Andrzejki

Siedzę w pracy nad raportem i zamiast wosku leję łzy. A co tam, takie inne Andrzejki. Jestem zmęczona i nie wyrabiam. W pracy szczególnie, ale kogo to obchodzi. Mój szef ma podejście takie, że nie potrzebuje ludzi, którzy zamiast rozwiązywać problemy je generują, a każda niemoc, to nic innego jak generowanie problemu. Cóż więc dłubię, ślęczę, nie narzekam. Najwyżej z braku mocy przerobowej coś zawalę a wtedy Boss podejmie właściwe kroki i tyle. Niech się dzieje, co ma dziać.
Godzina późna, ja za biurkiem. Dziecko średnie chore mi jakieś, młodsze marudne, najstarsze pochłonięte swoimi sprawami, matka wypij ty herbatę, zamieszaj kubkiem i powróż sobie z fusów. No i co mam na dnie? Sralis-mazgalis czyli wypisz, wymaluj wizję przyszłości. Wróżbę na nią. Jak się, tak mocno postaram, z całych sił i zwizualizuję w tych fusach piękne rzeczy, jak wygraną w totka i zdrowie na ciele i umyśle do setki, to będę mieć tak?
W tych fusach g…o widzę, a raczej fusy widzę i ni huhu niczego więcej dojrzeć nie mogę. Lepiej odpuść Renata te wróżby. Oderwij się od biurka i jedź matko do dzieci, bo za chwilę będą na ciebie mówić „pani”.
W domu remont kuchni mniej-więcej zakończył się. No dobra raczej więcej, jak mniej. Nie powiem fachowca trafiłam dobrego. Szybki, dokładny i czysty oraz niedrogi. Polecać będę. Zlewozmywak, tak tu rozwiązania przyszły inne. Otóż okazuje się, że taniej jest zamówić nowy blat, niż kupować unikat w rozmiarze dziury w blacie. Dostałam wzorniki blatów, z 50 ich będzie i wybieram,a wybieram…normalnie już prawie wybrałam. Dzieci mi nie pomagają w tym, choć bardzo na nie liczyłam. Jedno zakomunikowało mi, że żaden wzór się jemu nie podoba, drugie pokłóciło się ze mną, ustalając żem daltonistka, o kolor ścian. Widzimy inaczej kolory więc tu dogadać się wcale nie możemy. Więc matko licz na siebie i może na fusy? Może one mi coś podsuną?
Ponad to żeby się trochę sama na siebie podkurzyć zakupiłam dywanik na podłogę kuchenną, chcąc zamienić ten już nadgryziony zębem czasu i kocimi zabawami na nim i co zrobiłam. No kupiłam, a jakże. Poświęciłam się normalnie i pochyliłam nad nim mierząc dokładnie długość, docinając i obszywając go w sklepie za dodatkową opłatą. Weszłam z nabytkiem do domu dumna z siebie i zadowolona. Rozwinęłam i…jessuniu, zmierzyłam na długość, a w szerz? Umknęło. Teraz mam niteczkę wykładzinki na środku i se stąpam po niej balansując niczym linoskoczek.
Eeee tam…zmęczona jestem. Przepracowana. Zagoniona. Nielogiczna. Stara. I nic lepiej chyba już ze mną nie będzie. Tak mi fusy mówią w Andrzejki ;-)

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Remont kuchni

Dzisiejszy poranek przywitał mnie słońcem i baaardzo dobrze, bo gdyby było inaczej to chyba bym sobie strzeliła w głowę, bo w kolano już sobie strzeliłam decyzją o liftingu kuchni. Oczywiście, że nie sam pomysł w sobie jest zły, przecież poprzedni remont miał miejsce ze 12 lat temu, więc logicznym jest, że po takim czasie w kuchni zrobiło się mniej przyjaźnie ale to, iż w nadmiarze obowiązków skombinowałam  sobie na własne życzenie jeszcze nadmiar wrażeń. Fakt- faktem, że pomysł to ja miałam we wrześniu i znajomemu lekko temat zasygnalizowałam, że szukam malarza-tapeciarza, a znajomy powiedział, że popyta. Popytał skutecznie i wspomniał, abym rezerwowała listopad na ów remoncik. Ja o temacie zapomniałam do dnia, kiedy to zadzwonił mi pan, że on w sprawie remontu. Wzięłam to na klatę, umówiłam się z panem na oszacowanie pracy i dogadałam dzień jej rozpoczęcia uwzględniając przestrzeń czasową na zakup towaru, przygotowanie kuchni i… tu zaczęły się okoliczności nieprzewidziane przez mnie. Ostrzegam w tym miejscu zwolenników tapet, że to nie te czasy, iż wchodzi się do marketu i wybiera, przebiera, wizualizuje wśród regałów z tapetami, bordiurami itp. Otóż nie! Wybór hm…znikomy, desenie tendencyjne, na jedno kopyto, kolorystyka zgodna z trendem mody czyli odcienie szarości. Nie wiem, czy może jestem wybredna, czy mocno przyzwyczajona do tego co na ścianie w kuchni mam, ale zakupienie tapety imitującej płytki okazało się niemożliwe.  Pasek wykończeniowy? Jakieś resztki powciskane w kąt na regale sklepowym. Dawniej miałam tapetę, a obok niej wybór bordiur. Zapomnij. Obleciałam Castoramę, Leroy Marlin, OBI, Brico Marche. Posucha. Odkryłam przy okazji, że likwidują w mieście Praktikery. To nie koniec moich problemów. Kuchnie mam robiona na wymiar, tu zmian poczynać nie chciałam. Niech stoi se do końca moich dni. Moja kuchnia na Mój wymiar! J o pewnych niedogodnościach, które wyszły z czasem już nie wspomnę. W drugim życiu wykombinuje kuchnię bardziej funkcjonalną. A co! W regałach kuchennych nie ma miejsca na zmywarkę, bo kto tam zmywarki kiedyś przewidywał, że podbiją serca pań domu, więc będąc tradycyjną gospodynią chciałam wymienić sobie stary zlew na nowy. Polubię tradycję, a może nawet skansen z domu zrobię i będę pokazywać współczesnym nieletnim, jak pali się w piecu c.o, jak gotuje na gazowej kuchence i myje naczynia w zlewozmywaku. I doszliśmy do gwoździa programu. ZLEWOZMYWAK. Mam ja sobie takie ustrojstwo. Używam je w stopniu znacznym z wiadomych przyczyn (brak zmywarki), po latach zapragnęłam wymienić na nowy. Ha! Nic z tego! Otóż nie ma dostępnych powszechnie zlewozmywaków w rozmiarze tego kupionego  lata temu, a jak są to w cenie lodówki! Teraz produkują mniejsze o 20 cm i co ja mam zrobić? Albo załatać dziurę wyciętą pod ten który jest, jakąś finezyjną dyktą, albo podziwiać wnętrze szafki i dziurą się nie przejmować, albo zostać przy tym starym wysłużonym,  po którym ową wysługę  niewątpliwie widać. Odpuściłam marzenia o nowym zlewozmywaku, podjęłam działania z przygotowaniem kuchni. Zakasałam rękawy i myślę ambitnie – wysunę lodówkę ze szczeliny w której spoczywa od lat, ogarnę to. co za nią niechybnie zaległo w ferworze kuchcenia, tudzież innych okoliczności. Nic bardziej mylnego. Nie wysunę. Ugrzęzła. Zakotwiczyła się czy co? Drgnęłam ją, to zaczęła chodzić jak traktor. Myślę – już po niej. Wysłużyła się jak zlew, może porąbię i wyjmę w kawałkach, ale przed użyciem siekiery-myślę -zmierzę, bo może wąskich na 50 cm też już nie produkują, choć w przypadku zlewu występuje tendencja do minimalizacji rozmiarów (wiadomo weszły zmywarki), więc co się dzieje w świecie lodówek? Dobrze, że nie użyłam siekiery, bo w świecie lodówek jest tendencja przeciwna jak w świecie zlewów, tu AGD idzie w szerz i lodóweczki na szerokość 50 cm owszem jeszcze są, ale już w okrojonym mocno asortymencie.

Rankiem zatem wpuściłam pana od remontu do domu, zdając mu relację z osobistych problemów ze sprzętem w kuchni, zapakowałam dzieci do samochodu i ruszyłam do pracy. Szczęściem świeciło mi słońce w paszczę, przymrużyłam oczy odnotowując we wstecznym lusterku, że lifting gębuni by mnie mniej „zachodu” kosztował niż kuchni. W zasadzie ani jedno, ani drugie się nie sypie, aż tak żeby nie nadawało się do użytku czy oglądu, a jednak skoro zaczęłam ów remoncik, to go dokończę, a potem…a potem usiądę na progu kuchni i sobie zapłaczę, albo zaśmieję w głos, jak dziś do słońca, które mnie swoją ciepłą barwą podniosło na duchu.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Codzienność przytłacza ilością obowiązków

Od czasu Bled, które żyło we mnie długo jeszcze wspomnieniem wioślarskiego klimatu, upłynęły już dwa miesiące. Wyjazd ten przeszedł  do mojej osobistej historii.

Codzienność przytłacza ilością obowiązków. Głównie zawodowych. Na brak tych nie mogę narzekać, na nadmiar mogę, tylko co to da? Upuszczę czasem swoim wolnym słuchaczom treści, jak się domyślam w dużej mierze niezrozumiałe, bo to czym się zajmuje dla środowiska moich przyjaciół i bliskich zrozumiałym raczej nie jest, przeplatane inwektywami pomieszanymi z bezsilnością. Cóż, taką mam pracę, którą nawet miejscami lubię za ową różnorodność zadań i nowe wyzwania, a że nie wszystkim wyzwaniom jestem wstanie sprostać, to inna historia. Póki co bardzo się staram. Tyle mogę, choć równie dobrze mogę podziękować i poszukać innego zajęcia. Tylko jakiego? Pomysłu nie mam, więc śmigam do pracy i z pracy z kwadratową głową. Nie mam podzielności uwagi niestety, a muszę robić kilka rzeczy na raz, co powoduje wejście na takie obroty o jakie bym siebie nie podejrzewała. Potem kiedy jadę do klubu zmęczyć zdrętwiałe za biurkiem ciało/lub ląduję bezpośrednio w domu to mój mózg wchodzi na jałowy bieg i z trudem wiążę słowa w zdania. Stać mnie jeno na machanie kończynami podczas ćwiczeń, siermiężną zadyszkę z elementami ślinienia,  jęki i stękania, wydawanie półdźwięków, a  w domu, to potrafię się biernie gapić w tv, i rzucać krótkie komunikaty do nieletnich, bo rozumienie treści książki czy prowadzenie treściwego dialogu z potomnymi staje się zadaniem nie do przejścia.

W zasadzie po za pracą nic szczególnego się nie dzieje. Przyjaciele mnie mają mniej, rzadziej się spotykam na kawie czy na wyjściu do kina. Kino to inna sprawa, bo moja kinowa towarzyszka urodziła Arcydzieło nr 2 i skupiona jest na karmieniu i opiece, co jest słuszną ideą, a mnie trzeba poczekać, aż malucha odchowa na tyle, aby ruszyć ze mną na miasto.

Sprawy rodzinne bez zmian. Pierworodny wpada, jak ma wolny weekend i tu nie ma reguły. Ostatnio był na moje imieniny. Wpadł szybcikiem pomiędzy meczem a umówionym spotkaniem, wyściskał, zjadł, pojechał i tyle Syna. Wszedł w swoje życie. Studia, praca, treningi-doskonale to pamiętam i chciałabym móc przeżyć to jeszcze raz. Młodsze tez w swoim rytmie. Szkoła i treningi. Piotr w tygodniu zawozi Micha i Julę na zajęcia, a ja Julę zgarniam z rożnych krańców Poznania, bo jej klub rozproszył zajęcia w obrębie całego miasta. Czasem nie mam siły jechać po nią zwyczajnie, ale nie chcę podcinać Jej chęci i zaangażowania. Zrobiła duży postęp. Ma satysfakcję, więc krzeszę w sobie chęci i zbieram zad i jadę to na Golęcin, to na Janikowo. W domu zazwyczaj jestem lub jesteśmy późno. Teraz szybko robi się ciemno, to już niespecjalnie ma się ochotę na cokolwiek. I tak mija ten czas. Dzień po dniu. Przemijanie- myśl o nim, jak mnie czasem dopadnie, to budzi lęk. Ile takich dni napiętych zadaniami, obowiązkami, które sami przecież sobie stawiamy, minęło bezpowrotnie. Dni bez uważności na bliskich, bez rozmowy, która na chwilę zatrzyma nas przy sobie, bez gestu ciepłego, bez dobrego słowa. Nie wiem ile dni przede mną, ale ile by ich nie było, to wiem, że i tak jest ich za mało na wyprostowanie pewnych rzeczy, na nadgonienie tego co zgubiłam w czasie nieuwagi, a do tego tyle razy postanawiam sobie, że od dziś będę lepiej pożytkować dzień, a wychodzi najczęściej nijako, bo w kieracie obowiązków i tego „muszę jeszcze to czy tamto”. Staram się  głównie dla dzieci, żeby było im dobrze. W sferze mentalnej i fizycznej. Zapewnić chcę im dobre warunki do rozwoju, jednak czy nie za bardzo winduję sobie to zadanie? Zapominam często o sobie, czasu dla siebie samej mam tyle, co wyszarpnę na pójście do klubu. W zasadzie odkąd pojawiły się dzieci w moim życiu, to podporządkowałam to życie im. Przeorganizowywałam wielokrotnie dopasowując je do ich potrzeb. Moje zeszły na dalszy plan. Teraz trochę zawalczyłam o siebie wracając do aktywności sportowej, ale odbywa się to sporym kosztem-naciągam nierozciągliwy czas do granic możliwości, wszędzie się spieszę, jestem ponaglana wskazówkami zegara, które najchętniej zatrzymałabym. Pośpiech rodzi napięcia, te rzutują póki co na samopoczucie, które się obniża. Żeby tylko nie odbiło się to na zdrowiu mi, bo przecież nie mogę pozwolić sobie na chorowanie, bo przecież muszę zapewnić dzieciom warunki. Błędne koło. Sami je sobie tworzymy i dobrowolnie w nim kręcimy się. Trudno z niego wyjść.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Bled

Urokliwe miasto na Słowenii w otoczeniu zielonych gór cieszyło moje oko przez kilka dni. Lubię naturę, a jej różnorodność od zawsze mnie zachwyca. Miasteczko Bled liczące około 5,5 tyś mieszkańców leży nad jeziorem o tej samej nazwie. Jezioro jest ciekawym miejscem nie tylko dla wioślarzy ze względu na znajdujący się na nim tor wioślarski, ale i dla rzeszy turystów, których przyciąga źródlaną wodą termalną, ciepła, czystą o turkusowym kolorze.  Dodatkiem do tego piękna jest zielona wyspa mieszcząca się na jeziorze na której stoi stara świątynia słowiańska. Inna atrakcją jest spory zamek wznoszący się na skale 130 metrów nad poziomem jeziora z którego rozciąga się piękny widok na okolicę.
Miasto to w tym roku było miejscem zmagań osad wioślarskich mastersów. Z całego świata zjechało się około 6 tyś miłośników wioślarstwa z 860 klubów. Największa impreza wioślarska roku. Starty zaczynały się od 7:00 i trwały do 19:00 co 3 minuty każdy. Byłam pod dużym wrażeniem. Nie tylko lokalizacji, ale organizacji oraz atmosfery tam panującej. Tyle ludzi skupionych wokół wody, łodzi i wioseł. Językowa wieża Babel przeplatana uśmiechem i wzajemną życzliwością. Wszyscy połączeni pasją. Nasza ekipa z Polski to 51 zawodników, a  z samego Poznania 19. Silną stanowimy grupę już od kilku lat na tego typu imprezach. Emocje związane ze startami, radość, niedosyt, zmęczenie, koncentracja, motywacja-to wszystko dało ogrom pozytywnych wrażeń, które dopełniały okoliczne widoki. Medale zdobyte przez część naszej grupy były uwieńczeniem ich ciężkiej pracy. Potwierdzeniem formy.
W tym roku startowałam na 4 osadach. Dwa deble i dwie czwórki. Starty należały do udanych pomimo, że medalu nie wywalczyliśmy żadnego. Na regatach mastersów jest inny system medalowy, niż w imprezach seniorskich. Tutaj jest podział na kategorie wiekowe, a w danej kategorii wiekowej w każdym biegu medal dostaje tylko pierwsza wpływająca na metę osada. Więc rozdają same złota. Miejsca zajęte przez moje osady były po za strefą złotego medalu. Nie czuję tu niedosytu czy rozczarowania. Wręcz przeciwnie, miałam poprawić swój wynik czasowy i to zostało osiągnięte w stopniu znacznym, dając mi satysfakcję.
Regaty się skończyły. Po nich pozostały wspomnienia budzące uśmiech na twarzy. To naprawdę była znakomita impreza sportowa na wysokim poziomie. Fajna przygoda w grupie ludzi, których znam od lat i z którymi łączą mnie dobre wspomnienia, jak i zamiłowanie do wioślarstwa.
Wróciliśmy do obowiązków rodzinnych i zawodowych. Trenujemy dalej. Za rok Mistrzostwa Świata Masters są na Florydzie. Podejrzewam, że ze względu na to, że odbędą się na drugiej stronie kuli obsada w nich będzie mniej liczna. Nie wiem ilu zapaleńców od nas wyruszy w tamtą część świata, ale wiem, że będzie to kolejna wielka przygoda.
W domu spokojnie. Osiadamy w naszych nowych realiach. Mam na myśli szczególnie nieobecność Pierworodnego. Razem z młodszymi ogarniamy tą naszą rzeczywistość. Póki co bez napięć i oby tak dalej. Szkoła, praca, treningi. Jula skacze co raz wyżej. Michał kopie coraz mocniej, pomimo dokuczających jemu pięt. Ja już niewiele więcej z siebie wycisnę, ale się staram ;-).
Piotr ma się dobrze. Ostatnie wyniki badań laboratoryjnych, które widziałam były lepsze od moich. Nie widuję Go. Unika mnie. Nie rozmawiamy. Przyjeżdża do dzieci pod moją nieobecność. Widocznie coś tam się wewnątrz Niego wciąż narasta.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Witaj szkoło,

takie najczęściej hasła widnieją na szkolnych banerach w przybytkach wiedzy. Zaczęła się uczniowska mordęga-narzekają moje dzieci, a ja im zwyczajnie zazdroszczę tego czasu, kiedy to świat moich problemów kręcił się wokół przygotowania do klasówki, doczytywania w pośpiechu lektur czy odrabiania zadań domowych. Doskonale pamiętam, że tak samo jak moi potomni narzekałam, na „złych” nauczycieli, na za krótkie wakacje i miałam tysiące wymówek na odkładanie „na potem” szkolnych obowiązków.
Dziś, 40-sto i więcej godzinny tydzień pracy oraz 26 dni urlopu na rok wydają się wersją okrutną dla dorosłego człowieka wolnego duchem ;-). Manna jednak z nieba nie leci i pracować trzeba. W związku z pracą nie udało się mi w tym roku po -asystować najmłodszemu w dniu inauguracji roku szkolnego, zresztą duży już jest i nie potrzebuje niani-mamy, która cmoknie go pod szkołą, zdejmie paproch ze spodni wyprasowanych na kant i przyliże dyskretnie niesforny kosmyk…brrr, to zresztą nie jest nawet skrywana wersja mnie.
Wieczorem wyprasowałam, co trzeba. Kazałam nastawić budzik, szczególnie nieprzytomnej córce, która dopiero co wczorajszym późnym wieczorem wróciła ze zgrupowania, a sama wczesnym rankiem ruszyłam 200 km na południe do klienta. Wróciłam. Ogarnęłam pracownicze obowiązki i będę się pakować na wyjazd do Bled. Na kilka dni zatopie się w świat sportu, który towarzyszył mi od najmłodszych lat. Marzyłam od dziecka o sportowej karierze. Liznęłam zaledwie sport wyczynowy. Teraz bawię się. Nie dla wyniku, ale dla satysfakcji, dla tej adrenaliny towarzyszącej startom i rywalizacji.
Zostawiam dzieci pod opieką ojca, który ostatnio mocno mi się naraził. Prawdopodobnie pod wpływem emocji wywołanych moim „nie” na wspólne zamieszkanie, dał upust swojej wrażliwości i przysłał mi kilka smsów „poruszających treści”. Skłamałbym pisząc, że mnie obeszły, bo uderzały we mnie jako w matkę, napisze tylko, że wywołały poczułam przerażenie i smutek wobec tego, co się dzieje w Piotra głowie, jakimi myślami siebie karmi. Nie zareagowałam. Po kilku dniach przysłał przeprosiny. Zawsze to samo: ubliżanie i przepraszanie. Zadowolenie z siebie, że potrafię przeprosić. Może warto zrobić kolejny krok-zachowywać się tak, aby nie było za co przepraszać.
Proszę o trzymanie kciuków za powodzenie w regatach :-).

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Koniec wakacji

Krótki urlop w słonecznej Grecji dał upragniony wypoczynek. Nie sądziłam, że tak bardzo potrzebowałam nicnierobienia.
Ostatnie dni sierpnia mamy, a dzieci szykują się już do szkoły. Julianna jeszcze tylko żyje obozem sportowym na który wyjeżdża w niedzielę.
Michał na obóz piłkarski nie pojechał. Z przyczyn od niego niezależnych. Klub zarezerwował mniej miejsc, niż zawodników i przeprowadzili losową selekcję.
Dla niego to był cios, ale ostatecznie pogodził się z zaistniałym faktem.
Uważam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ Michał od dłuższego czasu uskarża się na ból pięt. Byliśmy u ortopedy i okazało się, że ma piętę Haglunda-taa fajnie brzmi, ale to nic innego, jak jałowa martwica guza piętowego.
Pozbawienie Michała możliwości gry w piłkę nożną, to rzecz dla niego niewyobrażalna. On tym żyje. Musi jednak się oszczędzać, a odciążenie pięt jest czynnikiem sprzyjającym leczeniu, które i tak wymaga sporo czasu. Drobna przerwa w treningach dobrze mu zrobi. Zobaczymy jakie efekty przyniosą wkładki, masaże i wirówki zalecone przez ortopedę.
Pierworodnego prawie nie widuję. On jest zapracowany, ja w rozjazdach pomiędzy pracą a treningami.
Krótkie rozmowy telefoniczne, aby uspokoić sumienie matki, że u niego wszystko w porządku muszą mi wystarczyć.
Powoli oswajam się z jego samodzielnością.
Tęsknie za nim. Zwyczajnie tęsknię.
W domu bez jego drylu wobec młodszego rodzeństwa nadszedł czas rozpusty.
Radek przypilnowywał dzieci, aby zrobiły „coś dla domu”, jak to zwykliśmy mówić, a teraz pod moją nieobecność nie ma kto, bo tata, jak u dzieci jest, to raczej je wyręcza, niż mobilizuje do wypełnienia jakichkolwiek okołodomowych obowiązków.
Zresztą tata ma swoje nowe wizje.
Skoro syn się wyprowadził, to były mąż wymyślił, że może on się wprowadzi i co ja na to?
Roztoczył przede mną perspektywę remontu domu. Coś o co prosiłam przez lata i nie wyprosiłam, teraz miałabym ot, tak!
Niestety nie przystałam na propozycję i znowu jestem tą złą na której się poznał, jaka to ja jestem naprawdę i nie dbam o dobro ogółu.
Ech…inaczej pojmujemy tzw. dobro ogółu, a to jaka jestem naprawdę, to już tyle razy słyszałam z ust Piotra, że nie jest wstanie mnie już niczym zaskoczyć.
Życie to ciągła zmiana, a my musimy mieć w sobie bezustanną gotowość do zmian.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Od kilku dni pada

ech mało powiedziane, to przecież nie pada tylko leje.
Ziemia tak namokła, że nie może wchłonąć więcej wody.
Kałuże stoją na ulicach. W każdej odbija się niebo.
Zaciągnięte chmurami niebo.
Deszcz krzyżuje mi nie co plany treningowe.
Nie schodzę tyle na wodę ile bym chciała, a mistrzostwa do których się przygotowujemy są we wrześniu.
Szykujemy się na wyjazd nie mniej liczną ekipą, niż rok temu, a miejsce tegorocznych MŚ Masters w wioślarstwie jest w urokliwym Bled.
Ostatnie dwa lata były dla mnie ciężkie, a treningi nierzadko były jedyną odskocznią od natłoku deprymujących myśli.
Cieszę się, że mam w życiu jakąś pasję.
Bez niej byłabym w innym miejscu.
Niebawem idę na urlop i mam zamiar spędzić go najlepiej, jak potrafię.
Pogoda w Grecji nie jest tak kapryśna, jak u nas, a ja chcę tylko słońca i spokoju.
Nic więcej.
Sporo zmian w moim życiu w tym roku.
Osobiste dylematy tracą na swojej sile.
Rodzinnie zmiany są bardzo świeże-pierworodny skończył I-etap edukacji wyższej i szykuje się na kolejny, co mnie bardzo cieszy.
Ponad to opuścił rodzinne gniazdo i nie ukrywam, że łatwym doświadczeniem to nie jest dla mnie.
Dziwne odczucia mam jako matka.
Z jednej strony cieszę się, iż próbuje samodzielności, natomiast z drugiej to poczucie „oddania go światu” jest lekko niepokojące i idące za tym rozterki, czy jest na to gotowy, czy zrobiłam, to co mogłam, aby przygotować go do samodzielnego życia, czy oddałam w świat człowieka dobrego, który nie będzie krzywdził innych i bawił się ich kosztem?
Tak, wiem czas to zweryfikuje.
Ja będę się temu przyglądać i służyć pomocą czy doświadczeniem, kiedy tylko zechce z tego skorzystać.
Tyle mogę.
Pod moimi „skrzydłami” jeszcze dwójka.
Każde inne, a i one za jakiś czas pójdą swoją drogą.
Taka kolej rzeczy.
Porządek natury i my w nim.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Lato, lato wszędzie zwariowało, oszalało

ludziom serce. Wiosna i lato mają to do siebie, że ludzie chętniej, przyjaźniej, bardziej otwarcie na siebie spoglądają. Nie wiem na czym ten fenomen polega, ale tu, jak sądzę ma swój niezaprzeczalny udział słońce. Działa ta nasza gwiazda, na nas ludzi, a my mamy pod czaszką wbudowaną baterię słoneczną o i tyle z moich biologicznych mądrości. Albo i nie, dodam jeszcze jedno, otóż kiedy miałam okazję być w słonecznej Chorwacji i o poranku wyglądać przez okno na lazur morza skąpanego w refleksach odbijających się od wody promieni, to myślałam za każdym razem, to samo, że w warunkach, takiego otoczenia nie można mieć ciężkich myśli, nie może nie chcieć się wstać z łóżka, że takie warunki dają kopa do życia i zachwytu od rana.
Lipiec mamy. Słońce może nie rozpieszcza, ale i tak jest go więcej, niż w poprzednich miesiącach. Ludzie w lekkim odzieniu, jakby i lżejsi we wzajemnym podejściu do siebie. Częściej ktoś się uśmiechnie, mniej burczenia nieprzyjaznego pod nosem, rzadziej ktoś trąbnie ponaglając w korku, a i rozkopane remontem centrum miasta nie wydaje się tak irytować, jak jesienią.
Wyczekujemy lata, nie da się ukryć. Ta pora roku stwarza warunki do szaleństwa, zabawy, poddania się chwilowej lekkości bytu. W Poznaniu nad Wartą tłumy ludzi grillują, grają w piłkę, karty, śmieją się, bawią, zbijają w grupy. Wspólnie spędzają czas. Można poczuć się częścią wielkiej rodziny. Zimną z uniesionymi kołnierzami, wciśnięci w kurtki, czapki, łypiemy na siebie wrogo wzrokiem i lepiej by nikt nie wchodził nam w drogę. Latem jest inaczej. Lato nas rozgrzewa. Rozgrzewa też nasze serducha. Tu mi się kumpela zakochała i wariuje ze szczęścia, druga domaga się zakochania i to natentychmiast, więc z taką otwartością na miłość lada moment zostanie trafiona przez Amora. Trzecia ma już buty do drugiego ślubu, kupione przez byłego męża (jak widać i takie relacje można zachować po rozwodzie) ;-). Czwarta nosi w sobie Arcydzieło-tak nazywa potomków swojego ukochanego męża.
A ja ślepnę i głuchnę, mam problemy z pamięcią- to mi bezustannie wypominają dzieci. Za dużo mam pracy, za mało wolnego czasu. Lato przeminie, ani się nie obejrzę, a potem będę tęsknić do kolejnego obiecując sobie, że zaczerpnę z niego jak najwięcej.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Czerwiec

Kilka dni ciepłych, którymi częstuje ostatnio czerwiec spędzam w pracy. Tak bardzo tęskniłam za słońcem, a teraz zerkam na rozświetlony nim krajobraz za oknem biurowca.  Praca, praca i praca. Już sama straciłam granicę, czy to nadmiar obowiązków zawodowych, czy może popadłam w pracoholizm. Wciąż coś zalega, na mnie czeka. Nieodhaczone zadania na wczoraj. Gonitwa. Po raz pierwszy w życiu doświadczam tak zawrotnego tempa, jakie fundują mi obowiązki zawodowe i rodzinne. Wpadam do domu, najczęściej zmęczona, zakupy po drodze, dziecko z treningu jedno lub drugie. Wpadam do domu, coś w nim ogarnę, chwilę dam dzieciom i noc już owija kark szalem snu i trudno nawet coś czytać, bo głowa sama opada na poduszkę. W weekendy mam co robić. Dom i ogród upominają się o siebie. Chwilami nie wiem za co pierwsze się zabrać, a powinnam chyba za dzieci. Rozlazły mi się jeszcze bardziej, bo i większe, bo i trudniejsze w kontakcie, bardziej samodzielne, a i pewnie wciąż trawiące sytuację rodziców, którzy się rozstali. Pochłania je internet. Zabieram im czasem telefony, bo dostaję szału, gdy widzę jak mi wsiąkają w cyberprzestrzeń.
Z Piotrem od sprawy rozwodowej prawie się nie widziałam. Gdzieś mi mignęła jego sylwetka, gdy wsiadał do samochodu, gdy ja podjeżdżałam pod dom. Nie zamieniliśmy zdania. Krótkie sms-y organizacyjne, dotyczące dzieci. Oboje prawdopodobnie żywimy do siebie urazę. Mogę pisać za siebie. Jest we mnie jej sporo, za jego negatywną postawę wobec mnie, wyparcie tego co dawałam, co włożyłam w ten związek i w naszą rodzinę. Za pozostawienie mnie z długami, za „kupowanie” dzieci i rozpuszczanie ich w ten sposób. Nie cenią tego, co mają, chcą więcej i więcej. Ja pracuję po 10 godzin, pod koniec miesiąca zaczynam już niepewnie spoglądać na konto i kiedy słyszę: „mamo, bo potrzebuję…” to odkładam na za miesiąc tłumacząc się przed nimi  lub kombinuję. Tata nie odmawia. Przecież powinnam się cieszyć, że tak jest. Przecież znam niejedną historię rozwiedzionych rodziców, gdzie ojcowie czy matki nie chcą łożyć na swoje dzieci albo ograniczają się do zasądzonych alimentów i nic ponad to. Jednak i taka sytuacja, jak nasza nie jest dobra. Mogę tylko pokładać nadzieję, że dzieciaki rozumieją, że miłość i bliskość to nie tylko spełnianie zachcianek i sprawianie przyjemności tym, co można kupić.
W ubiegłym tygodniu Micho miał mały wypadek na rowerze. Wpadł do domu z rozwalonym czołem. Wystraszony i zapłakany. Sprawdzian rodzeństwa zdany pozytywnie. Radzio trochę moralizował, jak to on, ale Jula bez chwili wahania wsiadła do samochodu i jechała z nami na chirurgię. W aucie go zagadywała i rozbawiała. Zerkałam na nich we wstecznym lusterku i było mi ciepło na serduchu. Chciałabym, bardzo chciałabym, aby byli sobie bliscy. Cała trójka. Aby mogli na siebie liczyć w każdej sytuacji.
Zdrowie Piotra na chwilę obecną nie budzi niepokoju. Po autoprzeszczepie jego stan się ustabilizował. Prowadzi normalne życie. Przyjeżdża do dzieciaków, to gdzieś z nimi jedzie. Na weekendy wyjeżdża ze znajomymi. Organizuje sobie czas. Ma go sporo, nie pracuje i nie ma innych obowiązków. Nic nie musi, wszystko może. Do siebie dzieci nie zabiera, bo tak chyba zwyczajnie prościej i wygodniej. Ostatnio ku mojemu zaskoczeniu zastałam brata Piotra u siebie w domu, który przecież odciął się zupełnie ode mnie, takie jego prawo. Panowie mnie się nie spodziewali raczej, ale nawet nie okazali zmieszania, choć niezręczna to była sytuacja.  Ja przecież w ich domach bez ich wiedzy nie przebywam. Żaden nie próbował wytłumaczyć tego, po prostu jakby musiało być. Może pod moją nieobecność toczy się w moim rodzinnym domu normalne życie towarzysko-rodzinne byłego męża, a ja o tym zwyczajnie nic nie wiem?
Życie się toczy i rządzi swoimi prawami. Życie to proces, zmienna i jak mówi moja przyjaciółka, dojrzałość m.in polega na akceptowaniu zmian zachodzących w naszym życiu. Zmian, które są konsekwencja naszych decyzji, ale i tych zmian na które wpływu nie mamy, które są trudne, są pojmowane w kategoriach bólu i straty, ale niewiele możemy zrobić po za przyjęciem tego, co się dzieje, co jest.
Z trudem zamykam kartę historii mojego małżeństwa. Pomimo, że to ja wystąpiłam z wnioskiem do sądu, to nie była to łatwa decyzja i dla mnie. Czułam takie zużycie materiału, że nie widziałam innego rozwiązania. Chciałam szacunku i spokoju. Szacunek…nonsens, prawda? Przecież nie dostanie się go stamtąd gdzie go nie było. Szacunek, kiedy dla kogoś jest formą nagrody za zasługi, a nie tym co leży u podstaw każdej relacji międzyludzkiej, staje się niepewną odroczoną gratyfikacją, którą dostajesz na chwilę, aby mieć co tobie odebrać. Mam spokój. Powoli uczę się żyć w spokoju, bez wysyłanego podprogowo komunikatu: „nie akceptuję ciebie”. Mam nadzieję, że spokój osiądzie na stałe we mnie, a ja sama wybaczę sobie ogrom popełnionych błędów. Popatrzę może za chwilę odważniej w przyszłość. Pełniej przeżyję dziś, a oglądając się za siebie, nie będę pełna żalu i niepewności kryjącej się pod pytaniem: „czy na pewno zrobiłaś wszystko, co mogłaś?”

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Lepiej późno, niż wcale

Mój stan wewnętrznego napięcia nie schodzi. Szukając analogii swojego najeżenia wśród fauny wpadłam na jeżatkę. Emocje są nastroszone jak kolce na powierzchni skóry, a ta aż boli od przepięć, które buzują w mojej głowie tysiącem myśli. Te tłumione we wnętrzu siłą woli usztywniają moje całe ciało. Wszystko mnie boli. prowadzę wewnętrzne dialogi typu: odpuść, zweryfikuj swoje myślenie, odrzuć ziarno od plew, nie daj się pochłonąć złym emocjom, zostaw to za sobą. Chcę nabrać powietrze w płuca, ale leży mi na klatce kamień niezrozumienia i przygniata.
Zadaję sobie pytanie od przedwczoraj: czy ja znałam Piotra? Okazuje się, że nie do końca. Elastyczność Piotra była mi znana. Owszem. Nie raz miałam okazję oglądać go w kilku odsłonach. Miał swoją wersję tą na pokaz i wersję nie pokazową, kiedy nie musiał trzymać się w karbach przyzwoitości. Jednak zawsze miał się za człowieka dobrego, uczynnego i uczciwego, który ma swoje zasady. Dobroć, uczynność czy uczciwość nie są manipulatywne. Nie można nimi żonglować na potrzeby sytuacji. Wypływają z naszej postawy. Postępowanie wbrew sobie samemu kłóci się w nas. Nie daje nam spokoju. Piotr nie ma wewnętrznych konfliktów. Każdą sytuację którą spieprzył, tak w sobie obrobił, aby wina leżała po za nim. Dociera do mnie, że nie usłyszałam od niego nigdy nic niekorzystnego na swój temat. Na wszystko miał wytłumaczenie. Wobec wszystkiego był bezwolny, albo nie mógł, albo chciał, ale nie miał możliwości, albo starał się, ale go nikt nie doceniał, albo darzył uczuciem, ale nie okazywał, albo wiedział co zrobić ale nic z tym nie zrobił itd.
Bierna postawa może i jest wygodna. Nie wiem, nie praktykuje. Robienie z siebie ofiary, osoby niewinnej i pokrzywdzonej, upatrującej źródła swoich niepowodzeń po za sobą. Jednak Piotr przejawia i aktywną postawę podczas ataków wobec mnie. Pewnie to też naturalne, bo ofiara bez kata nie może być ofiarą.
Popełniłam dużo błędów, jednym z nich było zaufanie Piotrowi. Otóż całą swoją historię jemu zawierzyłam. Jestem zwolennikiem rozmów, dialogu. W tych formach upatruję zrozumienia i porozumienia między ludźmi. Przedstawiając swoją perspektywę, swoje motywy, uczucia, intencje mamy możliwość naprowadzenia partnera na ścieżkę, którą podążaliśmy. Unikamy wtedy domysłów. Oczywiście warunkiem jest to, że ktoś z uważnością i dozą empatii nas wysłucha i przyjmie naszą wersję. Gorzej, kiedy nakłada się na to swoją formę, odbiegającą od przedstawianej. Wtedy żadne rozmowy sensu nie mają. Za późno zrozumiałam, że ogrom chęci, energii straciłam na bezowocne rozmowy z Piotrem. Niejedna osoba mi mówi, odpuść, zostaw to, przecież nie zmienisz jego toku myślenia. Stworzył sobie swoją wersję waszego życia. Stworzył i w nią wierzy. Ją kultywuje. Nic z tym nie zrobisz. Pewnie tak. Mogłabym przytaczać fakty, dowody i nic…wyparte przez Piotra w jego głowie nie istnieją.
Chciałam spokoju, a nie permanentnych awantur i obelg pod moim adresem w obecności dzieci. To słyszałam weź sobie rozwód i powiedz w sądzie jaka jesteś, ale nie weźmiesz rozwodu, bo będziesz musiała sprzedać ziemię i dom po matce i mnie spłacić. No to złożyłam pozew. Były przecież i mediacje, gdzie mąż chciał ode mnie 140 tyś za rozwód, dzierżąc na swoim koncie podobną kwotę naszych oszczędności. Był pozew bez orzekania winy. Nie szło dojść do porozumienia, mąż się nie zgadzał na rozwód. Teraz na ostatniej sprawie, kiedy to Piotr oświadczył, że zgadza się na rozwód, wyszło, że okazał dobrą wolę, swoją dobroduszność i ja mogę z niej skorzystać. Kiedy opowiedział jak to złą kobietą jestem, a on jak był wspaniały i jak zajmuje się dziećmi, to już nic tylko wpatrywałam się w głowę nad nim czy mu aureola nie zaczyna świecić. Kiedy mnie dopuszczono do głosu, powiedziałam, że taka sytuacja, że ojciec zajmuje się dziećmi z takim zaangażowaniem, pomimo, że one już tego w takim stopniu nie potrzebują, ma miejsce przez ostatni czas, wcześniej to wszystko spoczywało na moich barkach, to co na to powiedział sędzia? „Lepiej późno, niż wcale” i tymi słowami wprowadził mnie w osłupienie. Owszem można posługiwać się powiedzeniami, ba nawet używać ich jako argumentu na sali sadowej, ale biorąc pod uwagę, że coś ważnego dla ludzi się kończy, a czasu straconego wobec dzieci nie sposób nadrobić, to rzucanie takich cytatów bywa nie na miejscu.  Zresztą w naszym przypadku, jak widać jednak zdecydowanie za późno.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | 1 komentarz