Wczoraj po powrocie do domu

i szybkim, sprawnym przeszkoleniu przez sąsiadkę w robieniu zastrzyków podskórnych, zaczęło się codzienne kręcenie po domu i ogrodzie. Piotr nastrój ma niezmiennie ciężki i trudno mi wskrzesić w nim odrobinę radości. Leżał, kiedy wróciłam i drzemał. W zasadzie na wskutek plastrów podsypia cały czas. Położyłam się obok, pytając jak minął jemu dzień i jakie ma samopoczucie. Popłynęły jemu łzy a po nich padły słowa, że „popier… się jemu życie”. Piotr zaczął kląć, odkąd przestał pić, zdarzało się jemu to bardzo rzadko. Biłam go na głowę, kiedy puszczały mi nerwy. Milczałam. Po chwili zdobyłam się na przerwanie ciszy, mówiąc, że nie tylko tobie Piotrek popierd… się życie ale nam wszystkim. Dodał: ” no właśnie przez tą pieprzoną chorobę, najbardziej nie mogę znieść myśli, że pokrzyżowało się wszystko i wam”. Takie czarnowidztwo zawsze wzburzało moje ostoje niepoprawnego optymizmu, więc wysypałam w monologu, że: nikt nie wie, co go czeka i pomimo diagnozy i ty nie wiesz, co dalej ale oboje zdajemy sobie sprawę, jak wiele zależy od twojego sposobu myślenia. Od twojego podejścia. Wiem, że boli ciebie, ale chowasz się i zamykasz w sobie z dnia na dzień. Diagnozy też nie zmienimy już, jest jaka jest i albo ją zaakceptujemy i będziemy z nią szli albo będziemy się wściekać i złościć popadając w marazm. Uciekasz może i przed sobą i myślami związanymi z chorobą, ale i uciekasz przed nami. Źle nam wszystkim z tym, bo nie wiemy ani jak się zachowywać nie raniąc twoich emocji, ani nie wiemy co sami mamy począć aby ciebie w wir życia wciągnąć. Wszyscy jesteśmy, korzystajmy z wzajemnej obecności.

Mam tendencje to perorowania, więc dobrze, że dzieci przerwały mój wywód.

Pogoda sprzyjała bytności na dworze i miałam wielką ochotę zabukować się tam z grabkami i haczką, jednak spodziewałam się odwiedzin Huberta, starego, dobrego kumpla, który lubi gadać, jak mało kto.  Wpadł na długość pitej herbaty, posłuchał, poopowiadał, tradycyjnie komplementował i pojechał.

Radosław zrobił sobie tatuaż. Nazbierał kasy i wydziergał sobie indiański symbol łapacza snów na ramieniu…ech młodzieży…niech mu urzeczywistnia te dobre senne marzenia. Przejęty przedsięwzięciem chciał pogadać. No to pogadaliśmy. Julinka czmychnęła gdzieś w plener z kolegami a Micho grał w coś na kompie. Ja pichciłam. Przyszedł wieczór, napięcia poganianiem dzieci do kąpieli, złość Micha, bo nikt czyli mama  nie bawi się z nim i Piotra lekko porównywalna,  że z nim nie posiedzę. No to posiedziałam oglądając mecz Realu z Borussią, który Piotrek przespał, przebudzając się co kilka minut. Dziś jednak zdecydował się na spanie w pokoju na dole a ja cicho poszłam do sypialni i wzięłam do rąk książkę. Dawno nie czytałam a lektury czekają, wzięłam do ręki pierwszą z brzegu o ironio: „balsam dla duszy”, może ją pobalsamuje, bo zabalsamować bym nie chciała.

Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Wczoraj po powrocie do domu

  1. ~Już TY wiesz pisze:

    Żałuję, że tak naprawdę wcale się nie znamy, że nie miałyśmy nigdy czasu……..i odwagi, aby się wysłuchać, wesprzeć i ZAPRZYJAŹNIĆ…..
    Może jeszcze nic straconego ?
    ……….
    a tak naprawdę, to ja nie mam nikogo, komu mogę O WSZYSTKIM powiedzieć……..
    Jesteś kochana i bardzo dzielna. Trzymam kciuki za Was, za Ciebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>