godzinny marsz po grani okupione odciskami na stopach i jednostronną opalenizną oraz sporym zużyciem kalorii nie mogą iść na marne.
Ech, góry i widoki z nich…zbierałam je ze szlaku garściami, po za tymi momentami, gdzie zajęta rozmową z Anetą nie zwracałam uwagi na szczegóły tylko myślałam. Jestem zwolenniczką naturalnych krajobrazów nad wszelkie twory wielko i mało miejskiej architektury, więc roztaczające się przede mną widoki zaspokajały mnie i uspokajały. Szłyśmy raz rozmawiając, raz milcząc…chociaż gadania było zdecydowanie więcej, ku naszemu wzajemnemu zaskoczeniu, ponieważ na koniec trasy, kiedy już po długim zejściu (ja w sandałach, jak dawny student;-)a nie współczesny traper) i wydawaniu w rytm stawianych powolnych kroków, jęków boleści; zastanawiałam się czy gdybyśmy miały krokomierz i słowomierz, to liczba na drugim nie przewyższałaby znacznie liczby z pierwszego przyrządu:-)?
Będąc ze sobą szwagierkami od ponad 20 lat, czyli żonami dwóch braci, którzy wychowywali się w sporej symbiozie, miałyśmy wspólny temat- „temat rzeka”…he he…o mężach. Uderzające podobieństwo zachowań braci w wielu płaszczyznach, obaliło nasz mit o ich inności. No, no odkrywcze to dla nas bardzo, że mierzymy się z podobnymi problemami wyłaniającymi z pewnego malkontentyzmu panów i specyficznego podejścia do życia, które jest składową tej cechy ;-), ale co tam…dajemy radę ;-). Mitów udało się nam obalić więcej…w zasadzie reszta ich dotyczyła szwagierki, bo niby zaraz je gdy zaczyna podróżować. Mało tego, że nie jadła, tylko gadała, to jeszcze nic na drogę nie wzięła;-). Przycupnęłyśmy gdzieś po drodze na obiedzie i tyle Jej jedzenia. Drugi mit, to taki, że gdy wsiada do samochodu to śpi. Taaa spała z szeroko otwartymi oczyma i przytomnie rozmawiając. Całą drogę! No i mit najlepszy, jak dla mnie, to „czujny sen”. Ja też mam takowy, więc myślę sobie, że ciężkie dwie nocki nas czekają bo będziemy się wzajemnie wybudzać byle szmerem. Szmerem, co ja piszę? Aneta przyłożyła pierwszej nocy głowę do poduszki i odpłynęła. Ja nie mogłam długo usnąć, ale nie chciałam się wiercić, kręcić czy zapalać światła, aby sobie poczytać, co by Pani czujnie śpiącej nie wybudzić. Już prawie, prawie usypiam…i nagle telefon dzwoni obok głowy szwagierki. boszszsze co za sygnał ma i jaką głośność?, na końcu Karpacza było słychać a Aneta ani powieką drgnęła, aż usiadłam na łóżku i przyglądałam się czy dziewczyna oddycha. No oddycha i śpi głębokim snem sprawiedliwego. Ja za to NIE!;-).
Druga noc okazała się dla mnie łaskawsza, bo przytuliła mnie swoją kołdrą snu, jednak nie było mi po tym malutkim 20-sto kilometrowym trawersiku, tak łatwo zasnąć, jak Anetce. Okupiłam swój sen perypetiami.
Ledwo doszłam do stancji, krzesząc z siebie resztki determinacji i dumy, aby nie rzucić się Anecie na plecy z rozkazem: „zanieść mnnie”, to jeszcze rozbawiłam mnie żarcikiem typu szpic-bergen do tego stopnia, iż ledwo trzymając się cała, musiałam dodatkowo trzymać w ryzach zawartość pęcherza. Udało się! Już w pokoju, gdy chciałam zdjąć obuwie, stanęło przede mną wyzwanie nie tylko w postaci skłonu w przód, ale moje (górskie ;-)) sandały tak wpasowały się w stopy, że postanowiły w tym właśnie połączeniu stanowić integralną całość. Miałam dylemat czy odrywać je od stóp czy jednak lepiej zostawić już tak na zawsze. Nie wiedziałam, które z rozwiązań przypłacę mniejszym bólem. Od pozostawienia ich na nogach odżegnała mnie wizja bycia pochowaną w sandałach. Po ujrzeniu swojej podeszwy stwierdziłam, że mam tak ją utwardzoną, że nic tylko z Cejrowskim boso w świat mogę zapierdzielać.
Wydobywając resztki silnej woli zrzuciłam odzienie, celem zażycia relaksującego natrysku i tu czekało mnie kolejne wyzwanie. Ech…weź kobieto prysznic, chcąc umyć głowę i nie drażnić ciepłą wodą spalonego ucha i półgębia. Chciej rozgrzać zziębnięty tułów i ostudzić spaloną łydkę z podkolanem i częścią uda. A tak w ogóle, to stój na macie antypoślizgowej z jakimiś mikroskopijnymi wypustkami, których okiem mi się zobaczyć nie udało a które czyniły gwałt na moich stopach i nasilały moje już nie jęki lecz przekleństwa w wielu językach a duch na mnie żaden na pewno nie zstąpił. Chwila niezapomniana! powracam do niej co rusz! Ujmę moje natryskowe poczynania w jedno słowo: ekwilibrystyka. I na tym temat skończę, bo żal mi siebie samej.
Potem wyprawa do łóżka miała swoje kolejne etapy. Wpierw ze zmęczenia, zimna i zarazem z powodu połowicznego spalenia się na słońcu dostałam dreszcze i szczękałam zębami. Nakładałam na siebie piankę przeciw oparzeniom w delirycznych pląsach. Wszystko zaczynało być w piance ;-), nie poddawałam się i byłam dzielna. Szwagierka okazując litość poszła zrobić herbatę. Zaginęła jednak w akcji, zostawiając mnie na pastwę losu (czyt. trzęsawicy). Wpadła na pogawędkę do właścicielki pensjonaciku (kurde 10h ze mną w górach pierdusiła i jej mało było) ;-). Kiedy wróciła z herbatą byłam już prawie jedną nogą (dobrze że jednak zdarłam sandały) na drugim świecie, ale co tam kozica górska miała się dobrze, bo niejeden trawersik phi zaliczyła ;-) w swoim młodym życiu. Później musiałam przez te drżące zęby wlać w siebie, drżącymi rękoma gorącą herbatę, która jak na złość też drżała, żeby podgrzać ciało. No łydka osiągając temperaturę wrzenia gwizdała niczym czajnik na palniku. Mało tego wypadało ubrać się miejscami, tudzież miejscami najlepiej rozebrać, co trudno było pogodzić.Chciałam zakryć pół twarzy i wystawiając jednocześnie drugie pół i przede wszystkim znaleźć optymalną pozycję, aby moja łydka nie gwizdała tak przeraźliwie razem ze mną. Kiedy ubrałam się po samą szyję i pod nią nakryłam a ciepła herbata grzała od środka, postarałam się zignorować półgebek, ucho i łydkę i jednak spać. Hah usnęłam. Pamiętam złorzeczące myśli pod pewnym adresem ale rozmyły się one rankiem, kiedy to Anetka skoczyła niczym kozica po zakupy i postawiła mi przed nosem zaiste królewskie śniadanie z ciepłych jeszcze drożdżówek i pachnącej kawki.
Zabiegi wieczorne na spalonej skórze okazały się skuteczne. Ciało wróciło do normy, tylko bolące mięśnie łydek przypominały się w mniej przyjemny sposób a reszta wspomnień jest przemiłym doświadczeniem za które pomysłodawczyni serdecznie dziękuję.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ochłodziło się po kilku dniach upalnych,

  1. ~jużtywiesz pisze:

    Oj, widzę, że chyba za krótko tam byłyśmy i wcale, ale to wcale się nie „wygadałaś” :)
    Nie powiem – opis naszej expresowej wycieczki jest bardzo trafny i wywołał znów u mnie chichot :) Ale żeby tak na cały kraj opowiadać o moich „obalonych mitach”……no nie !
    Miałam nadzieję mydlić sobie oczy nimi jeszcze przez wiele lat, a teraz ? Każdy kto mnie spotka od razu będzie wiedział, że czujny sen już nie dla mnie………hehe….
    Fantastyczna była ta wyprawa. Bardzo dziękuję Tobie, że chciałaś i byłaś tam ze mną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>