Styczniowo-chorobowo

Śnieg. Zima. Mróz. Słońce. Odwilż. Aż dziw bierze że występują te wszystkie okoliczności w  jednym czasie. A jednak. Śnieg skrzy w słońcu uroczo tworząc niepowtarzalny obraz.  Urzeczona wpatruję się w to, co za oknem, bo mnie dopadło jakieś huju-muju wirusowe eges-teges i mam gruźlice, kaszel, koklusz i galopujące suchoty razem wzięte. W zasadzie nic mi nie jest, ale jak zacznę kaszleć to skończyć nie mogę. Mam wrażenie, że zakaszlę się na śmierć, a w karcie zgonu przyczyną będzie ZAKASZLAŁA SIĘ. Ambitnie, no i oryginalnie, jak człek oryginalnością nie grzeszy, to niech chociaż okolicznością zgonu się wyróżni. Noce miałam ostatnio ciężkie z tych pt: „jak to człowiek marnuje życie na bzdety, a sprawy istotne umykają”. Gdy strach w oczy zaglądał z każdym kolejnym kaszlnięciem i łapaniem powietrza w obkurczone oskrzela, to priorytety same ustawiają się we właściwej kolejności. Zasadność części moich działań, czy działań innych wobec mnie zobaczyłam przez okulary do bliży. Wyraźnie i czytelnie. Wnioski? Jestem niewolnikiem swojego umysłu i przez lata wtłaczanych do niego schematów myślenia. Myślenia powszechnie przyjmowanego za prawidłowe czyli od urodzenia do śmierci zmierzaj tą drogą, co inni: edukacja, praca, rodzina, dzieci, wnuki, zgon, pomnik z kamienia na lokalnym cmentarzu. Tyle. Stopnie na świadectwie są ważne tylko przez chwilkę. Kariera zawodowa, to kolejna chwila twojego życia, nie co dłuższa. Rodzina, to pokoleniowy przekaźnik naszych wartości, więc ma odbicie w rozciągłości czasu, jednak wartości…hm…skoro wciąż są te same, bo określone normatywem społecznym, to jaka w tym nasza oryginalność? Wpajamy naszym potomnym: bądź sobą i siebie szanuj i kochaj, a zarazem szanuj i kochaj drugiego człowieka, bądź dobry, tolerancyjny, wyrozumiały, uczynny, dbały, entuzjastyczny, pogodny, nie narzekaj i inne, a w nurcie zdarzeń i doświadczeń międzyludzkich oszlifują ciebie i twój entuzjazm, dobroć, szacunek, wyrozumiałość i opancerzysz się w arogancję, ignorancję i…w zasadzie już wystarczy.

Priorytety. Sama nie wiem ile razy w życiu próbowałam je sobie ustawić w odpowiedniej kolejności. Ani ile razy się do nich odwoływałam, ile na nie powoływałam, ile razy zdeptałam, zaprzeczając im i ich zasadności. Wyznaczamy je sobie, nazywamy, porządkujemy i czujemy się tacy dookreśleni w zgodzie z nimi, ukierunkowani w działaniu w ramach własnego życia. Porównujemy do innych, tych gorszych według nas, by poczuć się lepszymi-też według nas, no bo kto nas ocenia? Sąsiad, szwagier, siostra, kuzyn, listonosz, pani ze sklepu? Po trosze każdy, ale najistotniejsza ocena to ta nasza przed samym sobą. Ja robię dobrze/źle, ja wiem/nie wiem, ja umiem/nie potrafię. JA. Co ja o sobie myślę?-jest wpierw. Siła i jakość naszych myśli o sobie jest naszą tarczą przed opinią zewnętrzną, naszym poczuciem własnej wartości.  Nie przejmuję się tym, co myślą o mnie inni, a jeśli myślą źle, to co mogę zrobić by myśleli o mnie, tak jak ja chcę, jak sam się widzę? Raczej nic.  Każdy z nas w sobie prowadzi takie rozważania, traci energię na upiększanie swojego wizerunku, pomimo że priorytety ma zdecydowanie bardziej ambitne. Najsmutniejsze jest jednak to, że pomimo jakichś prób i starań, by życie prowadzić dobrze i samemu być w tym życiu jakoś zauważonym, mało komu się to udaje. Przychodzimy na świat tak samo, żyjemy podobnie, kończymy tak samo. Pomiędzy owym początkiem a końcem jest pospolitość, powszechność, uśrednienie. Postawią nam pomnik z kamienia, taki sam jak pozostałe, bez względu na to jakie mieliśmy w życiu wartości. Nie znajdzie się na tym kamieniu napis, że to był szlachetny człowiek czy wyjątkowa postać, która była wzorem dla innych. W naszym gatunku bycie wyjątkowym jest  bardzo trudne. Może za bardzo, więc po co silić się na oryginalność zachowań i ich ostentację, kiedy może wystarczy się skupić na sobie i tylko/aż żyć w zgodzie samemu ze sobą?



Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nie ma lekko

Tytuł brzmi złowieszczo, a ja nawiązuje do ciężaru (tym razem nie życia), a tego który dźwigam na własnych nogach czyli nadwaga-temat mocno wyświechtany przez społeczeństwo będące w dobrobycie, do którego się skądinąd zaliczamy. Tak, tak noworoczne postanowienia wielu z nas są w tym zakresie do siebie podobne: „zrzucić kilka kilogramów”. Ja postanowień noworocznych nie czynię, bo?, bo nie lubię postanowień, a nie lubię ich bo?, bo po prostu jestem mizerna w dotrzymaniu ich. Proste. Jednego wieczoru mój Pierworodny, który fintesuje się i dietetyzuje, patrząc na kogoś w tv, kto otyłość miał sporą, rzekł w zamyśleniu: „jak można doprowadzić się do takiego stanu, przecież to jest długi proces, czy człowiek nie widzi jak się zmienia i jak mu coraz ciężej”. Wymyślił-skonstatowałam cicho w głowie, ale kurde zostało i siedzi. Chciałabym schudnąć tak z 10 kg. Skoro umknął mi proces tycia, to może uświadomię sobie proces chudnięcia i rozpuszczę zbytek?  O, jest to moim marzeniem,  a  marzyć to ja lubię. Więc marzę sobie, że jestem chudsza, smuklejsza, bardziej gibka i wiotka, marzę i marzę, bo podobno proces gubienia wagi zaczyna się w głowie. Mój się zaczął jakieś 15 lat temu i trwa. No tak proces ;-), a skoro efekty są mizerne,  okresami nawet odnotowuję niebezpiecznie deprymujące liczby na wadze cyfrowej, to postanowiłam zintensyfikować myślenie, a nuż coś zgubię i oby to nie był kontakt ze samym sobą ;-).

Święta. To były zaskakujące święta. Inne. Tak, jak jestem tu schematyczna , tak wyszły one po za mój utarty schemat. Nie tylko tą ubraną przed czasem choinką, ale wigilią w niespodziewanym gronie. Mąż na wigilię postanowił nie przybyć. Dowiedziałam się od dzieci, że taty nie będzie, więc zapytałam go drogą tradycyjnie już sms-ową, jaki jest powód takiej decyzji. No i sobie narobiłam. Głupia ja. No jaki powód? -głupio się pytam. Ja. Ja sama w sobie, bo za krótko, źle, niewłaściwie, nieodpowiednio „opiekowałam” się mężem w trakcie i po przeszczepie. Jednym słowem jestem zła, a on nie będzie przed dziećmi udawał dla mnie(?), że wszystko jest ok, bo nie jest i czas to pokazać, że zniszczyłam rodzinę. No to pokazał. Cóż zatem, zamiast życzeń świątecznych poczytałam sobie sporo cierpkich słów o sobie, a zamiast opłatkiem podzielił się ze mną mąż swoim żalem, którego jestem jak widać nieustającym źródłem, a czas wydaje się nie sprzyjać temu, aby postawa Piotra wobec mnie nabrała łagodniejszej formy.

Męża  nie było przy wieczornym stole, ale po za mną i dziećmi była bratowa, którą wypuścili ze szpitala właśnie we wigilię po operacji bypassa, a  jej córka wyjechała do teściowej, oraz matka bratowej, która przyszła na chwilę odwiedzić ją, a że to samotna kobieta, więc po prostu została u nas zaproszona do stołu.  Po wigilii powiedziałam dzieciom, aby zabrały opłatek, jedzenie i prezenty do Ojca i pojechały do Niego. Tak też się stało. Posiedziały. Wróciły. Potem wspólny wieczór.

Nowy Rok. Dla mnie dzień, jak co dzień. Pierworodny wychodził na imprezę w swoim gronie. Córka wymyśliła, że zaprosi koleżanki, na co przystałam, a ja z najmłodszym wyszliśmy do mojej  „przyjaciółki zza lasu”, gdzie zdarza mi się sylwestrować z nieregularną systematycznością ;-).  W kameralnym towarzystwie prowadziliśmy głęboką rozmowę nad sensem ludzkiego życia, ot to ci  Sylwester ;-),  by nic odkrywczego nie wymyśleć. Z fajerwerkami na ciemnym niebie nie przyszło żadne olśnienie, ani odpowiedzi na pytania: czy chodzi tylko o przekazanie życia potomstwu i wychowanie go? A co z tymi, którzy nie mogą mieć dzieci? Czy o wypełnianie siebie poprzez wiarę? Jeżeli tak, to w którą? Jaka jest właściwa? Rzymsko-katolicka? Co z tymi, którzy wierzą w innego Boga/Bóstwa? Dlatego, że urodzili się w innej wierze są skazani na grzech, na bezsens, na bycie „niewybranym”? Kłóci się to wszystko z ideą „Boga Miłosiernego”. Czy chodzi o rozwój w szerokim rozumienia tego słowa, jak rozwój cywilizacji i jednostki? Czy chodzi o wypełnianie jakiegoś zamierzonego wobec nas planu, którego istnienie zakładamy?

Czy może  to hedonizm jest tym, czym człowiek ma zapełniać swoje życie, aby miało ono sens? Na tym stanęliśmy acz trudno mi z tym się pogodzić, że tylko o to chodzi, a zarazem trudno mi znaleźć coś więcej, niż to. Jeżeli jest jakieś „coś więcej” to wciąż jest po za obszarem mojego ograniczonego umysłu. Ludzie spełnieni w życiu mają poczucie jego sensu. Chyba. Chociaż może to nie jest tożsame? Jaki jest sens życia tych, którzy żyli krótką chwilę? Bez szans by posmakować życie. A tych, którzy od początku skazani są na cierpienie? Mają nadawać swojemu cierpieniu sens?  O co w tym wszystkim chodzi, do cholery? Zresztą, gdyby sens życia był ujednolicony i oczywisty dla wszystkich…hm, życie byłoby chyba bardziej przerażające, niż jest. Tym wszystkim nie rządzi przypadek, rządzi tym Ponadludzka  Świadomość, o której możliwości nawet nie ocieramy się.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Reniferowato

nie lubię świąt o czym już pisałam, więc nie będę wylewac tu swojej irytacji wywołanej okolicznosciową nagonką, ale mają one dla mnie jeden miły akcent, który zwyczajnie mnie bawi, otóż lata temu w pewnym środowisku otrzymałam ksywę „renifer”. Wzięła się ona od mojego imienia i tak zostało. Na początku irytowało, potem przyszła racjonalizacja, że mogło być gorzej typu: „Renata-szmata” ;-),  a przyległo Reni-fer czyli taki całkiem w porządku renifer lub Renata. Ci, którzy mnie znają z tej „zwierzęcej” strony ślą mi prezentują drobiazgi wszelkiej postaci, mam zatem ogrom reniferowatych bibelocików/wystrajaczy/dodatków zgromadzonych przez lata, które ozdabiają mój dom przez okragły  rok, a nie tylko w zimowe święta.  Mam kartki, obrazki, figurki, wytłaczanki a w skarpetach z reniferami czynię ten wpis. Pewnie banał, ale ten banał umila mi napięty ostatnio czas. Inna sprawa, która mnie cieszy, to przesilenie zimowe. Od szczenięcych lat, pamiętam słowa: „nowy rok na barani skok”. Nie rozumiałam ich długo, dopóki nie poznałam pełnej treści porzekadła, że dni przybywa. Ano przybywa już od dnia 21 grudnia. Kończą się szybko zaciągnięte zmrokiem dnie. Ponure z nieuchwytnym zachodem słońca. Kończą się smęty, idzie nowe, jaśniejsze, dłuższe, rozświetlone. Dla mnie to granica mroku. Teraz już będzie więcej  światła i nadziei w tej naturalnej cykliczności -tak sobie od lat powtarzam.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Blog to żaden czytelniczy przymus

Piszę bloga dla siebie. Pisanie to dla mnie forma autoterapii, łapię dystans do wydarzeń, upuszczam emocje, wentyluję napięcia. Wiem, że nie jestem tu do końca anonimowa. Wiem, że moje postępowanie, zachowania które tu opisuję mogą budzić i budzą krytykę. Wiem, że podlegam ocenie. Tak to już jest i liczę się z takimi konsekwencjami, które wymieniłam. Piotr od początku wiedział, że pisze bloga. Znał jego adres, bo mu podałam. Nie lubił, ani mojego pisania, ani innych rzeczy, które mi sprawiały frajdę. Jego wybór. Myślę, że gdyby był ciekawy tego co tu zostawiam, zwyczajnie by tu wchodził. Nie robi tego, ale ma osobę „życzliwą”, która mu co jakiś czas donosi o tym, co ta popieprzona Renata tu wypisuje. Proszę do mnie kierować „życzliwcu” uwagi wszelkie, ponieważ podjudzanie Piotra ma to do siebie, że rzeczy wyrwane z kontekstu opakowane w negatywny stosunek do mnie, podane jemu, budzą w Nim złość i zamiast trafić nią we mnie, to wciąga w to dzieciaki, żaląc się im, jak to ich matka jest niedobrą kobietą. Zastanawiam się, co ma na celu ów „życzliwy” czytelnik? Piotr ma wystarczającą ilość nienawiści do mnie, więc po co to jeszcze podsycać, szczególnie teraz przed świętami, gdy będzie trzeba się spotkać, aby zachować fason przed dziećmi? Może tu chodzi o osobistą satysfakcję typu: „a mówiłem tobie, że to wredna baba”, tylko jeżeli ktoś z takich rzeczy czerpie satysfakcję, to mu zwyczajnie współczuję.  Jest wiele innych ciekawszych sposobów osiągania samozadowolenia. Ponad to doskonale wiem, że łatwiej zajmować się czyimś życiem, niż swoim własnym i łatwiej komuś dawać wytyczne, niż zastanowić się nad sobą tyle, że więcej z tego szkody, jak pożytku, więcej wrogości, aniżeli otwartości pomimo wszystko.
To, co się wydarzyło pomiędzy mną, a Piotrem  dziś mogłoby mieć zupełnie inną postać, gdyby nie podkręcanie jego wrogości do mnie. Szacunek i kultura są tym, co jest ponad wszelkie okoliczności. Emocje skrajne nie raz w nas buzują, rozumiem to doskonale, ale to co z nimi zrobię, czy obrzucam kogoś obelgami, czy podkarmiać będę niepohamowanym gniewem i żalem, czy przeczekam, aż opadną i przemyślę ile krzywdy wyrządzę słowem lub działaniem, to już zależy wyłącznie ode mnie. Otóż, ja również jestem stroną w tym związku i nie kaprys chwili doprowadził mnie do tego trudnego miejsca w jakim jest moja rodzina. Nie fanaberia była powodem rozejścia się. Ja również mam sporo wspomnień z naszej przeszłości, które powodują poczucie żalu do męża. Poczucie niezrozumienia mnie i złego traktowania. Nie uwzględniania mnie i moich potrzeb. Przegadaliśmy mnóstwo spraw i problemów, ale to Piotra problemy były zawsze ważniejsze oraz z jego samopoczuciem musieliśmy się liczyć. Nie piszę bynajmniej o okresie choroby, to rozumiem. Chociaż też do pewnego momentu, bo choroba nie upoważnia męża do tego by mną pogardzać. Nam się zwyczajnie nie udało udźwignąć tego związku, tej naszej  „relacji na siłę”, która wciąż kulała, obnażając nasze niedobranie się, uwypuklając różnice na wielu płaszczyznach. Zaczęliśmy ten związek źle i źle on się skończył. Choroba alkoholowa Piotra i to co jej towarzyszyło, nie były wiążące w inny sposób jak mechanizmami uzależnienia i współuzależnienia. Terapia i abstynencja, to wyzwanie nie tylko dla alkoholika, ale jego rodziny. Nie wiesz czy cieszyć się, że jest trzeźwy, czy płakać, jak potrafi być napięty i broń boże, żeby nie sprowokować go niczym, bo zapije. Potem uczysz się żyć w nowych warunkach, ale i tak On-alkoholik to postać pierwszo planowa, bo ja…ja zrobiłem już wszystko-przestałem pić. Nie zliczę ile razy to usłyszałam przez ostatnie lata: „ja przestałem pić, a ty co zrobiłaś?”.  Może dla Piotra to szczyt jego możliwości. Jego prawo spocząć na takim etapie ze swoimi aspiracjami. Ja chciałam od partnera czegoś więcej, niż tylko nie picia, chciałam dbałości o mnie, spokoju, poczucia bycia szanowanym, chciałam czuć się bezpiecznie w obecności kogoś z kim idę przez życie, chciałam aby nie podważano mojej wartości, nie kpiono ze mnie, nie porównywano do mnie, by wypadać w tych porównaniach lepiej, nie poniżano mnie. Żeby moje osiągnięcia były tak samo ważne, jak to „nie piję”.
Jestem naprawdę wyczerpana psychicznie i chcę już odbudowywać się. Podnieść głowę i uśmiechnąć się, wyjść ze smutku, poczucia winy i odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Staram się z całej siły trzymać w „kupie”, choć naprawdę przychodzi mi to z coraz większym trudem. Dla siebie muszę, bo klęknę psychicznie, dla dzieci muszę, bo beze mnie pogubią się w życiu jeszcze bardziej. Dopóki ich nie wyposażę w to, co w życiu potrzebne, aby umiały sobie z życiem radzić muszę krzesać z siebie siłę, uśmiech i spokój. Muszę mierzyć się z problemami wychowawczymi, zawodowymi, rodzinnymi i brakiem czasu dla dzieci i siebie. Muszę  pracować po za etatem, by utrzymać ten majdan. Muszę też znosić ocenę innych, aluzje, ostracyzm, oraz różne zachowania Piotra. Staram się Mu pomagać, powtarzam, że może na mnie liczyć i nie są to tylko słowa, ale doraźna pomoc, jak tylko zwróci się z czymś do mnie. Mogliśmy pomimo rozstania i tego całego bajzlu naszego, przejść to inaczej. Mogliśmy dać dzieciakom lekcję wzajemnego szacunku i dojrzałości, a pokazaliśmy się z najgorszej strony. Po kiego diabła mieszają się w to inni? Niech wezmą odpowiedzialność za to, co robią swoim gadaniem. Niech zamienią się ze mną na dzień moim życiem, moimi problemami, moją perspektywą, a potem nich mnie osądzają.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Choinka pachnie, jak las

słowa starej piosenki cisną mi się przez zaciśnięte usta, bo mnie szlag! bierze na myśl o świętach. Przepraszam, ale amatorką ich nie jestem. Wydźwięk religijno-tradycyjny dawno przebrzmiał w hierarchii moich wartości. Zresztą nie mam wspomnień z dzieciństwa żadnych związanych ze świętami, więc chyba nie bardzo szczególna to była uroczystość w moim domu. Natomiast to, co sama stworzyłam w zakresie własnej rodziny z wiadomych względów implikuje więcej napięć, niż radości, a wczoraj próg mojego spokoju został zmącony no czym??? Otóż po powrocie z pracy do domu doświadczyłam JUŻ ŚWIĄT, bo stoi tam gdzie zawsze choinka żywa, przybrana i świecąca. Naszą tradycją było ubieranie choinki w wigilię. Ja w kuchni, dzieci przy choince. Nieoczekiwana zmiana, spowodowała moje wkurzenie. Zmiana, jak zmiana, ale żeby ktoś czyt. mąż uzgodnił ze mną to. Wejdę do domu pewnego razu i królika będę gonić po pokojach, bo Wielkanoc idzie?Ożeż..pomijam fakt, że w temperaturze pokojowej choinka obleci z igliwia do świąt i będę miała futurystycznego ogigloka z kolorowym przybraniem, jednak chciałabym, aby w moim domu pewne rzeczy ze mną uzgadniano. Szczególnie te związane z naszą rodzinną tradycją. Cóż więc, mąż po przeszczepie czuje się coraz lepiej i rozpoczął już święta wymownym choinkowym akcentem:-), wyłamując się z obyczajów, które bardzo kultywował. Może to zapowiedź jakichś wewnętrznych zmian?
W kontekście poprzedniego wpisu, który był marną próbą podjęcia rozważań o sensie życia, problem choinki postawionej i przybranej przed czasem jest tak przyziemny, że sama przed sobą czuję się głupio ;-). Życie codzienne często jest szczelnie wypełnione drobiazgami i czynnościami, które wykonujemy rutynowo, bezrefleksyjnie. Nie da się funkcjonować w oderwaniu od tego, co jest jakąś formą naszego wewnętrznego i zewnętrznego przymusu, jak obowiązki rodzinne, zawodowe i wynikające zeń radości czy trudności oraz towarzyszące temu emocje. Mogę sobie i tysiąc razy powtarzać, że nie warto się przejmować czymś na co nie miałam wpływu, a jednak będę snuć dywagacje, co mogłam zrobić inaczej, aby tego uniknąć, albo jak zareagowałam, gdy reakcję mogłam zwyczajnie zadusić w zarodku reakcyjnym. Mogłam. Czego ja nie mogłam, gdy mogłam, jak nie mogłam ;-).
Ty weź się Renata nie przejmuj tak życiem, ono będzie trwało w swoim niezmąconym stanie, czy będziesz w nim tupać nogą, krzyczeć, domagać się uwagi, śmiać lub skakać z radości. Różnica w twoich reakcjach kobieto, jest jedynie odczuwalna w twoim obszarze. W obrębie twojej psychiki i ciała oraz tuż po za tobą czyli odczuwają ją moi bliscy- dzieci, przyjaciele, koledzy z pracy, koty i pies.
A zmieniając podejście do wydarzenia w ramach oszczędności zdrowia i pozbycia się wkurzenia (proszę rym się utworzył, sam z siebie się złożył ;-))..zmęczona w zamieci kłębiących się myśli, bo śniegu brak, wędrując do domu, padając na nos od progu, resztkami wzroku mętnego ujrzałam w kącie migoczące kolorami cudo. Zapach świerku rozsadził mi nozdrza i przepchał zapadnięte płuca z których wyrwało się radosne „aaaachchch chooinkaaa!!!” Ach święta! Ach i och i świat stanął przede mną otworem i kolorem, a ja zawirowałam w przestworzach beztroski, zapominając na chwilę, że po kokardę się narobię przez najbliższe dni i, że no przecież… do jasnej cholery, kiedy ja prezenty kupię?? I co kupić dzieciakom, którym z nadmiaru wszystkiego co dostępne w głowach się przewraca? Niech wrócą czasy, gdy odurzaliśmy się zapachem i smakiem pomarańczy oraz czekolady.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Gonię czas,

który niewzruszony ucieka przede mną. Noc, dzień, noc, dzień. Tygodnie co raz bardziej do siebie podobne, wyszarzone ponurą aurą, powtarzalnością czynności.
Mam wrażenie, że w pośpiechu, zapętlona w czasie, doganiam samą siebie widząc własne plecy. Mam ochotę pchnąć je, „dalej Renata, nie ociągaj się”. Doba jest zdecydowanie za krótka, nie pojmuję, jak mogłam kiedyś pomieścić w niej więcej rzeczy, a wspomnienie czasu, kiedy dzień mi się dłużył jest dla mnie takim abstraktem trudnym do przyjęcia. Co jakiś czas wracają do mnie myśli związane z sensem życia. Plątają się po głowie retoryczne pytania: „o co w tym wszystkim chodzi?”, „jak realizować życie, aby czuć, że wypełniam je sensowną treścią?”. Rozglądam się dookoła i nie bardzo wiem skąd zaczerpnąć inspirację, aby znaleźć jakieś podpowiedzi do nurtujących mnie pytań. Ludzie niechętnie rozmawiają o sensie życia. Książki tematyczne owszem, niosą swoje przesłanie. Jest w tym logika, ale to druk, chciałabym poobcować zwyczajnie z człowiekiem, który ma swoją filozofię i na dodatek ją praktykuje, jest nią przesiąknięty. Który widzi sens w życiu głębszy, niż tylko „trzeba żyć”, „takie jest życie” – zresztą ostatniego zwrotu nie trawię coraz bardziej. Jakie takie życie?-zadaję pytanie, to nie życie, a nasze wybory w nim. To my sami. Tak łatwo odpowiedzialność za to, co jest naszym udziałem przerzucamy na czynniki zewnętrzne. Sama kiedyś częściej tłumaczyłam siebie, tym co po za mną. A to trudniejszym dzieciństwem, a to jakimś złym doświadczeniem, a to koniecznością wyboru, okolicznością niesprzyjającą czy poświęceniem dla jakiejś idei, której uczepiłam się, bo nie stać mnie było na decyzje zgodne ze mną samą. Dziś wyraźniej widzę to, że moje życie, to nie przypadkowy zbieg okoliczności i zdarzeń, które porwały mnie swym nurtem, by wyrzucać na przypadkowe mielizny, ale plastyczne dzieło, które mogę modelować w swoich rękach, jak chcę. Tylko czy mam wystarczająco dużo wiedzy o sobie, aby nadać jemu dla mnie właściwy kształt i odwagi, by się realizować? Jak spełniać się w życiu? Nie ma uniwersalnych wykładni. Dla kogoś macierzyństwo jest realizacją, a dla innego życie w celibacie. Dla kogoś kariera zawodowa, a dla innego uprawa ziemi. Dla kogoś dbałość o innych, a dla innego dbałość o siebie. Skoro zróżnicowanie jest spore, to w czym rzecz? W indywidualnym upatrzeniu sobie „czegoś” i trzymaniu się tego? Tak do końca? Ludzkie szczęście jest może zbyt rozdmuchanym tworem albo tworem nie pasującym do człowieka współczesnego, który nastawił się na konformizm i hedonizm, a tym samym spłycił wartości, które pokolenia wcześniej kultywowały i na skutek których odczuwanie szczęścia przychodziło bardziej naturalnie. Dziś większość uważa, że szczęście jest dla wybranych. On ma szczęście-mówimy o kimś, kto ma majątek, rodzinę i zdrowie. Ale to „on” z okreśłonymi uwarunkowaniami. Nie my. Natomiast ci, co uważają się za szczęśliwych mówią o tym z takim przejęciem, patosem, jakby byli nawiedzeni, a nie prawdziwi. Szczęście jest również niedefiniowalne, jak inne wielkie słowa tego świata. No jak zdefiniować coś na co każdy ma swoją formułę? Sama posługuję się czyimiś słowami, że szczęście, to stan umysłu, a nie posiadania. Jednak co z tego, że tak uważam, skoro na uważaniu się kończy? Nie umiem wprowadzić siebie/swojego umysłu w stan szczęścia. Na całe szczęście :-) w stan nieszczęścia, swojego umysłu też nie umiem wprowadzić. Może zwyczajnie nie chcę? Wyliczam ze zbioru liczbowego, jakim jest życie średnią medianę, odrzucając skrajne wartości w postaci szczęścia i nieszczęścia i co mam? Przeciętną przeciętność. Tak sobie myślę, gdybym dziś miała zejść z tego świata i miała chwilę na przebłysk świadomości, to pojawiłby się pewnie żal do siebie samej za spieprzenie sobie życia dokonywaniem niewłaściwych wyborów oraz złe wykorzystanie czasu. Pisząc złe wykorzystanie czasu, mam na myśli przede wszystkim czas z moimi dzieciakami. Jestem zbyt mglista w tym pędzie pt: „cholerawiepoco”, zostawiając po sobie mgliste w nich wspomnienia. Żałowałabym również, że nie zobaczyłam większego kawałka świata i nie poznałam nowych ludzi. Jedno i drugie budzi we mnie niezaspokojoną ciekawość.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

W przepaść przeszłości

W przepaść przeszłości
Strącam  kolejne dni
Wczoraj już jest po za mną.
Dni mijają podobne do siebie. Powtarzalność czynności nakreśla ich trajektorię.
Ten sam dźwięk telefonu, co rano wytrąca mnie z  płytkiego najczęściej snu. Kawa parzona w tym samym kubku, znajomy smak pasty w ustach, odbicie w lustrze, zapadające się ze mna do środka. Kot sierściuch ocierający się o nogę i pies skomlący pod drzwiami, bo chce na dwór. Ponaglanie siebie i dzieci, potem rozwózka ich do szkół. Dalej ta sama droga do pracy. ta sama stacja radiowa w aucie. Stoję na światłach w tym samym miejscu. Wybieram znajomy skrót. Mijam ludzi spieszących gdzieś przed siebie, w wiadomym sobie celu. Zerkam na ich twarze. Na odciśnięte na nich emocje. Zamyśleni, zafrasowani, smutni, poważni, rzadziej radośni czy pogodni, tak jak i ja zaczynają swój kolejny dzień, by za kilkanaście godzin odłożyć go w osobiste annały. Większość z nas ulega rutynie dni. Ona ma to do siebie, że daje jakiś porządek, ale zarazem jest utartym torem, którego nie zmieniamy, a przecież mając wpływ na siebie możemy dużo. Możemy zmienić ogrom, tylko dlaczego to tak trudne? Jakbyśmy byli zaprogramowani i jakiś wewnętrzny przykaz zmuszał nas do większości podejmowanych działań. Każdy dzień jest naszą decyzją o tym, jak się w nim czujemy, z jakim nastawieniem w niego wchodzimy, co w nim będziemy robić. Pomijam wypadki losowe, które są nie do przewidzenia.  Mogę przecież powiedzieć dzieciom: „dziś macie wolne” i zostawić je w domu, mogę nie iść do pracy i zrobić z nimi coś, czego jeszcze nie robiliśmy. Ani szkoła, ani praca nie ucierpiałyby na tym, a dzieciakom i mnie to odstępstwo od normy wpisałoby się w pamięć na długo, a może na zawsze? To „zawsze” określone trwałością ludzkiej pamięci.
Życie tu na ziemi, to być może jedyny moment ludzkiego bytu, który pozwala nam na samoświadomość. Dlaczego tak słabo korzystamy ze świadomości poddając się schematom, ulegając presji otoczenia, tłumacząc swoje złe nawyki uniwersalnym „bo taki/taka już jestem”, uzależnieniami, wewnętrznym lub zewnętrznym przymusem czy wynajdując inne wymówki zwalniające nas z odpowiedzialności za siebie i wpływu na siebie samego, co niewątpliwie mamy.
Dni mijają. Jeden podobny do drugiego. Weekend to spacja w dniach roboczych, ale i te weekendy są do siebie podobne. Przecież wybudza mnie ten sam dźwięk telefonu, bo zapominam go wyłączyć i parzę kawę w tym samym kubku. I kot się ociera o nogę i pies skrobie w drzwi.  Dom dłużej zalega w ciszy, bo dzieci trochę później wstają i nie ma tego ponaglającego gderania, ale schemat dnia zazwyczaj ten sam. Wyuczony. Jakaś konieczność, chciaż bata nad nami nikt nie trzyma. Co z tą naszą świadomością i wpływem na siebie i swoje życie?

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Listopadowo

Niewiele we mnie słów w ostatnim czasie. Ze słów formułuje się myśli, więc i tu posucha.
Przyplątały się i mi jakieś problemy zdrowotne, więc biegam trochę od przysłowiowego Annasza do Kajfasza.
Mam póki co objawy, a nie mam przyczyny. Medyczna zagadka ;-). Samo przyszło, to może samo wyjdzie.
Zresztą nie mogę sobie pozwolić na chorowanie.
Przecież chory jest Piotr i to już naprawdę absolutnie wystarczy.
Piotr miesiąc po przeszczepie.
W ubiegłym tygodniu wyszedł ze szpitala.
Słaby, wychudzony-11kg mniej.
Czuje się kiepsko-jak to sam określa.
Padły też słowa, że gdyby wiedział, że będzie tak ciężko, to nie decydowałby się na przeszczep.
Myślę, że skoro udało się wyjść w czwartym tygodniu po transplantacji, to dobry czas, że mogłoby być gorzej, ale to moje myślenie, osoby która nie czuje tego, co On na swojej skórze.
Sprawa rozwodowa..ech zmiotła mnie na kilka dni w kąt rzeczywistości.
Dużo pytań, dużo wspomnień.
Niedobrze mi po dziś dzień.
Po co człowiek pisze pozew, jak potem musi chlustać tym ponownie przed sędzią, ławniczkami, panią stenografistką w postaci słów.
Dzieci skierowane na badania przez biegłego psychologa.
Następny termin zostanie wyznaczony z urzędu.
Świetnie!
Dzieci się ucieszyły w stopniu tym samym co ja :-(.
Tyle.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Czas płynie, goi, dzieli…

czas ma wiele jeszcze innych zalet no i wad, główną jego wadą jest bezpowrotność. Tamta minuta już była i nie wróci. Miniona godzina, wczorajszy dzień, ubiegły miesiąc, poprzedni rok. Bezpowrotne. Nie ma i nie będzie. W pamięci są tylko wspomnienia chwil przeżytych, zaistniałych zdarzeń, wspomnienia ludzi i związanych z nimi uczuć i emocji. Czas zalecza rany. W życiu zbieramy ich sporo, jednym dajemy czas na zabliźnienie inne sami jątrzymy, nie pozwalając się im zagoić. Taka rana, to życie przeszłością, wracanie do niej i analizowanie po raz kolejny zdarzeń an które już wpływu nie mamy. Bezsensownym wydaje się to być zajęciem z realnego punktu widzenia, ale przecież nierzadkim. Sama wracam gdzieś wstecz i myślę, co mogłam inaczej, lepiej, rozsądniej. Takie sytuacje pojawiają się wtedy, gdy mam poczucie, iż coś zawaliłam, nie postarałam się za bardzo, gdy czuję/wiem, że mogłam więcej, że mogłam jeszcze coś zrobić, aby mieć do poczucie „zrobienia wszystkiego, co było w mojej mocy”. Nie lubię tego stanu i wiem, jak potrafią to być dręczące myśli. Czas, jego upływ dzieli. Oddziela nas od przeszłości, oddala od naszych historii, oddziela nas też od nas samych, od tych którymi byliśmy i tych z którymi byliśmy. Dzieli nasze życie na etapy. Niby wciąż tacy sami, ale jednak innymi ludźmi jesteśmy w różnych okresach naszego życia. Zmieniamy się pod wpływem czasu. Zmieniamy zewnętrznie i wewnętrznie.
Miałam przez weekend zjazd rodzinny, co nieczęsto się zdarza. Brat i bratanice już z dziećmi swoimi, siostra i szwagier. Rozmowy, przywoływanie wspomnień rodziców, rodzeństwa, sytuacji i zdarzeń. Słuchałam tego i ze zdumieniem obserwowałam, jak różnie pamiętamy ludzi, okoliczności. Jak różne pozostały w nas odczucia. Niby opisujemy ten sam fakt, ale jakże inaczej. Każde z nas wyposażone w indywidualne cechy osobowości interpretuje zjawisko przez ich pryzmat. Wytłumaczy sobie na swój sposób, zaakcentuje, to co uważa podług siebie za ważne, umniejszy, to co wydaje się być nieistotne. Każde z nas inaczej postrzegało dom rodzinny i to, co się w nim działo. Nie ma tu jednej prawdy. Każde ma swoją prawdę w tym temacie.
Tak, to właśnie w życiu jest, uczestniczymy w nim, przeżywamy sytuacje, ale nasz sposób owego przeżywania jest na tyle indywidualny, że pomimo współuczestnictwa w tym samym miejscu i czasie możemy widzieć dwie różne historie, a po czasie, kiedy przesiejemy wspomnienia przez sito emocji zobaczymy je jeszcze inaczej.
Piotr nadal w izolatce.
Parametry idą w górę, ale jego samopoczucie nie jest dobre-jak mówi.
Gorączkuje i nie ma apetytu.
Jest słaby.
Wszystko go boli.
Czas wyciszył we mnie sporo emocji, które pojawiały się w związku z Piotrem.
Czas powoli we mnie zabliźnia rany, które powstały na skutek słów i zachowań.
Szczerze współczuje Piotrowi tego, co przechodzi.
Trudno mi sobie wyobrazić, jak się on czuje.
Czas oddalił nas od siebie…nie, nie czas.
Oddaliliśmy się od siebie sami, a czas odsunął nas od naszej wspólnej historii, od okresu, gdy byliśmy razem.
Czas…obowiązuje każdego.
Płynie konsekwentnie, niezmiennie odciskając w świadomości zjawisko zwane przemijaniem.
Przemijamy.
Jaka jest w jakości treść naszego przemijania?
Może poczynię kiedyś bilans swojej egzystencji i dojdę do subiektywnych wniosków.
Może ktoś równie subiektywnie oceni to we wspomnieniach, po naszym czasie, ale to już będzie po za nami.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Dwa tygodnie minęły,

nawet nie wiem jak. Minuty przebiegają obok mnie nie pozostawiając złudzeń absolutnie żadnych, że ich prędkość jest za duża, jak dla mnie, że nie idę przez życie, tylko biegnę szybko. Za szybko.
Dni mgliste i rozmyte nie tylko pogodą, ale swoim tempem. Niezauważalne wręcz, a chciałabym chwile przezywać i zachowywać. Przecież i takie są, bywają.
Zdaje sobie sprawę, że tak, jak moje dni zapieprzają i brakuje mi czasem chwili zatrzymania, tak Piotrowi dłużą się minuty i godziny. Sam ze swoimi myślami i fatalnym samopoczuciem. Z potężnym osłabieniem. Pisał, że ogolenie się, wykąpanie, to wysiłek tak duży, że porównywał go do długiego wyczerpującego biegu. Głos w słuchawce jest słaby i przerywany zadyszką. Dziś 11 doba po przeszczepie. Parametry idą powoli w górę. Trzeba czekać na rozmnożenie komórek krwi. Czekanie bywa nieznośne, przecież chciałoby się już. Już dobrze czuć, już mieć siły, już ma nie boleć, już chciałoby się wrócić do normalnego życia. Normalnego czyli tego po za szpitalnym murem. Jednak czasu nie przyspieszysz, co zapewne chciałby zrobić Piotr, ani nie spowolnię, czego chciałabym ja.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj