Bled

Urokliwe miasto na Słowenii w otoczeniu zielonych gór cieszyło moje oko przez kilka dni. Lubię naturę, a jej różnorodność od zawsze mnie zachwyca. Miasteczko Bled liczące około 5,5 tyś mieszkańców leży nad jeziorem o tej samej nazwie. Jezioro jest ciekawym miejscem nie tylko dla wioślarzy ze względu na znajdujący się na nim tor wioślarski, ale i dla rzeszy turystów, których przyciąga źródlaną wodą termalną, ciepła, czystą o turkusowym kolorze.  Dodatkiem do tego piękna jest zielona wyspa mieszcząca się na jeziorze na której stoi stara świątynia słowiańska. Inna atrakcją jest spory zamek wznoszący się na skale 130 metrów nad poziomem jeziora z którego rozciąga się piękny widok na okolicę.
Miasto to w tym roku było miejscem zmagań osad wioślarskich mastersów. Z całego świata zjechało się około 6 tyś miłośników wioślarstwa z 860 klubów. Największa impreza wioślarska roku. Starty zaczynały się od 7:00 i trwały do 19:00 co 3 minuty każdy. Byłam pod dużym wrażeniem. Nie tylko lokalizacji, ale organizacji oraz atmosfery tam panującej. Tyle ludzi skupionych wokół wody, łodzi i wioseł. Językowa wieża Babel przeplatana uśmiechem i wzajemną życzliwością. Wszyscy połączeni pasją. Nasza ekipa z Polski to 51 zawodników, a  z samego Poznania 19. Silną stanowimy grupę już od kilku lat na tego typu imprezach. Emocje związane ze startami, radość, niedosyt, zmęczenie, koncentracja, motywacja-to wszystko dało ogrom pozytywnych wrażeń, które dopełniały okoliczne widoki. Medale zdobyte przez część naszej grupy były uwieńczeniem ich ciężkiej pracy. Potwierdzeniem formy.
W tym roku startowałam na 4 osadach. Dwa deble i dwie czwórki. Starty należały do udanych pomimo, że medalu nie wywalczyliśmy żadnego. Na regatach mastersów jest inny system medalowy, niż w imprezach seniorskich. Tutaj jest podział na kategorie wiekowe, a w danej kategorii wiekowej w każdym biegu medal dostaje tylko pierwsza wpływająca na metę osada. Więc rozdają same złota. Miejsca zajęte przez moje osady były po za strefą złotego medalu. Nie czuję tu niedosytu czy rozczarowania. Wręcz przeciwnie, miałam poprawić swój wynik czasowy i to zostało osiągnięte w stopniu znacznym, dając mi satysfakcję.
Regaty się skończyły. Po nich pozostały wspomnienia budzące uśmiech na twarzy. To naprawdę była znakomita impreza sportowa na wysokim poziomie. Fajna przygoda w grupie ludzi, których znam od lat i z którymi łączą mnie dobre wspomnienia, jak i zamiłowanie do wioślarstwa.
Wróciliśmy do obowiązków rodzinnych i zawodowych. Trenujemy dalej. Za rok Mistrzostwa Świata Masters są na Florydzie. Podejrzewam, że ze względu na to, że odbędą się na drugiej stronie kuli obsada w nich będzie mniej liczna. Nie wiem ilu zapaleńców od nas wyruszy w tamtą część świata, ale wiem, że będzie to kolejna wielka przygoda.
W domu spokojnie. Osiadamy w naszych nowych realiach. Mam na myśli szczególnie nieobecność Pierworodnego. Razem z młodszymi ogarniamy tą naszą rzeczywistość. Póki co bez napięć i oby tak dalej. Szkoła, praca, treningi. Jula skacze co raz wyżej. Michał kopie coraz mocniej, pomimo dokuczających jemu pięt. Ja już niewiele więcej z siebie wycisnę, ale się staram ;-).
Piotr ma się dobrze. Ostatnie wyniki badań laboratoryjnych, które widziałam były lepsze od moich. Nie widuję Go. Unika mnie. Nie rozmawiamy. Przyjeżdża do dzieci pod moją nieobecność. Widocznie coś tam się wewnątrz Niego wciąż narasta.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Witaj szkoło,

takie najczęściej hasła widnieją na szkolnych banerach w przybytkach wiedzy. Zaczęła się uczniowska mordęga-narzekają moje dzieci, a ja im zwyczajnie zazdroszczę tego czasu, kiedy to świat moich problemów kręcił się wokół przygotowania do klasówki, doczytywania w pośpiechu lektur czy odrabiania zadań domowych. Doskonale pamiętam, że tak samo jak moi potomni narzekałam, na „złych” nauczycieli, na za krótkie wakacje i miałam tysiące wymówek na odkładanie „na potem” szkolnych obowiązków.
Dziś, 40-sto i więcej godzinny tydzień pracy oraz 26 dni urlopu na rok wydają się wersją okrutną dla dorosłego człowieka wolnego duchem ;-). Manna jednak z nieba nie leci i pracować trzeba. W związku z pracą nie udało się mi w tym roku po -asystować najmłodszemu w dniu inauguracji roku szkolnego, zresztą duży już jest i nie potrzebuje niani-mamy, która cmoknie go pod szkołą, zdejmie paproch ze spodni wyprasowanych na kant i przyliże dyskretnie niesforny kosmyk…brrr, to zresztą nie jest nawet skrywana wersja mnie.
Wieczorem wyprasowałam, co trzeba. Kazałam nastawić budzik, szczególnie nieprzytomnej córce, która dopiero co wczorajszym późnym wieczorem wróciła ze zgrupowania, a sama wczesnym rankiem ruszyłam 200 km na południe do klienta. Wróciłam. Ogarnęłam pracownicze obowiązki i będę się pakować na wyjazd do Bled. Na kilka dni zatopie się w świat sportu, który towarzyszył mi od najmłodszych lat. Marzyłam od dziecka o sportowej karierze. Liznęłam zaledwie sport wyczynowy. Teraz bawię się. Nie dla wyniku, ale dla satysfakcji, dla tej adrenaliny towarzyszącej startom i rywalizacji.
Zostawiam dzieci pod opieką ojca, który ostatnio mocno mi się naraził. Prawdopodobnie pod wpływem emocji wywołanych moim „nie” na wspólne zamieszkanie, dał upust swojej wrażliwości i przysłał mi kilka smsów „poruszających treści”. Skłamałbym pisząc, że mnie obeszły, bo uderzały we mnie jako w matkę, napisze tylko, że wywołały poczułam przerażenie i smutek wobec tego, co się dzieje w Piotra głowie, jakimi myślami siebie karmi. Nie zareagowałam. Po kilku dniach przysłał przeprosiny. Zawsze to samo: ubliżanie i przepraszanie. Zadowolenie z siebie, że potrafię przeprosić. Może warto zrobić kolejny krok-zachowywać się tak, aby nie było za co przepraszać.
Proszę o trzymanie kciuków za powodzenie w regatach :-).

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Koniec wakacji

Krótki urlop w słonecznej Grecji dał upragniony wypoczynek. Nie sądziłam, że tak bardzo potrzebowałam nicnierobienia.
Ostatnie dni sierpnia mamy, a dzieci szykują się już do szkoły. Julianna jeszcze tylko żyje obozem sportowym na który wyjeżdża w niedzielę.
Michał na obóz piłkarski nie pojechał. Z przyczyn od niego niezależnych. Klub zarezerwował mniej miejsc, niż zawodników i przeprowadzili losową selekcję.
Dla niego to był cios, ale ostatecznie pogodził się z zaistniałym faktem.
Uważam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ Michał od dłuższego czasu uskarża się na ból pięt. Byliśmy u ortopedy i okazało się, że ma piętę Haglunda-taa fajnie brzmi, ale to nic innego, jak jałowa martwica guza piętowego.
Pozbawienie Michała możliwości gry w piłkę nożną, to rzecz dla niego niewyobrażalna. On tym żyje. Musi jednak się oszczędzać, a odciążenie pięt jest czynnikiem sprzyjającym leczeniu, które i tak wymaga sporo czasu. Drobna przerwa w treningach dobrze mu zrobi. Zobaczymy jakie efekty przyniosą wkładki, masaże i wirówki zalecone przez ortopedę.
Pierworodnego prawie nie widuję. On jest zapracowany, ja w rozjazdach pomiędzy pracą a treningami.
Krótkie rozmowy telefoniczne, aby uspokoić sumienie matki, że u niego wszystko w porządku muszą mi wystarczyć.
Powoli oswajam się z jego samodzielnością.
Tęsknie za nim. Zwyczajnie tęsknię.
W domu bez jego drylu wobec młodszego rodzeństwa nadszedł czas rozpusty.
Radek przypilnowywał dzieci, aby zrobiły „coś dla domu”, jak to zwykliśmy mówić, a teraz pod moją nieobecność nie ma kto, bo tata, jak u dzieci jest, to raczej je wyręcza, niż mobilizuje do wypełnienia jakichkolwiek okołodomowych obowiązków.
Zresztą tata ma swoje nowe wizje.
Skoro syn się wyprowadził, to były mąż wymyślił, że może on się wprowadzi i co ja na to?
Roztoczył przede mną perspektywę remontu domu. Coś o co prosiłam przez lata i nie wyprosiłam, teraz miałabym ot, tak!
Niestety nie przystałam na propozycję i znowu jestem tą złą na której się poznał, jaka to ja jestem naprawdę i nie dbam o dobro ogółu.
Ech…inaczej pojmujemy tzw. dobro ogółu, a to jaka jestem naprawdę, to już tyle razy słyszałam z ust Piotra, że nie jest wstanie mnie już niczym zaskoczyć.
Życie to ciągła zmiana, a my musimy mieć w sobie bezustanną gotowość do zmian.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Od kilku dni pada

ech mało powiedziane, to przecież nie pada tylko leje.
Ziemia tak namokła, że nie może wchłonąć więcej wody.
Kałuże stoją na ulicach. W każdej odbija się niebo.
Zaciągnięte chmurami niebo.
Deszcz krzyżuje mi nie co plany treningowe.
Nie schodzę tyle na wodę ile bym chciała, a mistrzostwa do których się przygotowujemy są we wrześniu.
Szykujemy się na wyjazd nie mniej liczną ekipą, niż rok temu, a miejsce tegorocznych MŚ Masters w wioślarstwie jest w urokliwym Bled.
Ostatnie dwa lata były dla mnie ciężkie, a treningi nierzadko były jedyną odskocznią od natłoku deprymujących myśli.
Cieszę się, że mam w życiu jakąś pasję.
Bez niej byłabym w innym miejscu.
Niebawem idę na urlop i mam zamiar spędzić go najlepiej, jak potrafię.
Pogoda w Grecji nie jest tak kapryśna, jak u nas, a ja chcę tylko słońca i spokoju.
Nic więcej.
Sporo zmian w moim życiu w tym roku.
Osobiste dylematy tracą na swojej sile.
Rodzinnie zmiany są bardzo świeże-pierworodny skończył I-etap edukacji wyższej i szykuje się na kolejny, co mnie bardzo cieszy.
Ponad to opuścił rodzinne gniazdo i nie ukrywam, że łatwym doświadczeniem to nie jest dla mnie.
Dziwne odczucia mam jako matka.
Z jednej strony cieszę się, iż próbuje samodzielności, natomiast z drugiej to poczucie „oddania go światu” jest lekko niepokojące i idące za tym rozterki, czy jest na to gotowy, czy zrobiłam, to co mogłam, aby przygotować go do samodzielnego życia, czy oddałam w świat człowieka dobrego, który nie będzie krzywdził innych i bawił się ich kosztem?
Tak, wiem czas to zweryfikuje.
Ja będę się temu przyglądać i służyć pomocą czy doświadczeniem, kiedy tylko zechce z tego skorzystać.
Tyle mogę.
Pod moimi „skrzydłami” jeszcze dwójka.
Każde inne, a i one za jakiś czas pójdą swoją drogą.
Taka kolej rzeczy.
Porządek natury i my w nim.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Lato, lato wszędzie zwariowało, oszalało

ludziom serce. Wiosna i lato mają to do siebie, że ludzie chętniej, przyjaźniej, bardziej otwarcie na siebie spoglądają. Nie wiem na czym ten fenomen polega, ale tu, jak sądzę ma swój niezaprzeczalny udział słońce. Działa ta nasza gwiazda, na nas ludzi, a my mamy pod czaszką wbudowaną baterię słoneczną o i tyle z moich biologicznych mądrości. Albo i nie, dodam jeszcze jedno, otóż kiedy miałam okazję być w słonecznej Chorwacji i o poranku wyglądać przez okno na lazur morza skąpanego w refleksach odbijających się od wody promieni, to myślałam za każdym razem, to samo, że w warunkach, takiego otoczenia nie można mieć ciężkich myśli, nie może nie chcieć się wstać z łóżka, że takie warunki dają kopa do życia i zachwytu od rana.
Lipiec mamy. Słońce może nie rozpieszcza, ale i tak jest go więcej, niż w poprzednich miesiącach. Ludzie w lekkim odzieniu, jakby i lżejsi we wzajemnym podejściu do siebie. Częściej ktoś się uśmiechnie, mniej burczenia nieprzyjaznego pod nosem, rzadziej ktoś trąbnie ponaglając w korku, a i rozkopane remontem centrum miasta nie wydaje się tak irytować, jak jesienią.
Wyczekujemy lata, nie da się ukryć. Ta pora roku stwarza warunki do szaleństwa, zabawy, poddania się chwilowej lekkości bytu. W Poznaniu nad Wartą tłumy ludzi grillują, grają w piłkę, karty, śmieją się, bawią, zbijają w grupy. Wspólnie spędzają czas. Można poczuć się częścią wielkiej rodziny. Zimną z uniesionymi kołnierzami, wciśnięci w kurtki, czapki, łypiemy na siebie wrogo wzrokiem i lepiej by nikt nie wchodził nam w drogę. Latem jest inaczej. Lato nas rozgrzewa. Rozgrzewa też nasze serducha. Tu mi się kumpela zakochała i wariuje ze szczęścia, druga domaga się zakochania i to natentychmiast, więc z taką otwartością na miłość lada moment zostanie trafiona przez Amora. Trzecia ma już buty do drugiego ślubu, kupione przez byłego męża (jak widać i takie relacje można zachować po rozwodzie) ;-). Czwarta nosi w sobie Arcydzieło-tak nazywa potomków swojego ukochanego męża.
A ja ślepnę i głuchnę, mam problemy z pamięcią- to mi bezustannie wypominają dzieci. Za dużo mam pracy, za mało wolnego czasu. Lato przeminie, ani się nie obejrzę, a potem będę tęsknić do kolejnego obiecując sobie, że zaczerpnę z niego jak najwięcej.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Czerwiec

Kilka dni ciepłych, którymi częstuje ostatnio czerwiec spędzam w pracy. Tak bardzo tęskniłam za słońcem, a teraz zerkam na rozświetlony nim krajobraz za oknem biurowca.  Praca, praca i praca. Już sama straciłam granicę, czy to nadmiar obowiązków zawodowych, czy może popadłam w pracoholizm. Wciąż coś zalega, na mnie czeka. Nieodhaczone zadania na wczoraj. Gonitwa. Po raz pierwszy w życiu doświadczam tak zawrotnego tempa, jakie fundują mi obowiązki zawodowe i rodzinne. Wpadam do domu, najczęściej zmęczona, zakupy po drodze, dziecko z treningu jedno lub drugie. Wpadam do domu, coś w nim ogarnę, chwilę dam dzieciom i noc już owija kark szalem snu i trudno nawet coś czytać, bo głowa sama opada na poduszkę. W weekendy mam co robić. Dom i ogród upominają się o siebie. Chwilami nie wiem za co pierwsze się zabrać, a powinnam chyba za dzieci. Rozlazły mi się jeszcze bardziej, bo i większe, bo i trudniejsze w kontakcie, bardziej samodzielne, a i pewnie wciąż trawiące sytuację rodziców, którzy się rozstali. Pochłania je internet. Zabieram im czasem telefony, bo dostaję szału, gdy widzę jak mi wsiąkają w cyberprzestrzeń.
Z Piotrem od sprawy rozwodowej prawie się nie widziałam. Gdzieś mi mignęła jego sylwetka, gdy wsiadał do samochodu, gdy ja podjeżdżałam pod dom. Nie zamieniliśmy zdania. Krótkie sms-y organizacyjne, dotyczące dzieci. Oboje prawdopodobnie żywimy do siebie urazę. Mogę pisać za siebie. Jest we mnie jej sporo, za jego negatywną postawę wobec mnie, wyparcie tego co dawałam, co włożyłam w ten związek i w naszą rodzinę. Za pozostawienie mnie z długami, za „kupowanie” dzieci i rozpuszczanie ich w ten sposób. Nie cenią tego, co mają, chcą więcej i więcej. Ja pracuję po 10 godzin, pod koniec miesiąca zaczynam już niepewnie spoglądać na konto i kiedy słyszę: „mamo, bo potrzebuję…” to odkładam na za miesiąc tłumacząc się przed nimi  lub kombinuję. Tata nie odmawia. Przecież powinnam się cieszyć, że tak jest. Przecież znam niejedną historię rozwiedzionych rodziców, gdzie ojcowie czy matki nie chcą łożyć na swoje dzieci albo ograniczają się do zasądzonych alimentów i nic ponad to. Jednak i taka sytuacja, jak nasza nie jest dobra. Mogę tylko pokładać nadzieję, że dzieciaki rozumieją, że miłość i bliskość to nie tylko spełnianie zachcianek i sprawianie przyjemności tym, co można kupić.
W ubiegłym tygodniu Micho miał mały wypadek na rowerze. Wpadł do domu z rozwalonym czołem. Wystraszony i zapłakany. Sprawdzian rodzeństwa zdany pozytywnie. Radzio trochę moralizował, jak to on, ale Jula bez chwili wahania wsiadła do samochodu i jechała z nami na chirurgię. W aucie go zagadywała i rozbawiała. Zerkałam na nich we wstecznym lusterku i było mi ciepło na serduchu. Chciałabym, bardzo chciałabym, aby byli sobie bliscy. Cała trójka. Aby mogli na siebie liczyć w każdej sytuacji.
Zdrowie Piotra na chwilę obecną nie budzi niepokoju. Po autoprzeszczepie jego stan się ustabilizował. Prowadzi normalne życie. Przyjeżdża do dzieciaków, to gdzieś z nimi jedzie. Na weekendy wyjeżdża ze znajomymi. Organizuje sobie czas. Ma go sporo, nie pracuje i nie ma innych obowiązków. Nic nie musi, wszystko może. Do siebie dzieci nie zabiera, bo tak chyba zwyczajnie prościej i wygodniej. Ostatnio ku mojemu zaskoczeniu zastałam brata Piotra u siebie w domu, który przecież odciął się zupełnie ode mnie, takie jego prawo. Panowie mnie się nie spodziewali raczej, ale nawet nie okazali zmieszania, choć niezręczna to była sytuacja.  Ja przecież w ich domach bez ich wiedzy nie przebywam. Żaden nie próbował wytłumaczyć tego, po prostu jakby musiało być. Może pod moją nieobecność toczy się w moim rodzinnym domu normalne życie towarzysko-rodzinne byłego męża, a ja o tym zwyczajnie nic nie wiem?
Życie się toczy i rządzi swoimi prawami. Życie to proces, zmienna i jak mówi moja przyjaciółka, dojrzałość m.in polega na akceptowaniu zmian zachodzących w naszym życiu. Zmian, które są konsekwencja naszych decyzji, ale i tych zmian na które wpływu nie mamy, które są trudne, są pojmowane w kategoriach bólu i straty, ale niewiele możemy zrobić po za przyjęciem tego, co się dzieje, co jest.
Z trudem zamykam kartę historii mojego małżeństwa. Pomimo, że to ja wystąpiłam z wnioskiem do sądu, to nie była to łatwa decyzja i dla mnie. Czułam takie zużycie materiału, że nie widziałam innego rozwiązania. Chciałam szacunku i spokoju. Szacunek…nonsens, prawda? Przecież nie dostanie się go stamtąd gdzie go nie było. Szacunek, kiedy dla kogoś jest formą nagrody za zasługi, a nie tym co leży u podstaw każdej relacji międzyludzkiej, staje się niepewną odroczoną gratyfikacją, którą dostajesz na chwilę, aby mieć co tobie odebrać. Mam spokój. Powoli uczę się żyć w spokoju, bez wysyłanego podprogowo komunikatu: „nie akceptuję ciebie”. Mam nadzieję, że spokój osiądzie na stałe we mnie, a ja sama wybaczę sobie ogrom popełnionych błędów. Popatrzę może za chwilę odważniej w przyszłość. Pełniej przeżyję dziś, a oglądając się za siebie, nie będę pełna żalu i niepewności kryjącej się pod pytaniem: „czy na pewno zrobiłaś wszystko, co mogłaś?”

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Lepiej późno, niż wcale

Mój stan wewnętrznego napięcia nie schodzi. Szukając analogii swojego najeżenia wśród fauny wpadłam na jeżatkę. Emocje są nastroszone jak kolce na powierzchni skóry, a ta aż boli od przepięć, które buzują w mojej głowie tysiącem myśli. Te tłumione we wnętrzu siłą woli usztywniają moje całe ciało. Wszystko mnie boli. prowadzę wewnętrzne dialogi typu: odpuść, zweryfikuj swoje myślenie, odrzuć ziarno od plew, nie daj się pochłonąć złym emocjom, zostaw to za sobą. Chcę nabrać powietrze w płuca, ale leży mi na klatce kamień niezrozumienia i przygniata.
Zadaję sobie pytanie od przedwczoraj: czy ja znałam Piotra? Okazuje się, że nie do końca. Elastyczność Piotra była mi znana. Owszem. Nie raz miałam okazję oglądać go w kilku odsłonach. Miał swoją wersję tą na pokaz i wersję nie pokazową, kiedy nie musiał trzymać się w karbach przyzwoitości. Jednak zawsze miał się za człowieka dobrego, uczynnego i uczciwego, który ma swoje zasady. Dobroć, uczynność czy uczciwość nie są manipulatywne. Nie można nimi żonglować na potrzeby sytuacji. Wypływają z naszej postawy. Postępowanie wbrew sobie samemu kłóci się w nas. Nie daje nam spokoju. Piotr nie ma wewnętrznych konfliktów. Każdą sytuację którą spieprzył, tak w sobie obrobił, aby wina leżała po za nim. Dociera do mnie, że nie usłyszałam od niego nigdy nic niekorzystnego na swój temat. Na wszystko miał wytłumaczenie. Wobec wszystkiego był bezwolny, albo nie mógł, albo chciał, ale nie miał możliwości, albo starał się, ale go nikt nie doceniał, albo darzył uczuciem, ale nie okazywał, albo wiedział co zrobić ale nic z tym nie zrobił itd.
Bierna postawa może i jest wygodna. Nie wiem, nie praktykuje. Robienie z siebie ofiary, osoby niewinnej i pokrzywdzonej, upatrującej źródła swoich niepowodzeń po za sobą. Jednak Piotr przejawia i aktywną postawę podczas ataków wobec mnie. Pewnie to też naturalne, bo ofiara bez kata nie może być ofiarą.
Popełniłam dużo błędów, jednym z nich było zaufanie Piotrowi. Otóż całą swoją historię jemu zawierzyłam. Jestem zwolennikiem rozmów, dialogu. W tych formach upatruję zrozumienia i porozumienia między ludźmi. Przedstawiając swoją perspektywę, swoje motywy, uczucia, intencje mamy możliwość naprowadzenia partnera na ścieżkę, którą podążaliśmy. Unikamy wtedy domysłów. Oczywiście warunkiem jest to, że ktoś z uważnością i dozą empatii nas wysłucha i przyjmie naszą wersję. Gorzej, kiedy nakłada się na to swoją formę, odbiegającą od przedstawianej. Wtedy żadne rozmowy sensu nie mają. Za późno zrozumiałam, że ogrom chęci, energii straciłam na bezowocne rozmowy z Piotrem. Niejedna osoba mi mówi, odpuść, zostaw to, przecież nie zmienisz jego toku myślenia. Stworzył sobie swoją wersję waszego życia. Stworzył i w nią wierzy. Ją kultywuje. Nic z tym nie zrobisz. Pewnie tak. Mogłabym przytaczać fakty, dowody i nic…wyparte przez Piotra w jego głowie nie istnieją.
Chciałam spokoju, a nie permanentnych awantur i obelg pod moim adresem w obecności dzieci. To słyszałam weź sobie rozwód i powiedz w sądzie jaka jesteś, ale nie weźmiesz rozwodu, bo będziesz musiała sprzedać ziemię i dom po matce i mnie spłacić. No to złożyłam pozew. Były przecież i mediacje, gdzie mąż chciał ode mnie 140 tyś za rozwód, dzierżąc na swoim koncie podobną kwotę naszych oszczędności. Był pozew bez orzekania winy. Nie szło dojść do porozumienia, mąż się nie zgadzał na rozwód. Teraz na ostatniej sprawie, kiedy to Piotr oświadczył, że zgadza się na rozwód, wyszło, że okazał dobrą wolę, swoją dobroduszność i ja mogę z niej skorzystać. Kiedy opowiedział jak to złą kobietą jestem, a on jak był wspaniały i jak zajmuje się dziećmi, to już nic tylko wpatrywałam się w głowę nad nim czy mu aureola nie zaczyna świecić. Kiedy mnie dopuszczono do głosu, powiedziałam, że taka sytuacja, że ojciec zajmuje się dziećmi z takim zaangażowaniem, pomimo, że one już tego w takim stopniu nie potrzebują, ma miejsce przez ostatni czas, wcześniej to wszystko spoczywało na moich barkach, to co na to powiedział sędzia? „Lepiej późno, niż wcale” i tymi słowami wprowadził mnie w osłupienie. Owszem można posługiwać się powiedzeniami, ba nawet używać ich jako argumentu na sali sadowej, ale biorąc pod uwagę, że coś ważnego dla ludzi się kończy, a czasu straconego wobec dzieci nie sposób nadrobić, to rzucanie takich cytatów bywa nie na miejscu.  Zresztą w naszym przypadku, jak widać jednak zdecydowanie za późno.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | 1 komentarz

Piszę co raz rzadziej

Mniej we mnie emocji, mniej przejęcia tym nowym tworem, jaki stworzyliśmy z Piotrem głównie na potrzeby dzieci. Pierworodny zamyka pierwszy stopień edukacji, pisze prace licencjacką, kończy praktyki. Potem…potem ma już kilka planów na życie i prawdopodobnie się wyprowadzi. Córka wchodzi w trudny czas, nie dosyć, że zawsze była outsiderką, to teraz nasila się jej indywidualizm. Martwię się czasem, że stracę z nią kontakt, że mi gdzieś czmychnie w meandry nastoletniej emocjonalności i ją zgubię. Złapała bakcyla do trenowania lekkoatletyki. Ćwiczy z zapałem na treningach, to plus, bo wiem, że pasja to ważna składowa życia. Najmłodszy rozbiegany pomiędzy szkołą a treningami. Robi postępy na obu płaszczyznach. Jest zdyscyplinowany, ale najbardziej wytrącony chyba z równowagi rozpadem rodziny. Piotr po autoprzeszczepie ma się dobrze. Przynajmniej tak mówi kiedy pytam, bo aktualnych wyników badań nie znam. Wygląda dobrze, ma sporo energii, to widzę, gdy się czasem gdzieś miniemy, więc mniemam, że szpiczak został w znacznym stopniu zażegnany.  Piotr nadal jest na plastrach i to one regulują jego emocje.  Z krótkich oględnych relacji dzieci wiem, kiedy tata jest w wersji łagodnej, a kiedy w ostrej.
Za tydzień spotykamy się w sądzie. Orzeczenie sądu nie ma już dla mnie znaczenia większego. Dwa lata mijają, jak Piotr się wyprowadził, całe lata, jak „wyprowadziliśmy się” od siebie w obszarze psychicznym. Mam w sobie wiarę, że uda nam się na tyle zachować szacunek dla siebie, że nasza relacja będzie co najmniej poprawna. Spokój, który pozyskuję od dnia naszego rozejścia jest dla mnie kojący. Na wiele rzeczy patrzę inaczej, owszem czas wytwarza inną perspektywę ale i ów spokój pozwala ugładzić myśli, wyciszyć pretensje, żale, animozje.
To, co wyżej,  zapisałam tydzień temu i wisiało niedokończone w szkicach blogowych.
Dziś emocji we mnie sporo. Niestety niedobrych. Rozżalenie, rozgoryczenie, rozczarowanie, żal.
Sąd Okręgowy, sala sądowa i orzeczenie rozwodu. Rozwód nie był moim życiowym celem. Był koniecznością w sytuacji do jakiej doprowadziliśmy siebie pociągając za sobą nasze dzieci. Koniecznością, gdy nie szło się porozumieć samemu ze sobą czy za pomocą miediacji. Kiedy to dziś Piotr ostatecznie zdecydował się na zmianę swojego stanowiska, że chce jednak rozwodu, to Sąd zaproponował powrót do wstępnej wersji pozwu czyli bez orzekania o winie. Piotr na dzisiejszej sprawie opowiadał naszą historię. Wiem, że każde z nas ma swoje odczucia i emocje, które zabarwiły ponurym kolorem w pamięci konkretne sytuacje nas dotyczące, jednak stojąc nie raz przed Sądem i Piotrem, mówiłam: wiem, że jestem winna rozpadowi tego związku i będę z tym poczuciem żyć do końca dni. Wiem też, gdzie zawiniłam, gdzie mogłam inaczej. Nie jest to dla mnie lekkie i przyjemne zamknięcie 20 lat życia w związku. Konsekwencje swoich działań, decyzji będę ponosić, a dzieci nie raz mnie rozliczą z moich błędów, które popełniłam. Będę musiała wtedy przyjąć to, co mi powiedzą czy może rzucą w twarz rozgoryczone. One mają zapisaną swoją historię, nasyconą swoimi emocjami adekwatnymi do poziomu ich rozwoju. Piotr nie wziął na siebie krzty odpowiedzialności za rozpad naszego małżeństwa. Był idealnym mężem. Nawet, jak pił…powiedział, że wie, że pił bo kierowało nim uzależnienie, ale też dlatego, że żona nie okazywała uczuć, tak jak chciał, był rozczarowany, bo inaczej wyobrażał sobie małżeństwo. Mój Boże, ja również inaczej je sobie wyobrażałam! Pił zanim zawarł związek. Jaki wtedy miał powód? Kurde, znam wiele osób uzależnionych, po terapiach, ale mam wrażenie, iż mają większy wgląd w siebie, więcej krytycyzmu wobec własnej osoby. Mam niesmak po tym, co usłyszałam. Jak nigdy go nie wspierałam, kiedy pił, kiedy przestał pić, kiedy podnosił kwalifikacje zawodowe, kiedy zmieniał pracę, kiedy był za granicą. Nic tylko skupiona na sobie zbijałam bąki. On, tato kąpał dzieci i…długo, długo nic i teraz JEST, interesuje się, wozi do szkoły, na treningi, kupuje przybory szkolne, odzież, buty. Jasny gwint przecież, to podstawowe obowiązki rodzica. Dzieci są już nastoletnie, jedno dorosłe; są całkiem samodzielne, coraz bardziej niezależne, a on wyskakuje przed Sądem z zakresem podstawowych obowiązków, mało tego mówi o tym emanując glorią i chwałą. Mam być wdzięczna ojcu własnych dzieci, że zapewnia im podstawowe rzeczy, realizuje ich potrzeby? Kiedy go nie było, nie obnosiłam się z tym, że wypełniam rodzicielskie obowiązki, że wożę do szkoły, kupuję ubrania, karmię, wożę na treningi. Nie wiem czy to, że jestem matką, to zmienia poczucie obowiązku wychowawczo-bytowego wobec dzieci? Czy to znowu jakieś uwarunkowania społeczno-obyczajowe i matka to wszystko musi, a ojciec tylko może, a gdy już robi, to pomnik się jemu należy? Ponad to ma ogrom wolnego czasu o sporo możliwości. Nie pracuje, ma pieniądze, samochód więc o ileż łatwiej dostosować się do rytmu dzieci, kiedy w większości rodzin , to one muszą dostosować się do rytmu pracy rodziców.
Ech..nie tylko nie usłyszałam jednego słowa, którym Piotr wyraził by poczucie odpowiedzialności za to, że nam się nie udało, bo i on coś zawalił, czemuś nie sprostał, zawiódł. Nie usłyszałam też żadnego pozytywnego słowa o sobie. Byłam po prostu do bani, kiepska żona i matka, ale na pytanie Sądu, czy mąż mnie wciąż kocha, po namyśle Piotr odpowiedział, że zawsze darzył żonę uczuciem, zawsze to mówił, może nie okazywał, ale mówił i jeszcze mnie kocha. „Darzył żonę uczuciem” -jakim?- cisnęło mi się na usta. Uczucia są różne, czy Piotr miał na myśli miłość, czułość, serdeczność, troskę czy może nienawiść, zazdrość, niechęć, rozczarowanie, antypatię. W naszym związku od lat działo się źle. Czasem, gdy udało się w spokojnym tonie rozmawiać o ewentualnym rozstaniu, wyrażałam nadzieję, że jeśli by do tego doszło, to będziemy potrafili zrobić to bez godzenia w siebie nawzajem, ze spokojem, zachowując wzajemny szacunek. Piotr temu przytakiwał. Jasne, gadać to sobie można, a sytuacje w życiu zweryfikują wszelkie słowne deklaracje. Zweryfikują też nas samych w tych sprawdzianach z życia. Jestem po takiej weryfikacji. Jestem rozwódką, która zmarnowała życie partnerowi, a on był bezwolną ofiarą moich wyrachowanych działań.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Czas…

wszystko zamykamy w jego ramach. Człowiek stał się niewolnikiem czasu. Stworzył jego definicję, sprowadził do jednostek i nic już nie umie dookreślić bez niego. Kosmos, przestrzeń przez człowieka poznana w mikro zakresie, również został wciśnięty w ramy czasowe. Odległości jaki pokonują statki badawcze mierzone są w jednostkach czasu, mówimy o latach świetlnych, a przecież jest bardzo prawdopodobne, że  czas w tej nieodgadnionej przestrzeni wcale nie istnieje. Mamy do tego stopnia myślenie skorelowane z czasem, że moje wcześniejsze zdanie trąci herezją. A bezczasowość w pojęciach nicość czy wieczność budzi wręcz przerażenie, prawda? Nie ogarniamy umysłem życia wiecznego, które jest nagrodą dla wierzącego w Boga, ale liczymy na to. Mamy nadzieję. Nauczeni, że wszystko ma swój początek i koniec, drżymy próbując sobie wyobrazić wieczność, coś co nie ma granicy, nie ma końca. Abstrakt.
W zasadzie pewną i namacalną chwilą jest teraźniejszość. Ten konkretny moment. Moment, którym wcale nie żyjemy. Przynajmniej większość z nas. Bo w tej chwili, krótkiej teraźniejszej jednostce czasu, myślimy albo o tym, co zrobimy za chwilę, albo o tym co już za nami. Teraźniejszość jest trudna do doświadczania, bo nasz umysł uwielbia robić sobie wycieczki w przyszłość lub przeszłość. Może życie chwilą obecną pozwoliłoby nie co uwolnić się od dyktatury czasu?
Tak mnie okresowo, chwilowo na czas naszło, bo leci on nie oglądając się na nas. Każda chwila przemija. Ta dobra i zła. Wszystko przeminie. My też. Z naszymi problemami, radościami, z tym wszystkim co dzięki nam powstało lub z tym, co rozpieprzyliśmy. Za kilkadziesiąt lat nikt nie będzie o nas pamiętał. Zapomną o naszym istnieniu, a my się tak czasem rzucamy, aby zaistnieć. Szarpiemy emocjonalnie, aby zrobić na kimś wrażenie, coś znaczyć. Może jesteśmy jakaś alternatywą wyobrażonej sobie przyszłości. Będziemy przez chwilę przeszłością zachowaną w wyobraźni. W mikro skali naszego otoczenia jesteśmy chwilą dla innych. W makro skali kosmosu nie istniejemy. Znajdź tu sens i logikę?

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wiosna

Dziś właśnie na chwilę udało się poczuć wiosnę pomimo, że nadal mamy przecież kalendarzową zimę. Zawiozłam córkę na trening, sama ruszyłam swój zad i pobiegałam na stadionie w marcowym słońcu, które z każdym kolejnym okrążeniem wydawało się przygrzewać bardziej. Siódme poty na mnie wstąpiły, a rogówka zaszła mi parą od przegrzania. Po powrocie do domu, czując swoje stawy i mięśnie przy każdym ruchu, poczłapałam na ogród, aby się dobić chyba. Ambitnie chciałam poczynić pierwsze wiosenne porządki. Poczyniłam. Napracowałam się tak, że nie mam siły mrugnąć powieką.  Zmęczenie fizyczne jest lepsze od psychicznego, tłumaczę sobie, a to drugie miewam zdecydowanie częściej. W ubiegłym tygodniu napięcia zdrowotne mnie nie co przystopowały, nieoczekiwanie na kilka dni wylądowałam w szpitalu. Przeprowadzono serię badań, których wynik na moje szczęście nie odbiegał od normy, co mnie i owszem uspokoiło, ale nie usunęło dolegliwości. Za to od poniedziałku do piątku nie wiedziałam, jak się nazywam. Miałam pracy, aż pod kokardę. Dziś, jak wspomniałam na wstępie dowaliłam sobie ogrodem. Weszłam do domu i bodłam pretensją moje „niewdzięczne” dzieci, które nie ruszyły mi z pomocą w porządkach ogrodowych. No nie ruszyły, bo jedno zmęczone po treningu, drugie wyczerpane meczem, a trzecie właśnie jechało na swoje rozgrywki i musiało oszczędzać siły. No to mam za swoje. Chciałam, aby moje dzieci zajęły się sportem. Zajęły. Każde coś trenuje, pasjonuje się swoją dyscypliną, sportem w ogóle. Ale nie chciałam, aby treningi, zmęczenie czy zawody były za każdym razem wymówką, gdy oczekuję od nich pomocy! Wiecie, co jest najsmutniejsze, że moja Matka dokładnie to samo przeżywała ze mną i dopiero teraz to rozumiem. Rozumiem, co sama dawałam sobą, swojej Matce jako dziecko.  Wróciło to do mnie w postaci zachowań moich dzieci wobec mnie. Powielanie mechanizmów. Sztuką jest przerwać schemat. Ja wciąż próbuje.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj