Powrotnie

Regaty były dużym wydarzeniem, które pozwoliło mi na chwile przenieść się w inny nie co wymiar. Około 3,5 tyś zawodników od około 30 roku życia, po 100 zmagało się w torze przez kilka dni. Start za startem, łodzie, woda, ludzie i gwar wielojęzycznych rozmów. Małe odrealnienie, szczególnie dla kogoś władającego jeno językiem polskim czy rosyjskim. Kaleką czułam się nie mogąc zrozumieć szemrzących dookoła mnie słów. Patrzyłam na ten tłum dookoła i podziwiałam pasję i chęci, które ktoś realizuje nie bacząc na ograniczenia, jakie niesie ze sobą wiek.
Swoje starty zaliczam do średnio udanych. To moje pierwsze mistrzostwa świata mastersów po 22-letniej przerwie od wiosłowania. Co prawda ślizgam się po wodzie od dwóch lat, ale bliższe to rekreacji, niż treningom, które miałby poprawić moją kondycję czy technikę, to też efektów dużych nie było. Zmierzyłam się z dystansem i tempem doświadczając tego wszystkiego, co dzieję się na pograniczu zmęczenia i beztlenu i zastanawiałam, co ja sobie robię? Udowadniam, że coś jeszcze mogę? Chociaż tu, bo reszta sypie się i wali?
Adrenalina startów. Rywalizacja. Bycie lepszym/gorszym-aspiracje nas usytuują gdzieś na osi współrzędnych. Skrajny wysiłek i błogie zmęczenie. Haj dla sportowców. Nawet tych już zmurszałych. Chwila prawdy o nas w kontekście przemijania.
Przed wyjazdem nasłuchałam się kilka niemiłych słów, które miały wywołać we mnie poczucie winy. Wywołały. Nie zatrzymały jednak. Przyniosły inny efekt-głęboko się zastanawiałam nad tym, czy nie zostać tam za granicą. Nie wracać.
Gdzieś pewne rzeczy wyślizgują się mi z rąk.
Dzieci. Kontakt z nimi stał się inny, co by nie rzec gorszy.
Jakieś rozluźnienie, oddalenie.
Doszukuje się przyczyn w tym, co miało miejsce i tym, co ma.
Ojciec i matka mijający się obco w progach domu.
One pomiędzy obcością rodziców.
Koszmar.
Może lepiej byłoby zrobić miejsce Ojcu, który może im dać czas od rana do nocy, który nie mając innych zajęć w tych się zaczął realizować.
Mieć poczucie sprawstwa.
Mnie nie ma.
Praca, delegacje, trochę sportu.
Małe coś dla siebie zostało wytknięte mi, jako egoizm i zaniedbywanie dzieci.
Rozczarowuje męża z którym nie jestem, a On daje sobie wciąż prawo do wytykania mi tego, co uważa za moje wady.
Kiedy przestanie mieć moc, to jego dokazywanie mi?
Do cholery kiedy???
Po kiego grzyba mi to czucie się wciąż winną i odpowiedzialną za życie dorosłych ludzi?
Wywołuje to we mnie taki bałagan, że nie jestem wstanie rozpoznawać swoich potrzeb, ech…siebie samej, a nie tylko potrzeb.
Wszystko przez zdolność czucia i odczuwania w którą jesteśmy wyposażeni.
Człowiek pcha się w bliskie relacje z drugim bo kocha.
Chce być ważnym i wyjątkowym dla drugiego.
Może i przez chwilę jest, dopóki nie zaczną się pierwsze schody rozczarowań.
Miłość to zjawisko przejawiające się intensywnością pomiędzy dwoma punktami: oczarowaniem, a rozczarowaniem.
Co zabawniejsze, nikt nikogo świadomie nie rozczarowuje, tylko w nas, w naszym małym niedowartościowanym ego jest podatny grunt na kopanie sobie kolejnych mogił bycia zawiedzionym czy rozczarowanym drugim człowiekiem. Jakbyśmy szukali w swej nieufności i podejrzliwości wobec partnera zachowań, które mają być wycelowane w nas swym grotem. Godzą. Wtedy stawiamy kolejną pomnik na cmentarzysku rozczarowania, aż w końcu umieramy w związku za życia od trupiego jadu.
Każdy koniec związku zaczyna się od rozczarowania partnerem. Im więcej przejawów niezadowolenia, tym większe prawdopodobieństwo niepowodzenia.
A przecież rozczarowanie, to sposób naszego myślenia.
Rozczarowałam rodziców.
Męża też.
Dzieci…kto wie, okaże się w swoim czasie.
Wymienić mogłabym jeszcze parę osób.
Zapytam siebie, czy się rozczarowałam sobą i z tą odpowiedzią mogę coś dla siebie zrobić.
Dla innych już nic, bo dla nich jestem tym komu nie można już zaufać, skoro rozczarowuję.
Stracona pozycja, choć niezależna wyłącznie ode mnie.
Dziś skocznie.
Rozczarowująco;-) , ale te rytmy ostatnio mnie trzymają w ryzach.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Rok szkolny czas zacząć

Sierpień dziś kończy swoje panowanie w kalendarzu. Od kilku dni żegna się z nami słońcem i upałem, ku mojej uciesze. Weekend spędziłam na dobrowolnym wygnaniu. Byłam na małym obozie sportowym, który miał trochę mnie podreperować kondycyjnie i technicznie oraz zaprawić w boju wioślarskim przed głównymi regatami mastersów na które w jakimś desperackim szale postanowiłam się wybrać.
Przez trzy dni większość czasu spędziłam z partnerką na łodzi płaszcząc zad na wodzie i wyciskając pot oraz siły z włokiem mięśniowych w pełnym słońcu. Nie było zmiłuj się. Moja partnerka Niemka z krwi i kości, to nic że starsza ale z nieprzeciętną jak na wiek wydolnością miała wciąż mało. O szóstej rano budził mnie jej wzrok wbity we mnie, a gdy nieśmiało otwierałam oko, jawił się ogromny uśmiech na jej twarzy, oznajmiający mi, że cieszy się ona, iż już wstałam, bo możemy iść na wodę. MójTyPanie. Umierałam zaraz na wstępie dnia, a potem jeszcze ze trzy razy. W nocy nie mogłam spać, bo mięśnie bolały, a komary urządzały sobie tylko na mnie nocne party, zapijając się moją przetlenioną, albo niedotlenioną krwią.
Za tydzień starty. Obym nie zeszła na nich ostatecznie po tym wyczynie jaki mi zafundowała Uli :-).
Żarty -żartami, ale był to pod wieloma względami dobry czas. Zmęczyłam się fizycznie, zresetowałam psychicznie.
Za krótko niestety, aby przyniosło to wymierne efekty.
W domu napięcie przed szkołą.
W pracy napięcie przed wdrożeniami, które się nam szykują.
W klubie napięcie przedstartowe.
Napięcie przedmiesiączkowe też mi dochodzi i mamy komplet.
Będę się pewnie powtarzać pisząc, że jestem na jakimś bocznym torze swojego życia w którym uczestniczę ciałem.
Duch/myśli są nadal rozedrgane jak ja. Brakuje mi pewności, decyzyjności, spokoju, zgody wewnętrznej.
Kto mnie dotknie słowem/przekazem/treścią jest wstanie w mig rozsypać mnie na kawałki.
Jakbym nie miała swojego ego, tylko zlepek innych „ja”, które wpisywały się latami we mnie i są nibymną/niemną.
Nie wiem gdzie zaczynam się ja, a gdzie się kończę.
Tak, to jest, jak człowiek został wyuczony do „spełniania oczekiwań innych”.
Daj-dajesz.
Cieszą się-cieszysz.
Złoszczą-poprawiasz żeby cieszyli, a na siebie w duchu złościsz, że coś spieprzyłaś.
Taak granie w tą grę wychodzi mi dobrze.
Tyle, że tam w sobie mnie nie ma, czyli jestem ze sobą przegrana.
Piotr ogólnie czuje się dobrze i dobrze wygląda.
Czeka na termin autoprzeszczepu.
Trzykrotnie zbierali mu komórki macierzyste.
Odpuścił na jakiś czas kontakt ze mną, dając czas bez zbędnych napięć pomiędzy nami, by znowu przystąpić do drążenia tematu pt: „dajmy sobie szansę”.
Naprawmy.
Nie przeszkadza jemu to, że rozprowadził plotkę, iż go z domu wyrzuciłam chorego.
Nie przeszkadza jemu to, co o mnie mówił przy dzieciach i jak mnie przy nich traktował, ani to jak one reagowały na to co się działo.
Nie przeszkadza jemu to, że nie ma uczuć pomiędzy nami, że ten wóz nasz wywalił się kołami do góry i nie sposób go postawić z powrotem na koła, by jechał dalej.
Nic jemu nie przeszkadza, bo ma ukształtowane w sobie poczucie nieskalaności.
Zazdroszczę mu tego stanu/przekonania o sobie w którym nie ma miejsca na poczucie winy, na żal do siebie samego, na refleksję nad tym, co zrobiło się źle, co pogrążyło, co spowodowało przeciążenie tak duże, że bezpieczniki wysiadły i prąd zgasł.
Zazdroszczę też tego stanu umysłu w którym roztacza przed sobą miraże o zejściu, wymazaniu wszystkiego i zamalowywaniu pastelami na nowo płótna pt: „nasza idealna rodzina”.
Nie umiem połączyć od lat wielu, tych dwóch Piotrów.
Tego, który słowami pogardy potrafi mnie wbić w ziemię, jak ociosany kołek i tego, który wie za mnie, co dla mnie najlepsze i chce mi to dać, bym była szczęśliwa. Bym z nim była szczęśliwa, bo tylko on mi szczęście dać może.
Szkoła jutro.
Sio dzieci do szkół.
Posiądźcie wiedzę przedmiotową i tą o życiu czyli, jak być zawsze człowiekiem wśród ludzi, abyście radziły sobie z życiem i ludźmi lepiej, niż ja.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Trochę słońca w całym mieście,

które wlewa mi się promieniami przez okno do biura. Chcę tego słońca, potrzebuję, a ono teraz mi gra na nosie, jak siedzę w zamkniętym pomieszczeniu. Urlop się skończył, a nie miałam dnia, kiedy bym usilnie szukała cienia, kiedy marzyłabym o zanurzeniu w chłodnej wodzie.
Trudno, pogoda może na urlop nie trafiona, ale co mogę na to?
Przedziwne stany świadomości mnie dopadły, albo raczej nieświadomości.
Intensywność ostatniego okresu dała mi się we znaki. Natężenie emocji musiało przekroczyć próg swoich możliwości, bo…emocje wyciszyły się, wygasły. Wyskoczył bezpiecznik. Nie ma prądu. Ciemno. Cicho.
Odłączyłam czucie.
Mało myślę.
Mało mówię.
Mało uczestniczę w życiu.
Przycupnęłam gdzieś w środku siebie, w kącie pod żebrami i chcę by wszyscy i wszystko dali mi spokój.
Dzieci porozjeżdżały się po obozach sportowych.
Radek mija się ze mną w domu.
To mnie chyba boli, to mijanie i to, że nie rozmawiamy ze sobą.
Źle mi z tym, jednak sama nie wychodzę na synowi na przeciwko.
Nie wiem, czy dać Jemu czas, czy może On czeka?
Nie wiem.
Piotr…miesiąc temu zaproponował wspólne z dziećmi wakacje.
Odmówiłam.
Odpuścił.
Jest cisza.
Pytałam gdzieś na drodze dni, przy jakimś chwilowym minięciu się, czy ma wyznaczony termin autoprzeszczepu.
Odpowiedział, że nie.
Tyle wiem.
Wczoraj byłam na grobie rodziców.
Wewnętrzny monolog, niby rozmowa z Nimi.
Retoryczne pytania: „co o mnie myślicie?” „jak bardzo jesteście rozczarowani mną?” – sama plułam sobie słowami w twarz, a potem…a potem przypomniałam sobie sceny z dzieciństwa, młodości.
Mało było tam radości, wsparcia, zrozumienia, akceptacji, szacunku.
Dużo za to powinności, konieczność, napięcia, samotności.
Każde samo. Oni-rodzice. My-dzieci.
Brak jakiś więzi.
Poczucia wspólnoty.
Rodzice-małżeństwo, ech może o to właśnie chodzi, może to się Bogu podoba, aby przy sobie trwać bez względu na wszystko.
Może robię na przekór zamysłom Boga, jego idei i przyjdzie mi za to odpowiedzieć.
Zastanawiam się, czy gdybym miała jakiś przebłysk świadomości i usłyszałabym głos zza grobu – „Renata, robisz źle, napraw to”, czy chciałabym to naprawiać?
Nam nie wyszło.
Hm moim rodzicom chyba też nie.
Zastanawiam się czy tak czuli właśnie.
Czy może coś zupełnie innego.
Obwiniali się wzajemnie za swoje życiowe niepowodzenia.
My też.
Czym kierować się w życiu, by przy jego kresie uznać je za dobrze przeżyte?
Sobą?
Swoją samoświadomością, która ma być ciągłym procesem, w której wzrastamy jako ludzie kierując się swoim dobrem przekładanym na innych?
Czy Innymi? Ich dobrem, dobrem dla nich?
Troską, opieką, oddaniem innym?
Którym innym?
Partnerom?
Rodzicom powoli odchodzącym z tego świata, czy dzieciom, które chcemy wyposażyć na życie w to co najlepiej pozwoli im je przeżyć.
Da się dać tak siebie wszystkim w tym samym czasie?
Jak to wszystko pogodzić?
Co brać za wytyczne?
Jak to wartościować?
Bo jak tak sobie myślę, to gdy Matka przyrzekając Ojcu miłość, wierność..i że nie opuści Go aż do śmierci, owszem dotrzymała słów przysięgi.
Ojciec przecież też.
Jednak ile było w tym bólu.
Jej bólu samotności bycia ze wszystkim samą, co życie niosło. Niosło i przygniatało Ją a Ona powtarzała, że trzeba swój krzyż nieść.
Jego bólu psychicznego i fizycznego powodowanego zacieśniającą się wokół szyi pętlą uzależnienia od alkoholu, które upodliło Go przed sobą samym i nami, jego dziećmi.
Naszego bólu, szóstki dzieci, które wychowywały się i przesiąkały atmosferą niekoniecznie bezpiecznego, spokojnego rodzicielstwa, domu.
Każde z nas ma swój garb wyniesiony z tego czasu, gdy chłonęliśmy wszystko mocno, jak to dzieci chłonąć potrafią.
Może i sobie całkiem sprawnie radzimy z życiem tym na zewnątrz, ale wewnętrznie jesteśmy kalecy.
Czas pokaże czy udało mi się uniknąć błędów moich rodziców.
Czy popełniłam ich więcej.
Oni byli ze sobą do końca.
Nawet nie wiem czy i kiedy się kochali.
Nie widziałam tego.
Nawet nie wiem czy w ogóle deklarowali sobie miłość, czy chociaż później byli przez wzgląd na pamięć tych uczuć?
Nawet nie wiem czy byli ze sobą, bo kierowali się miłością do nas?
Naszym dobrem?, bo trudno mi to w ten sposób uzasadniać, biorąc pod uwagę swoją pamięć.
Może po prostu byli z przyzwyczajenia.
Może brakowało odwagi, by odejść.
Może dlatego, bo tak sobie przyrzekli i tak trzeba w obliczu Boga.
Boga którym chyba niespecjalnie kierowali się w życiu.
Może dla idei.
Jakich?
Nie wiem.
I nigdy się już nie dowiem, choćbym nad tym grobem stała dniami.
Nawet nie wiem, czy gdybym miała możliwość zapytania Ich: „dlaczego byliście ze sobą, gdy wcale Wam/Nam to na dobre nie wychodziło?”, czy mieliby w sobie odpowiedź na to pytanie.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Człowiek, to jednostka społeczna

cholernie zindywidualizowana. Próbujesz podciągnąć człowieka pod jakiś szablon, wcisnąć w formę, a on będzie to tu wystawał, to tam wyłaził. Nie ma normy. Każdy jest inny. Każdy inaczej odbiera rzeczywistość, inaczej buduje relacje, inaczej przeżywa emocje.
No właśnie emocje, pewnie nie raz już o nich pisałam.
Nie pamiętam swoich wpisów, a i nie mam w zwyczaju do nich wracać celem przypomnienia sobie czegoś.
Jeżeli się powtarzam, to przepraszam znudzonych.
Emocje mnie wykańczają.
Mam czasem wrażenie, że jestem jak plansza na strzelnicy. Kartonowy kontur człowieka z zakreślonymi kręgami na całym tułowiu. Cel idealnie zarysowany, trafienie z bliska łatwe.
Nie wiem, co to za defekt, ale jednak defekt, że dziwnie odkrywam się/staje czytelna dla każdego bliżej poznanego człowieka.
Kwestią czasu jest to, kiedy swoją wyczytaną ze mnie wiedzę obróci przeciwko mnie, czyli kiedy zacznie strzelać do tarczy.
Dlaczego życie nie nauczyło mnie maskowania?
Życie nauczyło mnie biernego otwierania ust, aby wepchnąć mi knebel z emocji, którym dławię się i duszę.
Sama nie wiem skąd we mnie ta przypadłość, że nijak nie potrafię chronić siebie przed tym, jak ktoś gra na moich emocjach.
Emocje, odkąd sięgam pamięcią, to rozedrgana we mnie struna i naciąganie jej objawia się szarpanym bólem.
Wystarczy ją dotknąć, a wszystko we mnie rezonuje.
Spokój ulatuje, a myśli ambiwalentne zderzają ze sobą.
Duszę się emocjami, które inni świadomie we mnie wywołują. Tymi, które wpędzają mnie w poczucie winy, odpowiedzialności za subiektywnie pojmowany komfort czyjegoś życia.
A mój komfort?
Co z nim?
Jest gorszej jakości i nie trzeba się z nim liczyć?
Kręcę się w kółko w sobie.
Mam tam rozdeptane już klepisko.
Teraz przynajmniej czegoś szukam…
Wyłącznika.
Gdzie jest ten pieprzony wyłącznik emocji?
Jak to jest nic nie czuć?
Wiem jak, wtedy nie dusisz się, nie dławisz, nie boli niedotleniona dusza i ciało.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Rozwód-druga odsłona

Siedzę nad tym wpisem i nie bardzo wiem, co tu zawrzeć w tym oknie.
Posiedzenie Sądu było krótkie i wniosło tyle, co zeznania Radosława, który odpowiadał na pytania sędziego związane z tym, jak wygląda/wyglądała nasza opieka nad dziećmi, czyli nim i młodszym rodzeństwem. Hm…w zasadzie idealnie, tata i mama naprzemiennie śmigali na wywiadówki, uzupełniali się w obowiązkach domowych i opiece nad dziećmi, mają dobry kontakt z dziećmi, dzieci wszystkie się świetnie uczą. Miód, malina i orzeszki. Rodzice się tylko kłócą, a dzieci płaczą.
Od jak dawna?- pyta Sędzia
Odkąd pamiętam-pada odpowiedź.
Tyle.
Sąd wyznacza kolejny termin posiedzenia na listopad, ja kurczę się w sobie jeszcze bardziej na tak odległy termin, bo to oznacza, iż dalej tkwimy w próżni na zasadach Piotra: jestem kiedy mi, to odpowiada.

Nagle mąż wyskakuje z oświadczeniem, że nie chce uczestniczyć w kolejnych sprawach, a Sąd cokolwiek orzeknie w sprawie rozwodu, to mają mu to przysłać pocztą.
No to super strategia!!!-myślę w totalnym zdumieniu.
Nie chcę rozwodu tobie dać kobieto, więc rozwódź się sama!!!-tak to wygląda.
Weź Renata rozwód ze sobą, ja chcę wrócić do domu, więc co mnie ten proces obchodzi.
Dla Piotra to jakaś zabawa/gra w rozwód, którą odłożył sobie właśnie na bok, albo która już mu nie odpowiada, znudziła go, więc zdjął z planszy pionka i nie rzuca dalej kostką, a na koniec powiedzcie mi jaki był finał tej gry.
Nic nie rozumiem.
Pomroczność jasna występuje u mnie, bo do cholery nie pojmuję postępowania Piotra. Staje się ono dla mnie coraz bardziej irracjonalne.
Nie ma tu żadnych zasad, żadnych konsekwencji, żadnej odpowiedzialności za siebie, za dzieci, które nie bardzo chyba pojmują ten rozmazany twór, jaki tworzymy od jakiegoś czasu.
Postawa Piotra mnie zaskakuje i zniesmacza coraz bardziej.
Sędzia pouczył męża, że:
-każde stawiennictwo na wezwanie Sądu jest obowiązkowe, a jeśli się nie stawi bez podania istotnej przyczyny, to poniesie karę grzywny
-że jego zeznania są dowodem w sprawie
-oraz, że Sąd nie ma obowiązku wysyłania żadnego postanowienia pocztą, ponieważ, to mąż jest stroną w procesie i to w jego gestii leży zainteresowanie się ostatecznym wynikiem naszej sprawy.
Wszystko.
Koniec.
Do widzenia za 4 miesiące.
Ja pierdziuuu..pewnie, że czuję rezygnację, bo jak zachowanie Piotra w domu było dla mnie nieprzewidywalne, to oczywiście znowu pobożnie życząc sobie, miałam nadzieję, iż tu skoro wstąpiliśmy na drogę procesową, poważną, bo dotyczącą poważnych spraw, będzie konsekwencja i odpowiedzialność, a nie „nie chcę rozwodu”, gdy słyszałam całe lata ZŁÓŻ TEN POZEW, MYŚLISZ ŻE MNIE TYM STRASZYSZ? „nie chcę uczestniczyć”, gdy padało WSZYSTKO POWIEM, NIECH SĄD ORZEKNIE.
Eeee tam…no nic rozwiodę się sama ze sobą i wyjdę po za siebie.
Będę stanowić oddzielność.
Tak dla samej siebie się rozwiodę.
Teraz.
W tym momencie.
Tyle mogę.
A płyta York – Islanders ostatnio odrywa mnie od osobistych problemów.
Polecam jeden z utworów z tego krążka:

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Przychodzą takie dni,

gdy trawię w sobie przeszłość z goryczą żalu i złości na siebie samą. Snuje się wtedy po ogrodzie i wyrywam chwasty metaforycznie oczyszczając z nich swoje zarośnięte nimi wnętrze. Zaduszona jestem tysiącem obmierzłych słów, kierowanych jako oskarżenia/wytyczne/oczekiwania/sugestie/wskazówki jak powinnam postępować, jak się zachowywać, jak funkcjonować, jak żyć i kim być dla tych, których zawiodłam, że już sama w środku nie widzę siebie. Swojej wartości, bo przecież kur.. jakąś wartość w sobie mam!
Mielę w sobie mężowską odpowiedź na pozew i chce mi się wykrzyczeć mu w twarz: „popatrz żyję i oddycham pomimo, że topiłeś mnie w bagnie poczucia winy z satysfakcją patrząc, jak grzęznę w nim coraz głębiej, bo chce żyć, chcę jeszcze się uśmiechać, a nie tylko chować się w cieniu wytykanej mi mojej parszywej niedoskonałości”.
Zawsze podkreślałeś swoja uczciwość, ja blado wypadałam w porównaniu z Tobą i mam napisany jeden wielki kłam, byleby zagrać na emocjach. Czyich Piotr?
Na moich nie zagrasz, bo każdy zarzut jestem wstanie podważyć. Ty chcesz w nieuczciwy sposób zagrać na emocjach tych, którzy będą decydować o naszym małżeństwie. Ty chcesz zrobić wrażenie. Jak zawsze,  wygrywa ta próżna chęć zrobienia na kimś wrażenia. Poplątałeś się w historii naszych zdarzeń. Wyprostowałeś każdą pomiętą stronę tej naszej dwudziestoletniej opowieści, którą zapisałeś w niechlubny sposób. Myślałam, że masz więcej wglądu w siebie i odwagi. Ta myśl była ostatnią na dziś dobrą o Tobie. Nie jesteś honorowym człowiekiem, to też było moje pobożne życzenie na Twój temat. Wyobrażenie.
Wiesz…było ogrom czasu, aby pokazać siebie w tym cholernie trudnym czasie, jako kogoś, kto potrafi zachować wspomnienia nietknięte brudnymi paluchami nienawiści, bo aż tyle do mnie żywisz i aż dlatego chcesz wciąż ze mną być; prawdopodobnie bez tej nienawiści jaką w sobie nosisz, życie w ogóle straci sens dla Ciebie.
Wchodzisz do domu…nie wiem nigdy kiedy, słyszę „cześć” na które odpowiadam tym samym, a potem cisza. Obcy sobie ludzie. Ojciec i matka, ci ostatni, którzy obcymi powinni wobec siebie być. Patrzą na to dzieci, czy choć przez chwilę przez te pieprzone ostatnie lata pomyślałeś, co one czują???
Co czują widząc, jak rodzice są sobie dalecy?
Nigdy nie zrozumiem, jakim prawem wciągnąłeś dzieci w ten nasz zakichany bajzel i jakim prawem zmusiłeś ich do osądu ich matki. Jeżeli nawet nie wypowiedziały głośno swojego zdania, to w ich głowach treści jakie zasiałeś będą zatruwać ogrom myśli o nas, jako rodzicach. O związku, który z kimś w przyszłości będą chciały współtworzyć.
I Ty nie chcesz rozwodu i chcesz dalej bycia pod jednym dachem, bo to sprzyja procesowi leczenia?
Jak wpływa?
Pokaż mi ten dobroczynny wpływ, bo guzik widzę.
Ale ja przecież zawsze głupia i ślepa byłam.
A gdzie w tym One-dzieci, o sobie dla zasady nie wspomnę, bo i tak byś mnie nie zauważył, jako człowieka z tym, co w sobie mam, tylko kogoś kim można się posłużyć, jak podręcznym narzędziem codziennego użytku.
Można mnie wyssać z energii i siły do cna, a gdy cała już jestem przeźroczystą amebą, to łatwo mnie się wchłania, konsumuje, a potem ze wstrętem typowym dla galaretowatej treści wypluwa, mówiąc mi: ” patrz, nawet nie umiesz smakować”
Czasu nie cofnę, a zastanawiać się, co mogłam zrobić i w którym momencie, zwyczajnie nie chcę, bo to nic już nie zmieni. Z perspektywy „dziś” całkiem sprawnie wychwytuję błędy czasu przeszłego, to typowe, gdy zmienia się optyka osadzona w przeżytym doświadczeniu, ale wtedy, funkcjonująca w tamtych wydarzeniach podejmowałam decyzje inne niż zrobiłabym to teraz. Tylko co z tego? Absolutne okrągłe NIC.
Wielokształtna, jak owa ameba w którą poupychano różne formy artykułowanych treści, może i zapomniałam kim jestem, ale to nie oznacza, że już zawsze będę NIKIM .

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Lipcowo-wakacyjnie

Rok szkolny zamknięty.
Pierworodny na praktykach z kinezyterapii ma kontakt z dziećmi z różnego rodzaju schorzeniami psycho-ruchowymi.
Słucham Go i widzę, jak jest poruszony tym doświadczeniem.
Ja przecież też, pomimo świadomości, że szczęściara ze mnie, iż urodziło mi się troje zdrowych dzieci, nie na co dzień o tym pamiętam.
Córcie zakończyło szkołę podstawową.
Patrzyłam na Nią na uroczystości wieńczącej tą edukację ze zdumieniem, kiedy Ona wyrosła tak, jak się zmieniła, spoważniała.
Micho to młody-niesforny i gniewny, ale uczy się dobrze i nie mam tu problemów.
Dzieci…moje trzy Szczęścia.
Dla tych Szczęść źle kształtowałam swoją rzeczywistość.
Dla dzieci albo ze względu na nie trzymałam rodzinę za wszelką cenę w całości, zamiast przerwać ten teatr spuszczeniem kurtyny.
Kiepska ze mnie aktorka.
Nie odtwarzam roli właściwie i mylę kwestie.
Za późno, to wszystko.
Dzieci za dużo widziały, za dużo złego doświadczyły i wyposażyłam je w niewłaściwy ogląd na relację rodziców.
Trudno.
Nie cofnę czasu.
Mogę tylko dokładać starań, aby być dla Nich wsparciem.
Dawać im miłość i zrozumienie.
Rozmowę, gdy będą jej potrzebować.
Ciszę i spokój, gdy tego zapragną.
Muszę być dla nich silna, bo i w Nich znajduję siłę.
To fuzja.
Nie namacalna, ale istniejąca wymiana energii, która motywuje do życia, która podpiera, kiedy chcesz się poddać.
Ktoś mnie zapytał skąd biorę siłę.
Nie wiem-odpowiedziałam, bo nie czuje się silna wcale, ale po chwili dotarło do mnie, że jeśli ją mam, to właśnie dzięki ludziom, którzy są wokół mnie. Ci zupełnie namacalni i ci tutaj wirtualni. Wiele dobrych słów łatało i łata, wypalone we mnie dziury przez wątpliwość i poczucie winy.
Wszystkim za to dziękuję.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Termin rozprawy wyznaczony

Wczoraj mąż pisał mi sms-a o swoim samopoczuciu podczas obecności w szpitalu celem zebrania komórek do przeszczepu. Wyrażałam w odpowiedzi nadzieję, ze wszystko będzie dobrze. Rozpisał się nawet na temat rokowań i tego, jak to widzi Doktorek. Zdaję sobie sprawę z obaw i lęków jakie targają Piotrem przed kolejnym etapem leczenia. Poczułam smutek i współczucie, że jest, jak jest pomiędzy nami, ale przecież ma jeszcze rodzinę i przyjaciół.
Dziś odebrałam pismo z Sądu z wyznaczonym terminem rozprawy i odpowiedzią Piotra na mój pozew. Odpowiedź Piotra na to, co ja zawarłam w treści powództwa była dwukrotnie dłuższa. 13 stron, to spora lektura na swój temat i do tego nieprzyjemna. Zresztą nie sama treść czy nawet rzeczy mocno ponaginane lub wymyślone mnie powaliły, tylko Piotra stanowisko o oddalenie powództwa w całości, bo..i tu na dwie strony wymienione paragrafy na które mąż powołuje się, a w których mowa, że choroba jest tym czynnikiem który o nieudzieleniu rozwodu może decydować. Wsparł się prawnikiem widocznie. Jego prawo. Oczywiście chce powrotu do domu. Zachowania związku. Mojej opieki, bo On by mi nigdy tego nie zrobił.
Rozpłakałam się w głos w samochodzie.
Łzy płynęły potokiem.
Obraz się rozmazał zupełnie.
Zjechałam na pobocze, by nie czuć tej pieprzonej obojętności już na wszystko i nie napędzać nią głupich myśli pod tytułem; „wszystko mi jedno”.
Pewnie, że nie wiem, co orzeknie Sąd, ale czuję się przegrana.
Czuję się przegrana w walce o siebie.
Tyle lat szukałam w sobie odwagi, by zadbać o siebie a w otoczeniu Piotra nie wychodziło mi to.
Nasza relacja miała ten czynnik spychający mnie w rwący potok poczucia winy, nieakuratności i nijakości dla Niego.
Gdy dużo niedobrych słów Piotra i jego zachowań oraz wciągnięcia dzieci w nasze sprawy, wyzwoliły we mnie może nie tyle odwagę ile potrzebę chronienia dzieci i siebie, wtedy czas okazał się niewłaściwy, ze względu na chorobę męża.
Przegrałam tą batalię.
Nie czuje w sobie sił.
Jeżeli Sąd przychyli się do stanowiska Piotra…przychodzą mi dwie opcje do głowy: wyłączyć czucie i myślenie, sprowadzić się do funkcji robota lub opuścić Ich czyli Piotra i dzieci i swój rodzinny dom, ale czy potrafiłabym zostawić dzieci?
Spieprzyłam to życie sobie i dzieciom niedojrzałym zachowaniem, niewłaściwymi decyzjami, brakiem zdecydowanych postaw.
Piotr niech bierze odpowiedzialność za swoje postawy i decyzje i na te kilkanaście stron odpowiedzi nie było zdania, że cokolwiek zrobił źle, odkąd przestał pić.
Idealny, a ja głupia rozwydrzona baba nie chcę z nim być. W głowie mi się przewróciło.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 6 komentarzy

Współuzależnienie

Ze względu na chorobę alkoholową męża, 16 lat temu trafiłam na terapię dla osób współuzależnionych. Miałam wrażenie, że wiedza jaką tam posiadłam pozwoli mi uwolnić się od tego osobliwego zjawiska. Mało tego, przez ogrom lat żyłam w poczuciu, że sterapeutyzowałam się całkiem przyzwoicie, gubiąc większość mechanizmów . Nic bardziej mylnego.
Dziś czytam o charakterystyce osoby współuzależnionej, ech tam czytam..ot rzucam okiem mimo chodem i mam:
„By odkryć problem współuzależnienia warto przyjrzeć się troszkę bliżej następującym uczuciom i działaniom:
•poczucie odpowiedzialności za uzależnionego partnera,
•nadmierne kontrolowanie i opiekowanie się osobą uzależnioną,
•przyjęcie roli wybawiciela,
•doszukiwanie się winy uzależnienia w sobie,
•doszukiwanie się własnych niepowodzeń w zachowaniu alkoholika,
•zaniżona samoocena – ciągłe poczucie winy,
•obniżony nastrój wywołany złym i spiętym samopoczuciem,
•przejęcie obowiązków alkoholika,
•chroniczny lęk,
•rezygnacja z własnych zainteresowań, pasji czy hobby,
•chroniczna koncentracja na partnerze i jego uzależnieniu,
•problemy ze snem,
•ukrywanie przed otoczeniem problemu alkoholowego partnera,
•potrzeby alkoholika są najważniejsze – robisz wszystko, by go zadowolić bądź nie doprowadzić do awantury,
•wszechogarniający wstyd,
•fałszywe nadzieje na poprawę sytuacji,
•problemy seksualne,
•nagminne tłumaczenie nietypowego zachowania partnera alkoholika,
•wyprzedzanie myślami wydarzeń, w tym unikanie okazji do picia,
•przyzwolenie na oszukiwanie,
•karmienie się złudzeniami,
•unikanie konfliktów,
•zniekształcona wizja rzeczywistości,
•poddanie się rytmowi picia alkoholika,
•wysoka tolerancja niewłaściwych sytuacji.
Na 25 punktów na 5 odpowiadam negatywnie. Reszta jest we mnie od lat, pomimo terapii, pomimo pracy nad sobą w gabinecie psychologa.
Po jakiego diabła, to wszystko, jak wciąż jestem w ciemnej du…?
Po co moje rozstanie z Piotrem, jak tylko rzuci w telefon treścią pełną cierpienia, bo jest na nowej chemii, bo jutro mają mu pobierać komórki macierzyste, no a ja wg Niego jestem szczęśliwa i mam to swoje szczęście-cokolwiek mąż miał na myśli?, i ja pod wpływem Jego treści, że nie życzy mi takiego cierpienia, że herbatę podaje mu Ojczym i że tak nie powinno być…umiem tylko odpisać, że nie jest wyłączną moją winą nasze „dziś”, że mam nadzieję, że ból minie, że przykro mi, iż cierpi i że mogę zawieźć i odebrać Jego ze szpitala, jeśli tego chce. Odpowiedź odmowna, ze strony męża nie wnosi spokoju, bo wiem, że chce inaczej.
Tak. Nie da się ukryć, nie uwolnię się nie tyle od męża, ile od współuzależnienia od Niego.
Dzięki rodzice za ten podręczny bagaż z jakim wypuściliście mnie w dorosłe życie. Za to, że nie umiałam zakreślić własnych granic, których przekraczanie niszczy mnie i wchłania. Asymiluje. Nie wiem nawet, czy ukształtowana jakoś ja zostałam wciągnięta w okoliczności w jakich żyłam, czy nigdy nie ukształtowana, jestem substancją stworzoną na potrzeby okoliczności. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że mnie nie ma!!! Nie mam w sobie uwagi na swoje potrzeby, troski o siebie, dbałości względem siebie samej…miłości do siebie.
Mam dziury w mózgu, mam słabe strony i ogrom deficytów i wiem, że każdy kto mnie zna widzi to, ale nie każdy wykorzystuje moje słabe strony dla swoich prywatnych rozgrywek.
Tak, Renata…musisz sobie odpowiedzieć, czy lepszym jest odcięcie się od męża i zachowanie siebie, czy jednak pomoc/współuzależnienie od męża i pozwolenie sobie na jego naciąganie swoich emocji i zatracenie siebie.
I wcale nie chodzi tylko o to, aby sobie umieć odpowiedzieć na to pytanie, ale żeby jeszcze według tej odpowiedzi siebie konsekwentnie realizować.
Byłam w środę u psychoonkolog. Oczywiście, że wszystkie moje budowane przekonania, że nie odmawiam pomocy mężowi, że może na mnie liczyć, że przecież jestem na tyle, na ile mnie psychicznie na to stać, stały się rozkołysane Piotra wyrzutami i ledwo je utrzymuje przed upadkiem.
Misternie buduje siebie bez wiecznego wpędzania się w poczucie winy ale nijak mi to nie wychodzi. Syzyfowa praca. Nie da się. Wciąż myślę o swoim postępowaniu, a wewnętrzny krytyk suszy mi głowę posługując się treściami Piotra.
Sama już nie wiem, co słuszne a co nie słuszne.
Pewnie, ludzie chętnie posługują się zwrotem: „postępuj w zgodzie ze sobą” czyli jak??
W zgodzie z emocjami?
W zgodzie z zasadami?
W zgodzie z logiką?
Bo każda z tych płaszczyzn ma swoją zgodę.
Inni mówią: ” zajrzyj w swoje serce, ono podpowie Ci drogę”..uhum..czyli w co mam zajrzeć?
W uczucia? One targane różnymi okresami w życiu/ okolicznościami pochowały się gdzieś po zakamarkach mojej osobowości i co? Nie są zbyt silne czy pewne siebie, aby do nich się odwoływać.
Emocje, te też poszarpane związkiem, który oscylował pomiędzy miłością a nienawiścią, pomiędzy chcę i kocham, a życzę tobie wszystkiego co najgorsze za to, co mi zrobiłaś, emocje są wciąż rozkołysane a ja wraz z nimi jestem raz na amplitudzie „jestem złą kobietą”, ” jesteś ok”.
Mąż miał wczoraj pobrane komórki macierzyste do autoprzeszczepu.
Pytałam Go, jak się czuje? Nic nie odpowiedział.
Rano za to znalazłam sms-a od Niego tej treści:
„opieka nad jedna osobą, to miłość.
Opieka nad tysiącami, to pielęgniarstwo.
Miłego dnia”
No i trwa ten cholerrnie miły dzień.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , | 4 komentarzy

No to się zaczyna…

W poniedziałek z rana wpadł mi sms na telefon od męża, że dostał pozew, ze poczuł przerażenie, jak przedstawiłam jego w tym pozwie, że napisze odpowiedź na ten pozew, pisząc tylko prawdę, jak to wszystko wyglądało.
No tak, ja to zapewne źle ujęłam.
Nie napisałam prawdy.
Nie tak, to wyglądało.
No nic, dostanę odpowiedź, przeczytam, dowiem się, jak bardzo myliłam się ze swoją prawdą.
Przy okazji tego pozwu mąż już nie chce ode mnie zastrzyków, będą podawać mu w przychodni.
Słusznie.
Pielęgniarka jest fachowcem w tym temacie.
Trochę komplikuje się ta i tak złożona sytuacja.
Mogę „gdybać” czy Piotr będzie i jak będzie wykorzystywał przeszczep w tej sprawie, mogę mieć założenia i przewidywania, ale co mi po nich.
Do dupy z tym wszystkim.
Zapętla się ta cała sytuacja.
Rosną we mnie obawy.
Pęcznieją.
Przysłaniają optymizm, wiarę, że może bliższy jest koniec tego, co generuje trudności i napięcia.
Chwilami myślę, że wyruszyłam z motyką na słońce.
Zresztą to nie pierwsze tego typu moje działanie w życiu. Takie działanie wbrew przesłankom skazującym mnie na niepowodzenie.
Mam jakiś genetyczny defekt czy cholerawieco, ale ładuje się w okoliczności, które mają niewielki % szansy na satysfakcję i potem walczę do utraty sił, nagradzając się złudzeniami, że % szansy się zwiększa i zwiększa i już jest prawie dobrze, by trach! walnąć wyczerpana i sponiewierana o ścianę „brakuwpływu”.
Ile razy ja jeszcze powtórzę sobie hasło-klucz do relacji międzyludzkich:
nie zmienisz drugiego człowieka, możesz zmienić tylko swój stosunek do niego!!!
Nie ma, nie ma takiej rzeczy, która by wpłynęła na zmianę Piotra stosunku do mnie.
Nie ma takiej rzeczy, która dziś wykrzesałaby w nim szacunek do siebie samego, a tym samym do innych.
Gdzieś tego zabrakło kiedyś i to teraz kuleje, tak samo, jak we mnie kuleją różne deficyty niezaspokojone tam wtedy, gdy zaspokojonymi powinny być. Mało tego, przyglądam się dzieciom i zastanawiam jaką spuściznę im zostawiam?
Jakie luki powstają w ich podstawowych potrzebach, jak potrzebie miłości, akceptacji, bezpieczeństwa.
na ile byłam/jestem w stanie dać im coś, czego sama mam braki?
Przecież z pustego i Salomon nie naleje.
Cóż, piszę te słowa niemrawo przebierając palcami na klawiaturze, bezmyślnie gapiąc się w monitor i zastanawiając, co jeszcze może się wydarzyć, żeby…żeby podciąć?
Ech…kiedy wydaje mi się, że już łapię jakąś pewność i siłę, jakiś punkt zaczepienia, to znowu coś.
Jakkolwiek pewnie to fatalnie zabrzmi, to skoro czekali z tym przeszczepem rok, to nie mogli poczekać jeszcze?
Piotr będzie wymagał pewnie opieki.
Brata w którym ma wsparcie zapewne nie poprosi, bo…bo nie wiem, co.
Ja nie odmówię, bo…nie potrafię, a Piotr będzie grał swoją ulubioną nieszczęśliwą melodię na strunach napiętych moich i dzieci emocji, aż w końcu pękną.
Strach się bać.
W obawie przed tym, co będzie zaczynam hibernować się w otępieniu.
Samoobrona psychiki przed zrobieniem sobie krzywdy.
Ktoś mi powiedział: ” ty nigdy nie uwolnisz się od Piotra”.
Resztkami nadziei łudzę się, że nie było to rzucone pod moim adresem złorzeczenie, które ma swoją moc sprawczą.
Łudzę się, że nasze drogi się rozejdą na tyle, że nie będzie Piotr we mnie ciskał poczuciem winy za rozpad tego „udanego związku” i odrzucenie miłości, która przeplatała się z nienawiścią.
Łudzę się coraz cieńszymi nićmi ułudy.
Nie pierwszej i nie ostatniej w życiu.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , | 2 komentarzy