Czas…

wszystko zamykamy w jego ramach. Człowiek stał się niewolnikiem czasu. Stworzył jego definicję, sprowadził do jednostek i nic już nie umie dookreślić bez niego. Kosmos, przestrzeń przez człowieka poznana w mikro zakresie, również został wciśnięty w ramy czasowe. Odległości jaki pokonują statki badawcze mierzone są w jednostkach czasu, mówimy o latach świetlnych, a przecież jest bardzo prawdopodobne, że  czas w tej nieodgadnionej przestrzeni wcale nie istnieje. Mamy do tego stopnia myślenie skorelowane z czasem, że moje wcześniejsze zdanie trąci herezją. A bezczasowość w pojęciach nicość czy wieczność budzi wręcz przerażenie, prawda? Nie ogarniamy umysłem życia wiecznego, które jest nagrodą dla wierzącego w Boga, ale liczymy na to. Mamy nadzieję. Nauczeni, że wszystko ma swój początek i koniec, drżymy próbując sobie wyobrazić wieczność, coś co nie ma granicy, nie ma końca. Abstrakt.
W zasadzie pewną i namacalną chwilą jest teraźniejszość. Ten konkretny moment. Moment, którym wcale nie żyjemy. Przynajmniej większość z nas. Bo w tej chwili, krótkiej teraźniejszej jednostce czasu, myślimy albo o tym, co zrobimy za chwilę, albo o tym co już za nami. Teraźniejszość jest trudna do doświadczania, bo nasz umysł uwielbia robić sobie wycieczki w przyszłość lub przeszłość. Może życie chwilą obecną pozwoliłoby nie co uwolnić się od dyktatury czasu?
Tak mnie okresowo, chwilowo na czas naszło, bo leci on nie oglądając się na nas. Każda chwila przemija. Ta dobra i zła. Wszystko przeminie. My też. Z naszymi problemami, radościami, z tym wszystkim co dzięki nam powstało lub z tym, co rozpieprzyliśmy. Za kilkadziesiąt lat nikt nie będzie o nas pamiętał. Zapomną o naszym istnieniu, a my się tak czasem rzucamy, aby zaistnieć. Szarpiemy emocjonalnie, aby zrobić na kimś wrażenie, coś znaczyć. Może jesteśmy jakaś alternatywą wyobrażonej sobie przyszłości. Będziemy przez chwilę przeszłością zachowaną w wyobraźni. W mikro skali naszego otoczenia jesteśmy chwilą dla innych. W makro skali kosmosu nie istniejemy. Znajdź tu sens i logikę?

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wiosna

Dziś właśnie na chwilę udało się poczuć wiosnę pomimo, że nadal mamy przecież kalendarzową zimę. Zawiozłam córkę na trening, sama ruszyłam swój zad i pobiegałam na stadionie w marcowym słońcu, które z każdym kolejnym okrążeniem wydawało się przygrzewać bardziej. Siódme poty na mnie wstąpiły, a rogówka zaszła mi parą od przegrzania. Po powrocie do domu, czując swoje stawy i mięśnie przy każdym ruchu, poczłapałam na ogród, aby się dobić chyba. Ambitnie chciałam poczynić pierwsze wiosenne porządki. Poczyniłam. Napracowałam się tak, że nie mam siły mrugnąć powieką.  Zmęczenie fizyczne jest lepsze od psychicznego, tłumaczę sobie, a to drugie miewam zdecydowanie częściej. W ubiegłym tygodniu napięcia zdrowotne mnie nie co przystopowały, nieoczekiwanie na kilka dni wylądowałam w szpitalu. Przeprowadzono serię badań, których wynik na moje szczęście nie odbiegał od normy, co mnie i owszem uspokoiło, ale nie usunęło dolegliwości. Za to od poniedziałku do piątku nie wiedziałam, jak się nazywam. Miałam pracy, aż pod kokardę. Dziś, jak wspomniałam na wstępie dowaliłam sobie ogrodem. Weszłam do domu i bodłam pretensją moje „niewdzięczne” dzieci, które nie ruszyły mi z pomocą w porządkach ogrodowych. No nie ruszyły, bo jedno zmęczone po treningu, drugie wyczerpane meczem, a trzecie właśnie jechało na swoje rozgrywki i musiało oszczędzać siły. No to mam za swoje. Chciałam, aby moje dzieci zajęły się sportem. Zajęły. Każde coś trenuje, pasjonuje się swoją dyscypliną, sportem w ogóle. Ale nie chciałam, aby treningi, zmęczenie czy zawody były za każdym razem wymówką, gdy oczekuję od nich pomocy! Wiecie, co jest najsmutniejsze, że moja Matka dokładnie to samo przeżywała ze mną i dopiero teraz to rozumiem. Rozumiem, co sama dawałam sobą, swojej Matce jako dziecko.  Wróciło to do mnie w postaci zachowań moich dzieci wobec mnie. Powielanie mechanizmów. Sztuką jest przerwać schemat. Ja wciąż próbuje.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Badanie przez biegłego psychologa za nami,

Sąd skierował na takie badanie, bo tak najczęściej procedury postępowania rozwodowego wyglądają, gdy chodzi o małoletnie dzieci.
Dzieciaki po jednym spotkaniu, które miało miejsce jakiś rok temu u psychologa w szpitalu onkologicznym, kiedy to w czwórkę wylądowaliśmy w gabinecie, nabrały takich uprzedzeń, że ich nastroje były wręcz wisielcze. Mało tego po feriach pierwszy dzień i nie idą do szkoły. No obrażone na cały świat.
Próbowałam nie co zmienić ich przekonanie i jedynym skuteczny sposobem okazało się poczucie humoru i nasze głupie żarty w drodze do gabinetu.
Moje emocje odnośnie rozwodu opadły już jakiś czas temu i póki co nie podnoszą się. Cały ten rozwód zaczyna być mi obojętny.  Najgorsze, czyli wydłubywanie ze skorupy wspomnień, kawałków nieciekawej przeszłości mam za sobą. Teraz pani psycholog będzie się przyglądać relacjom dzieciaków z rodzicami i na podstawie 3-4 godzin obserwacji wystawiać nam cenzurkę jakimi rodzicielami jesteśmy, jak dzieci funkcjonują na poziomie emocjonalno-intelektualnym (świadectwa, opinie specjalistów, gdy są trzeba mieć) oraz czy przez rozwód „nie ucierpi dobro wspólnych małoletnich dzieci”-ta formułka jest mocna, bo jak Sąd może zbadać poziom ich dobra? Nie dosyć, że badanie nie jest miarodajne, bo nijak nie może być, kiedy to ktoś ma się o sprawach trudnych dowiedzieć na podstawie krótkiej rozmowy i jeszcze wystawić opinię, to naprawdę potrzeba by chyba rzędu wnikliwych i doświadczonych obserwatorów, a i tak efekt mógłby być żaden. Dobra, Sąd się czymś podeprzeć musi, no to praktykuje takie badania i już.
Pani psycholog wzięła nas czyli męża i mnie na pierwszą linię frontu, a dzieciaki w pokoju obok czekały znużone. W zasadzie nie ma tu problemu ograniczania władzy rodzicielskiej, więc kłótni o to w jakie dni i po ile godzin mamy się opiekować dziećmi, nie było. Nie było też, na szczęście tematu z kim mają mieszkać, bo to jakby stało się oczywiste i nie obrzucaliśmy się argumentami przemawiającymi za tym, kto jest lepszym rodzicem; tu mogłaby być niezła jatka, gdyż wiem jakie Piotr ma mniemanie o mnie w tym zakresie.
Jatka jednak i tak była, otóż Pani psycholog dopytując każdego z nas o status, zarobki, warunki mieszkania, zdrowie  i naszą ocenę swojej sytuacji, usłyszała ona, no i ja, że mąż ma warunki na tyle kiepskie, że dzieci nie może nawet u siebie podjąć (te same warunki są w jego domu rodzinnym od lat, gdzie dzieci u babci przebywały wielokrotnie na różnym etapie swojego rozwoju i nic tym warunkom nie brakuje), mało tego, że mężowi jest trudno żyć z miesiąca na miesiąc prosząc brata o taką możliwość. Ze zrozumieniem psycholog pokiwała głową, skrzętnie notując, a mnie szlag trafia, bo mam silne przekonanie, że wykorzystuje nie tylko chorobę Piotr, ale i tą sytuację, aby pogłębiać się w roli ofiary. Stać go na wynajem lokalu, który będzie spełniał warunki –cokolwiek mąż ma na myśli, bo tego się nigdy nie dowiem lub dogadać się z bratem tak, aby nie prosić się o mieszkanie w ich domu rodzinnym bez względu na to czyją jest własnością po śmierci ich Matki.
Piotr miał też silną potrzebę mówienia o swoich emocjach. Wyglądało to mniej więcej tak, że zaczął mówić, jak to nie może zrozumieć mnie i mojego zakłamanego postępowania. Podkreślać wyłączność mojej winy, wyciągać nasze brudy w postaci zupełnie przetworzonych treści lub wyrwanych z kontekstu słów czy obrobionych na potrzeby Piotra zdarzeń. Słuchając, co on mówi, robiłam oczy tak duże, że zaczęłam sprawdzać czy są jeszcze na swoim miejscu, a moja percepcja zawodziła mnie na tyle, iż nie byłam w stanie rozpoznać czy wybałuszam je na skutek podniesionego ciśnienia, czy to silne zdziwienie połączone z zatkaniem i bezdechem. Zwentylowałam ten pęczniejący stan słowami : „co ty mówisz??? Czy Ty siebie słyszysz, chociaż”?
No jaja jakieś. Ku..a. Nie raz byłam świadkiem przetworzenia przez Piotra naszej skądinąd wspólnej przeszłości. Nie raz głupiałam próbując umiejscowić jego historię w chronologicznym biegu zdarzeń i nie raz przeżyłam ten stan ZATKANIA i NIEPOJĘCIA pt: „o co chodzi”??? Kurde wyszłam z wprawy. Znów mnie strzeliło i powaliło. Zatkało. Zagotowało. Doszło do przepychanki słownej. Domagałam się faktów, a nie jego domysłów i hipotez. Oczywiście mąż siedział spokojnie i swoim spokojnym głosem dochodził swego, a gdy udało mi się mu przerwać, to prychał po swojemu i mówił: „ no widzisz, bo się nie przyznasz, że tak było, a tak było”…kobieta chwilę biernie się przysłuchiwała. Potem te nasze wymiany kilka razy przerwała. Stwierdziła, że jest w nas wciąż dużo emocji. Mąż stwierdził, że on nie może wypowiedzieć się na temat swoich emocji, a  żona to mogła mówić, ale on nie. Ona zaczęła go zachęcać, aby kontynuował, chociaż ta rozmowa dawno już nie jest na temat, ale ona nie chce, aby on miał poczucie, że za mało czasu mu poświęciła. On już podziękował. Cyrk. Po prostu cyrk.

Dotyczyć spotkanie miało DZIECI. Na wstępie, trzymając nasze akta na kolanach, zastrzegła, że je czytała, że zna moją i męża treść pozwu i o tym nie będziemy rozmawiać, tylko o tym, co dotyczy dzieci.  No to się dowiedziała o tym, co żona mężowi zrobiła. Jędza. Żmija podstępna. Zimna kreatura. Ach i padło sztandarowe męża hasło: „ kochałem żonę i gdyby żona była inna, to ja byłbym inny dla niej”. Warunkowanie swojego uczucia i zachowania postawą partnera, to zjawisko bardzo mi znajome i bardzo przenoszące na mnie odpowiedzialność. I mówi to facet, który przeszedł trzy lata terapii i pracy z psychologiem.

Wyszłam roztrzęsiona, nerw normalnie mnie wziął, a Piotra abstrakcje dzwoniły w uszach. Jakie ścieżki znajdują jego synapsy będzie dla mnie zagadką do końca życia, ale też silnym argumentem za tym, jak cholernie rożni jesteśmy, gdy chodzi o wgląd w siebie i spraw, które są trudne, a dotyczą nas samych.
Dostaliśmy do wypełnienia testy, a dzieci zostały poproszone do pokoju psycholog. Jedno weszło na chwilę rozmowy i miało również zadanie do napisania. Drugie to samo i wsjo! Dzieci z 40 minut, a rodzice ponad dwie godziny.
Takie sytuacje, kiedy słyszę Piotra wypowiadającego się o nas, przepraszam o mnie, bo o sobie, to on ma takie wypowiedzi, że jakby ich nie obrócić, to wypadają zawsze poprawnie, to dociera do mnie momentalnie świadomość DLACZEGO MY SIĘ ROZSTALIŚMY.
Potrafiliśmy ze sobą PRZEBYWAĆ, ale nie potrafiliśmy ŻYĆ w emocjonalno-uczuciowej bliskości.
Dlaczego?
Bo nie potrafiliśmy z wielu powodów stworzyć  tej bliskości tam na samym  początku, gdy byliśmy jeszcze młodzi, niedojrzali, a życie nam rzuciło wyzwanie w postaci  roli rodzica, a potem się tego też nie nauczyliśmy, bo każde było skupione bardziej na oczekiwaniu wobec drugiego, niż siebie samego.
Dziś widzę swoje błędy, dziś wiem, że nasze małżeństwo, jako związek uczuciowy nigdy związkiem nie był.  Uczucia to nie słowa o miłości i zapewnienia o niej, to nie gadanie o szacunku, o wsparciu, zrozumieniu.  To żywe gesty, autentyczne zachowania. Spójne z nami. Wypływające z nas, a nie pod publikę. Pewnie, że popełnia się błędy, ale nie wciąż te same i nie można w nieskończoność siebie tłumaczyć.  Dziś wiem, że utrzymanie samego  małżeństwa dla jego statusu  jest łatwiejsze niż rozstanie. Przy rozstaniu emocje zostają poruszone do granic możliwości, a w związku są odrętwiałe postępująca martwicą do której dawno się już przyzwyczailiśmy. Ludzie albo budzą się z tego odrętwienia i coś ze sobą robią obierając wspólny azymut, albo któreś przebudza się przy kimś nowo poznanym.
Powiedziałam tam, że gdybym wiedziała, że tego dnia, kiedy Piotr chciał ode mnie uczuciowej szczerości i kiedy zapewniał, że jest gotowy na każdą odpowiedź, gdybym wiedziała, że to pytanie jest wynikiem jego wahadła emocjonalnego, absolutnie nieprzemyślane i bez odpowiedzialności po jego stronie, to ja  wtedy zwyczajnie skłamałabym. Skłamała dla dobra większości, bo po tym dniu już każdy następnym był pęczniejącym wrzodem. Powiedziałam, że ta moja „prawda” nie była warta tego, co potem nastąpiło. Szczególnie tego co wyrządziliśmy dzieciom, gdyż Piotr mocno je wciągnął w nasze problemy. Jemu tego podarować nie mogę, a sobie, że ich lepiej nie chroniłam. Przyglądam się z niepokojem, co w nich pozostawi niedojrzałość  rodziców.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Styczniowo-chorobowo

Śnieg. Zima. Mróz. Słońce. Odwilż. Aż dziw bierze że występują te wszystkie okoliczności w  jednym czasie. A jednak. Śnieg skrzy w słońcu uroczo tworząc niepowtarzalny obraz.  Urzeczona wpatruję się w to, co za oknem, bo mnie dopadło jakieś huju-muju wirusowe eges-teges i mam gruźlice, kaszel, koklusz i galopujące suchoty razem wzięte. W zasadzie nic mi nie jest, ale jak zacznę kaszleć to skończyć nie mogę. Mam wrażenie, że zakaszlę się na śmierć, a w karcie zgonu przyczyną będzie ZAKASZLAŁA SIĘ. Ambitnie, no i oryginalnie, jak człek oryginalnością nie grzeszy, to niech chociaż okolicznością zgonu się wyróżni. Noce miałam ostatnio ciężkie z tych pt: „jak to człowiek marnuje życie na bzdety, a sprawy istotne umykają”. Gdy strach w oczy zaglądał z każdym kolejnym kaszlnięciem i łapaniem powietrza w obkurczone oskrzela, to priorytety same ustawiają się we właściwej kolejności. Zasadność części moich działań, czy działań innych wobec mnie zobaczyłam przez okulary do bliży. Wyraźnie i czytelnie. Wnioski? Jestem niewolnikiem swojego umysłu i przez lata wtłaczanych do niego schematów myślenia. Myślenia powszechnie przyjmowanego za prawidłowe czyli od urodzenia do śmierci zmierzaj tą drogą, co inni: edukacja, praca, rodzina, dzieci, wnuki, zgon, pomnik z kamienia na lokalnym cmentarzu. Tyle. Stopnie na świadectwie są ważne tylko przez chwilkę. Kariera zawodowa, to kolejna chwila twojego życia, nie co dłuższa. Rodzina, to pokoleniowy przekaźnik naszych wartości, więc ma odbicie w rozciągłości czasu, jednak wartości…hm…skoro wciąż są te same, bo określone normatywem społecznym, to jaka w tym nasza oryginalność? Wpajamy naszym potomnym: bądź sobą i siebie szanuj i kochaj, a zarazem szanuj i kochaj drugiego człowieka, bądź dobry, tolerancyjny, wyrozumiały, uczynny, dbały, entuzjastyczny, pogodny, nie narzekaj i inne, a w nurcie zdarzeń i doświadczeń międzyludzkich oszlifują ciebie i twój entuzjazm, dobroć, szacunek, wyrozumiałość i opancerzysz się w arogancję, ignorancję i…w zasadzie już wystarczy.

Priorytety. Sama nie wiem ile razy w życiu próbowałam je sobie ustawić w odpowiedniej kolejności. Ani ile razy się do nich odwoływałam, ile na nie powoływałam, ile razy zdeptałam, zaprzeczając im i ich zasadności. Wyznaczamy je sobie, nazywamy, porządkujemy i czujemy się tacy dookreśleni w zgodzie z nimi, ukierunkowani w działaniu w ramach własnego życia. Porównujemy do innych, tych gorszych według nas, by poczuć się lepszymi-też według nas, no bo kto nas ocenia? Sąsiad, szwagier, siostra, kuzyn, listonosz, pani ze sklepu? Po trosze każdy, ale najistotniejsza ocena to ta nasza przed samym sobą. Ja robię dobrze/źle, ja wiem/nie wiem, ja umiem/nie potrafię. JA. Co ja o sobie myślę?-jest wpierw. Siła i jakość naszych myśli o sobie jest naszą tarczą przed opinią zewnętrzną, naszym poczuciem własnej wartości.  Nie przejmuję się tym, co myślą o mnie inni, a jeśli myślą źle, to co mogę zrobić by myśleli o mnie, tak jak ja chcę, jak sam się widzę? Raczej nic.  Każdy z nas w sobie prowadzi takie rozważania, traci energię na upiększanie swojego wizerunku, pomimo że priorytety ma zdecydowanie bardziej ambitne. Najsmutniejsze jest jednak to, że pomimo jakichś prób i starań, by życie prowadzić dobrze i samemu być w tym życiu jakoś zauważonym, mało komu się to udaje. Przychodzimy na świat tak samo, żyjemy podobnie, kończymy tak samo. Pomiędzy owym początkiem a końcem jest pospolitość, powszechność, uśrednienie. Postawią nam pomnik z kamienia, taki sam jak pozostałe, bez względu na to jakie mieliśmy w życiu wartości. Nie znajdzie się na tym kamieniu napis, że to był szlachetny człowiek czy wyjątkowa postać, która była wzorem dla innych. W naszym gatunku bycie wyjątkowym jest  bardzo trudne. Może za bardzo, więc po co silić się na oryginalność zachowań i ich ostentację, kiedy może wystarczy się skupić na sobie i tylko/aż żyć w zgodzie samemu ze sobą?



Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nie ma lekko

Tytuł brzmi złowieszczo, a ja nawiązuje do ciężaru (tym razem nie życia), a tego który dźwigam na własnych nogach czyli nadwaga-temat mocno wyświechtany przez społeczeństwo będące w dobrobycie, do którego się skądinąd zaliczamy. Tak, tak noworoczne postanowienia wielu z nas są w tym zakresie do siebie podobne: „zrzucić kilka kilogramów”. Ja postanowień noworocznych nie czynię, bo?, bo nie lubię postanowień, a nie lubię ich bo?, bo po prostu jestem mizerna w dotrzymaniu ich. Proste. Jednego wieczoru mój Pierworodny, który fintesuje się i dietetyzuje, patrząc na kogoś w tv, kto otyłość miał sporą, rzekł w zamyśleniu: „jak można doprowadzić się do takiego stanu, przecież to jest długi proces, czy człowiek nie widzi jak się zmienia i jak mu coraz ciężej”. Wymyślił-skonstatowałam cicho w głowie, ale kurde zostało i siedzi. Chciałabym schudnąć tak z 10 kg. Skoro umknął mi proces tycia, to może uświadomię sobie proces chudnięcia i rozpuszczę zbytek?  O, jest to moim marzeniem,  a  marzyć to ja lubię. Więc marzę sobie, że jestem chudsza, smuklejsza, bardziej gibka i wiotka, marzę i marzę, bo podobno proces gubienia wagi zaczyna się w głowie. Mój się zaczął jakieś 15 lat temu i trwa. No tak proces ;-), a skoro efekty są mizerne,  okresami nawet odnotowuję niebezpiecznie deprymujące liczby na wadze cyfrowej, to postanowiłam zintensyfikować myślenie, a nuż coś zgubię i oby to nie był kontakt ze samym sobą ;-).

Święta. To były zaskakujące święta. Inne. Tak, jak jestem tu schematyczna , tak wyszły one po za mój utarty schemat. Nie tylko tą ubraną przed czasem choinką, ale wigilią w niespodziewanym gronie. Mąż na wigilię postanowił nie przybyć. Dowiedziałam się od dzieci, że taty nie będzie, więc zapytałam go drogą tradycyjnie już sms-ową, jaki jest powód takiej decyzji. No i sobie narobiłam. Głupia ja. No jaki powód? -głupio się pytam. Ja. Ja sama w sobie, bo za krótko, źle, niewłaściwie, nieodpowiednio „opiekowałam” się mężem w trakcie i po przeszczepie. Jednym słowem jestem zła, a on nie będzie przed dziećmi udawał dla mnie(?), że wszystko jest ok, bo nie jest i czas to pokazać, że zniszczyłam rodzinę. No to pokazał. Cóż zatem, zamiast życzeń świątecznych poczytałam sobie sporo cierpkich słów o sobie, a zamiast opłatkiem podzielił się ze mną mąż swoim żalem, którego jestem jak widać nieustającym źródłem, a czas wydaje się nie sprzyjać temu, aby postawa Piotra wobec mnie nabrała łagodniejszej formy.

Męża  nie było przy wieczornym stole, ale po za mną i dziećmi była bratowa, którą wypuścili ze szpitala właśnie we wigilię po operacji bypassa, a  jej córka wyjechała do teściowej, oraz matka bratowej, która przyszła na chwilę odwiedzić ją, a że to samotna kobieta, więc po prostu została u nas zaproszona do stołu.  Po wigilii powiedziałam dzieciom, aby zabrały opłatek, jedzenie i prezenty do Ojca i pojechały do Niego. Tak też się stało. Posiedziały. Wróciły. Potem wspólny wieczór.

Nowy Rok. Dla mnie dzień, jak co dzień. Pierworodny wychodził na imprezę w swoim gronie. Córka wymyśliła, że zaprosi koleżanki, na co przystałam, a ja z najmłodszym wyszliśmy do mojej  „przyjaciółki zza lasu”, gdzie zdarza mi się sylwestrować z nieregularną systematycznością ;-).  W kameralnym towarzystwie prowadziliśmy głęboką rozmowę nad sensem ludzkiego życia, ot to ci  Sylwester ;-),  by nic odkrywczego nie wymyśleć. Z fajerwerkami na ciemnym niebie nie przyszło żadne olśnienie, ani odpowiedzi na pytania: czy chodzi tylko o przekazanie życia potomstwu i wychowanie go? A co z tymi, którzy nie mogą mieć dzieci? Czy o wypełnianie siebie poprzez wiarę? Jeżeli tak, to w którą? Jaka jest właściwa? Rzymsko-katolicka? Co z tymi, którzy wierzą w innego Boga/Bóstwa? Dlatego, że urodzili się w innej wierze są skazani na grzech, na bezsens, na bycie „niewybranym”? Kłóci się to wszystko z ideą „Boga Miłosiernego”. Czy chodzi o rozwój w szerokim rozumienia tego słowa, jak rozwój cywilizacji i jednostki? Czy chodzi o wypełnianie jakiegoś zamierzonego wobec nas planu, którego istnienie zakładamy?

Czy może  to hedonizm jest tym, czym człowiek ma zapełniać swoje życie, aby miało ono sens? Na tym stanęliśmy acz trudno mi z tym się pogodzić, że tylko o to chodzi, a zarazem trudno mi znaleźć coś więcej, niż to. Jeżeli jest jakieś „coś więcej” to wciąż jest po za obszarem mojego ograniczonego umysłu. Ludzie spełnieni w życiu mają poczucie jego sensu. Chyba. Chociaż może to nie jest tożsame? Jaki jest sens życia tych, którzy żyli krótką chwilę? Bez szans by posmakować życie. A tych, którzy od początku skazani są na cierpienie? Mają nadawać swojemu cierpieniu sens?  O co w tym wszystkim chodzi, do cholery? Zresztą, gdyby sens życia był ujednolicony i oczywisty dla wszystkich…hm, życie byłoby chyba bardziej przerażające, niż jest. Tym wszystkim nie rządzi przypadek, rządzi tym Ponadludzka  Świadomość, o której możliwości nawet nie ocieramy się.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Reniferowato

nie lubię świąt o czym już pisałam, więc nie będę wylewac tu swojej irytacji wywołanej okolicznosciową nagonką, ale mają one dla mnie jeden miły akcent, który zwyczajnie mnie bawi, otóż lata temu w pewnym środowisku otrzymałam ksywę „renifer”. Wzięła się ona od mojego imienia i tak zostało. Na początku irytowało, potem przyszła racjonalizacja, że mogło być gorzej typu: „Renata-szmata” ;-),  a przyległo Reni-fer czyli taki całkiem w porządku renifer lub Renata. Ci, którzy mnie znają z tej „zwierzęcej” strony ślą mi prezentują drobiazgi wszelkiej postaci, mam zatem ogrom reniferowatych bibelocików/wystrajaczy/dodatków zgromadzonych przez lata, które ozdabiają mój dom przez okragły  rok, a nie tylko w zimowe święta.  Mam kartki, obrazki, figurki, wytłaczanki a w skarpetach z reniferami czynię ten wpis. Pewnie banał, ale ten banał umila mi napięty ostatnio czas. Inna sprawa, która mnie cieszy, to przesilenie zimowe. Od szczenięcych lat, pamiętam słowa: „nowy rok na barani skok”. Nie rozumiałam ich długo, dopóki nie poznałam pełnej treści porzekadła, że dni przybywa. Ano przybywa już od dnia 21 grudnia. Kończą się szybko zaciągnięte zmrokiem dnie. Ponure z nieuchwytnym zachodem słońca. Kończą się smęty, idzie nowe, jaśniejsze, dłuższe, rozświetlone. Dla mnie to granica mroku. Teraz już będzie więcej  światła i nadziei w tej naturalnej cykliczności -tak sobie od lat powtarzam.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Blog to żaden czytelniczy przymus

Piszę bloga dla siebie. Pisanie to dla mnie forma autoterapii, łapię dystans do wydarzeń, upuszczam emocje, wentyluję napięcia. Wiem, że nie jestem tu do końca anonimowa. Wiem, że moje postępowanie, zachowania które tu opisuję mogą budzić i budzą krytykę. Wiem, że podlegam ocenie. Tak to już jest i liczę się z takimi konsekwencjami, które wymieniłam. Piotr od początku wiedział, że pisze bloga. Znał jego adres, bo mu podałam. Nie lubił, ani mojego pisania, ani innych rzeczy, które mi sprawiały frajdę. Jego wybór. Myślę, że gdyby był ciekawy tego co tu zostawiam, zwyczajnie by tu wchodził. Nie robi tego, ale ma osobę „życzliwą”, która mu co jakiś czas donosi o tym, co ta popieprzona Renata tu wypisuje. Proszę do mnie kierować „życzliwcu” uwagi wszelkie, ponieważ podjudzanie Piotra ma to do siebie, że rzeczy wyrwane z kontekstu opakowane w negatywny stosunek do mnie, podane jemu, budzą w Nim złość i zamiast trafić nią we mnie, to wciąga w to dzieciaki, żaląc się im, jak to ich matka jest niedobrą kobietą. Zastanawiam się, co ma na celu ów „życzliwy” czytelnik? Piotr ma wystarczającą ilość nienawiści do mnie, więc po co to jeszcze podsycać, szczególnie teraz przed świętami, gdy będzie trzeba się spotkać, aby zachować fason przed dziećmi? Może tu chodzi o osobistą satysfakcję typu: „a mówiłem tobie, że to wredna baba”, tylko jeżeli ktoś z takich rzeczy czerpie satysfakcję, to mu zwyczajnie współczuję.  Jest wiele innych ciekawszych sposobów osiągania samozadowolenia. Ponad to doskonale wiem, że łatwiej zajmować się czyimś życiem, niż swoim własnym i łatwiej komuś dawać wytyczne, niż zastanowić się nad sobą tyle, że więcej z tego szkody, jak pożytku, więcej wrogości, aniżeli otwartości pomimo wszystko.
To, co się wydarzyło pomiędzy mną, a Piotrem  dziś mogłoby mieć zupełnie inną postać, gdyby nie podkręcanie jego wrogości do mnie. Szacunek i kultura są tym, co jest ponad wszelkie okoliczności. Emocje skrajne nie raz w nas buzują, rozumiem to doskonale, ale to co z nimi zrobię, czy obrzucam kogoś obelgami, czy podkarmiać będę niepohamowanym gniewem i żalem, czy przeczekam, aż opadną i przemyślę ile krzywdy wyrządzę słowem lub działaniem, to już zależy wyłącznie ode mnie. Otóż, ja również jestem stroną w tym związku i nie kaprys chwili doprowadził mnie do tego trudnego miejsca w jakim jest moja rodzina. Nie fanaberia była powodem rozejścia się. Ja również mam sporo wspomnień z naszej przeszłości, które powodują poczucie żalu do męża. Poczucie niezrozumienia mnie i złego traktowania. Nie uwzględniania mnie i moich potrzeb. Przegadaliśmy mnóstwo spraw i problemów, ale to Piotra problemy były zawsze ważniejsze oraz z jego samopoczuciem musieliśmy się liczyć. Nie piszę bynajmniej o okresie choroby, to rozumiem. Chociaż też do pewnego momentu, bo choroba nie upoważnia męża do tego by mną pogardzać. Nam się zwyczajnie nie udało udźwignąć tego związku, tej naszej  „relacji na siłę”, która wciąż kulała, obnażając nasze niedobranie się, uwypuklając różnice na wielu płaszczyznach. Zaczęliśmy ten związek źle i źle on się skończył. Choroba alkoholowa Piotra i to co jej towarzyszyło, nie były wiążące w inny sposób jak mechanizmami uzależnienia i współuzależnienia. Terapia i abstynencja, to wyzwanie nie tylko dla alkoholika, ale jego rodziny. Nie wiesz czy cieszyć się, że jest trzeźwy, czy płakać, jak potrafi być napięty i broń boże, żeby nie sprowokować go niczym, bo zapije. Potem uczysz się żyć w nowych warunkach, ale i tak On-alkoholik to postać pierwszo planowa, bo ja…ja zrobiłem już wszystko-przestałem pić. Nie zliczę ile razy to usłyszałam przez ostatnie lata: „ja przestałem pić, a ty co zrobiłaś?”.  Może dla Piotra to szczyt jego możliwości. Jego prawo spocząć na takim etapie ze swoimi aspiracjami. Ja chciałam od partnera czegoś więcej, niż tylko nie picia, chciałam dbałości o mnie, spokoju, poczucia bycia szanowanym, chciałam czuć się bezpiecznie w obecności kogoś z kim idę przez życie, chciałam aby nie podważano mojej wartości, nie kpiono ze mnie, nie porównywano do mnie, by wypadać w tych porównaniach lepiej, nie poniżano mnie. Żeby moje osiągnięcia były tak samo ważne, jak to „nie piję”.
Jestem naprawdę wyczerpana psychicznie i chcę już odbudowywać się. Podnieść głowę i uśmiechnąć się, wyjść ze smutku, poczucia winy i odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Staram się z całej siły trzymać w „kupie”, choć naprawdę przychodzi mi to z coraz większym trudem. Dla siebie muszę, bo klęknę psychicznie, dla dzieci muszę, bo beze mnie pogubią się w życiu jeszcze bardziej. Dopóki ich nie wyposażę w to, co w życiu potrzebne, aby umiały sobie z życiem radzić muszę krzesać z siebie siłę, uśmiech i spokój. Muszę mierzyć się z problemami wychowawczymi, zawodowymi, rodzinnymi i brakiem czasu dla dzieci i siebie. Muszę  pracować po za etatem, by utrzymać ten majdan. Muszę też znosić ocenę innych, aluzje, ostracyzm, oraz różne zachowania Piotra. Staram się Mu pomagać, powtarzam, że może na mnie liczyć i nie są to tylko słowa, ale doraźna pomoc, jak tylko zwróci się z czymś do mnie. Mogliśmy pomimo rozstania i tego całego bajzlu naszego, przejść to inaczej. Mogliśmy dać dzieciakom lekcję wzajemnego szacunku i dojrzałości, a pokazaliśmy się z najgorszej strony. Po kiego diabła mieszają się w to inni? Niech wezmą odpowiedzialność za to, co robią swoim gadaniem. Niech zamienią się ze mną na dzień moim życiem, moimi problemami, moją perspektywą, a potem nich mnie osądzają.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Choinka pachnie, jak las

słowa starej piosenki cisną mi się przez zaciśnięte usta, bo mnie szlag! bierze na myśl o świętach. Przepraszam, ale amatorką ich nie jestem. Wydźwięk religijno-tradycyjny dawno przebrzmiał w hierarchii moich wartości. Zresztą nie mam wspomnień z dzieciństwa żadnych związanych ze świętami, więc chyba nie bardzo szczególna to była uroczystość w moim domu. Natomiast to, co sama stworzyłam w zakresie własnej rodziny z wiadomych względów implikuje więcej napięć, niż radości, a wczoraj próg mojego spokoju został zmącony no czym??? Otóż po powrocie z pracy do domu doświadczyłam JUŻ ŚWIĄT, bo stoi tam gdzie zawsze choinka żywa, przybrana i świecąca. Naszą tradycją było ubieranie choinki w wigilię. Ja w kuchni, dzieci przy choince. Nieoczekiwana zmiana, spowodowała moje wkurzenie. Zmiana, jak zmiana, ale żeby ktoś czyt. mąż uzgodnił ze mną to. Wejdę do domu pewnego razu i królika będę gonić po pokojach, bo Wielkanoc idzie?Ożeż..pomijam fakt, że w temperaturze pokojowej choinka obleci z igliwia do świąt i będę miała futurystycznego ogigloka z kolorowym przybraniem, jednak chciałabym, aby w moim domu pewne rzeczy ze mną uzgadniano. Szczególnie te związane z naszą rodzinną tradycją. Cóż więc, mąż po przeszczepie czuje się coraz lepiej i rozpoczął już święta wymownym choinkowym akcentem:-), wyłamując się z obyczajów, które bardzo kultywował. Może to zapowiedź jakichś wewnętrznych zmian?
W kontekście poprzedniego wpisu, który był marną próbą podjęcia rozważań o sensie życia, problem choinki postawionej i przybranej przed czasem jest tak przyziemny, że sama przed sobą czuję się głupio ;-). Życie codzienne często jest szczelnie wypełnione drobiazgami i czynnościami, które wykonujemy rutynowo, bezrefleksyjnie. Nie da się funkcjonować w oderwaniu od tego, co jest jakąś formą naszego wewnętrznego i zewnętrznego przymusu, jak obowiązki rodzinne, zawodowe i wynikające zeń radości czy trudności oraz towarzyszące temu emocje. Mogę sobie i tysiąc razy powtarzać, że nie warto się przejmować czymś na co nie miałam wpływu, a jednak będę snuć dywagacje, co mogłam zrobić inaczej, aby tego uniknąć, albo jak zareagowałam, gdy reakcję mogłam zwyczajnie zadusić w zarodku reakcyjnym. Mogłam. Czego ja nie mogłam, gdy mogłam, jak nie mogłam ;-).
Ty weź się Renata nie przejmuj tak życiem, ono będzie trwało w swoim niezmąconym stanie, czy będziesz w nim tupać nogą, krzyczeć, domagać się uwagi, śmiać lub skakać z radości. Różnica w twoich reakcjach kobieto, jest jedynie odczuwalna w twoim obszarze. W obrębie twojej psychiki i ciała oraz tuż po za tobą czyli odczuwają ją moi bliscy- dzieci, przyjaciele, koledzy z pracy, koty i pies.
A zmieniając podejście do wydarzenia w ramach oszczędności zdrowia i pozbycia się wkurzenia (proszę rym się utworzył, sam z siebie się złożył ;-))..zmęczona w zamieci kłębiących się myśli, bo śniegu brak, wędrując do domu, padając na nos od progu, resztkami wzroku mętnego ujrzałam w kącie migoczące kolorami cudo. Zapach świerku rozsadził mi nozdrza i przepchał zapadnięte płuca z których wyrwało się radosne „aaaachchch chooinkaaa!!!” Ach święta! Ach i och i świat stanął przede mną otworem i kolorem, a ja zawirowałam w przestworzach beztroski, zapominając na chwilę, że po kokardę się narobię przez najbliższe dni i, że no przecież… do jasnej cholery, kiedy ja prezenty kupię?? I co kupić dzieciakom, którym z nadmiaru wszystkiego co dostępne w głowach się przewraca? Niech wrócą czasy, gdy odurzaliśmy się zapachem i smakiem pomarańczy oraz czekolady.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Gonię czas,

który niewzruszony ucieka przede mną. Noc, dzień, noc, dzień. Tygodnie co raz bardziej do siebie podobne, wyszarzone ponurą aurą, powtarzalnością czynności.
Mam wrażenie, że w pośpiechu, zapętlona w czasie, doganiam samą siebie widząc własne plecy. Mam ochotę pchnąć je, „dalej Renata, nie ociągaj się”. Doba jest zdecydowanie za krótka, nie pojmuję, jak mogłam kiedyś pomieścić w niej więcej rzeczy, a wspomnienie czasu, kiedy dzień mi się dłużył jest dla mnie takim abstraktem trudnym do przyjęcia. Co jakiś czas wracają do mnie myśli związane z sensem życia. Plątają się po głowie retoryczne pytania: „o co w tym wszystkim chodzi?”, „jak realizować życie, aby czuć, że wypełniam je sensowną treścią?”. Rozglądam się dookoła i nie bardzo wiem skąd zaczerpnąć inspirację, aby znaleźć jakieś podpowiedzi do nurtujących mnie pytań. Ludzie niechętnie rozmawiają o sensie życia. Książki tematyczne owszem, niosą swoje przesłanie. Jest w tym logika, ale to druk, chciałabym poobcować zwyczajnie z człowiekiem, który ma swoją filozofię i na dodatek ją praktykuje, jest nią przesiąknięty. Który widzi sens w życiu głębszy, niż tylko „trzeba żyć”, „takie jest życie” – zresztą ostatniego zwrotu nie trawię coraz bardziej. Jakie takie życie?-zadaję pytanie, to nie życie, a nasze wybory w nim. To my sami. Tak łatwo odpowiedzialność za to, co jest naszym udziałem przerzucamy na czynniki zewnętrzne. Sama kiedyś częściej tłumaczyłam siebie, tym co po za mną. A to trudniejszym dzieciństwem, a to jakimś złym doświadczeniem, a to koniecznością wyboru, okolicznością niesprzyjającą czy poświęceniem dla jakiejś idei, której uczepiłam się, bo nie stać mnie było na decyzje zgodne ze mną samą. Dziś wyraźniej widzę to, że moje życie, to nie przypadkowy zbieg okoliczności i zdarzeń, które porwały mnie swym nurtem, by wyrzucać na przypadkowe mielizny, ale plastyczne dzieło, które mogę modelować w swoich rękach, jak chcę. Tylko czy mam wystarczająco dużo wiedzy o sobie, aby nadać jemu dla mnie właściwy kształt i odwagi, by się realizować? Jak spełniać się w życiu? Nie ma uniwersalnych wykładni. Dla kogoś macierzyństwo jest realizacją, a dla innego życie w celibacie. Dla kogoś kariera zawodowa, a dla innego uprawa ziemi. Dla kogoś dbałość o innych, a dla innego dbałość o siebie. Skoro zróżnicowanie jest spore, to w czym rzecz? W indywidualnym upatrzeniu sobie „czegoś” i trzymaniu się tego? Tak do końca? Ludzkie szczęście jest może zbyt rozdmuchanym tworem albo tworem nie pasującym do człowieka współczesnego, który nastawił się na konformizm i hedonizm, a tym samym spłycił wartości, które pokolenia wcześniej kultywowały i na skutek których odczuwanie szczęścia przychodziło bardziej naturalnie. Dziś większość uważa, że szczęście jest dla wybranych. On ma szczęście-mówimy o kimś, kto ma majątek, rodzinę i zdrowie. Ale to „on” z okreśłonymi uwarunkowaniami. Nie my. Natomiast ci, co uważają się za szczęśliwych mówią o tym z takim przejęciem, patosem, jakby byli nawiedzeni, a nie prawdziwi. Szczęście jest również niedefiniowalne, jak inne wielkie słowa tego świata. No jak zdefiniować coś na co każdy ma swoją formułę? Sama posługuję się czyimiś słowami, że szczęście, to stan umysłu, a nie posiadania. Jednak co z tego, że tak uważam, skoro na uważaniu się kończy? Nie umiem wprowadzić siebie/swojego umysłu w stan szczęścia. Na całe szczęście :-) w stan nieszczęścia, swojego umysłu też nie umiem wprowadzić. Może zwyczajnie nie chcę? Wyliczam ze zbioru liczbowego, jakim jest życie średnią medianę, odrzucając skrajne wartości w postaci szczęścia i nieszczęścia i co mam? Przeciętną przeciętność. Tak sobie myślę, gdybym dziś miała zejść z tego świata i miała chwilę na przebłysk świadomości, to pojawiłby się pewnie żal do siebie samej za spieprzenie sobie życia dokonywaniem niewłaściwych wyborów oraz złe wykorzystanie czasu. Pisząc złe wykorzystanie czasu, mam na myśli przede wszystkim czas z moimi dzieciakami. Jestem zbyt mglista w tym pędzie pt: „cholerawiepoco”, zostawiając po sobie mgliste w nich wspomnienia. Żałowałabym również, że nie zobaczyłam większego kawałka świata i nie poznałam nowych ludzi. Jedno i drugie budzi we mnie niezaspokojoną ciekawość.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

W przepaść przeszłości

W przepaść przeszłości
Strącam  kolejne dni
Wczoraj już jest po za mną.
Dni mijają podobne do siebie. Powtarzalność czynności nakreśla ich trajektorię.
Ten sam dźwięk telefonu, co rano wytrąca mnie z  płytkiego najczęściej snu. Kawa parzona w tym samym kubku, znajomy smak pasty w ustach, odbicie w lustrze, zapadające się ze mna do środka. Kot sierściuch ocierający się o nogę i pies skomlący pod drzwiami, bo chce na dwór. Ponaglanie siebie i dzieci, potem rozwózka ich do szkół. Dalej ta sama droga do pracy. ta sama stacja radiowa w aucie. Stoję na światłach w tym samym miejscu. Wybieram znajomy skrót. Mijam ludzi spieszących gdzieś przed siebie, w wiadomym sobie celu. Zerkam na ich twarze. Na odciśnięte na nich emocje. Zamyśleni, zafrasowani, smutni, poważni, rzadziej radośni czy pogodni, tak jak i ja zaczynają swój kolejny dzień, by za kilkanaście godzin odłożyć go w osobiste annały. Większość z nas ulega rutynie dni. Ona ma to do siebie, że daje jakiś porządek, ale zarazem jest utartym torem, którego nie zmieniamy, a przecież mając wpływ na siebie możemy dużo. Możemy zmienić ogrom, tylko dlaczego to tak trudne? Jakbyśmy byli zaprogramowani i jakiś wewnętrzny przykaz zmuszał nas do większości podejmowanych działań. Każdy dzień jest naszą decyzją o tym, jak się w nim czujemy, z jakim nastawieniem w niego wchodzimy, co w nim będziemy robić. Pomijam wypadki losowe, które są nie do przewidzenia.  Mogę przecież powiedzieć dzieciom: „dziś macie wolne” i zostawić je w domu, mogę nie iść do pracy i zrobić z nimi coś, czego jeszcze nie robiliśmy. Ani szkoła, ani praca nie ucierpiałyby na tym, a dzieciakom i mnie to odstępstwo od normy wpisałoby się w pamięć na długo, a może na zawsze? To „zawsze” określone trwałością ludzkiej pamięci.
Życie tu na ziemi, to być może jedyny moment ludzkiego bytu, który pozwala nam na samoświadomość. Dlaczego tak słabo korzystamy ze świadomości poddając się schematom, ulegając presji otoczenia, tłumacząc swoje złe nawyki uniwersalnym „bo taki/taka już jestem”, uzależnieniami, wewnętrznym lub zewnętrznym przymusem czy wynajdując inne wymówki zwalniające nas z odpowiedzialności za siebie i wpływu na siebie samego, co niewątpliwie mamy.
Dni mijają. Jeden podobny do drugiego. Weekend to spacja w dniach roboczych, ale i te weekendy są do siebie podobne. Przecież wybudza mnie ten sam dźwięk telefonu, bo zapominam go wyłączyć i parzę kawę w tym samym kubku. I kot się ociera o nogę i pies skrobie w drzwi.  Dom dłużej zalega w ciszy, bo dzieci trochę później wstają i nie ma tego ponaglającego gderania, ale schemat dnia zazwyczaj ten sam. Wyuczony. Jakaś konieczność, chciaż bata nad nami nikt nie trzyma. Co z tą naszą świadomością i wpływem na siebie i swoje życie?

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj