Koniec bloga

Podsumowanie roku, to może dobry czas aby zakończyć fragment osobistej historii wrzucanej w cyberprzestrzeń zamiast do oprawionego w skórę pamiętnika.
Onet obwieścił wszem i wobec, że zamyka platformę blog.pl. Ta informacja podniosła mi ciśnienie. Niby nic, można przenieść, ale żem siem normalnie przyzwyczaiła do tego, co tu mam. Do skórek, organizacji kokpitu, tudzież innych dupereli z którymi się zwyczajnie opatrzyłam.
Przenoszę bloga na platformę woordpressa, ale wogóle nie umiem się na niej odnaleźć, co mnie irytuje.
Nie jestem tak elastyczna w tym zakresie, jak mogło mi samej wydawać.
Na całe szczęście przyszli z pomocą bystrzejsi ode mnie i trochę nie tylko pomogli, ale dodali otuchy, że dam radę niech się tylko po przyzwyczajam.
Cóż więc, jeśli Ci od otuchy się nie mylą, to będzie kontynuacja blogowych treści, jeśli natomiast mylą, to nic nie będzie, bo co by miało być, skoro nic nie ma ;-).

https://piszecomysleponiekad.wordpress.com/

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Podsumowanie roku

Rzadko bawię się w podsumowania roku. Właśnie dzieje się „rzadko”.
Rok ten był dla mnie przełomowy, intensywny, ciekawy, dobry i trudny zarazem.
Początek jego, to zapętlenie na sprawie rozwodowej, która wywoływała sporo emocji i we mnie i w Piotrze.
Emocje są nadal, ale opadają osadzając się kurzem na wspomnieniach.
Wyprowadził się Syn.
Pisałam o odczuciach matczynych w związku z tą sytuacją, więc powtarzać się nie będę.
Nie było, to dla mnie łatwe, ale okrzepłam i cieszę się, że chłopak sobie radzi, a we mnie niepokoje o owe „radzenie” osłabły, bo doświadczenie jego samodzielności, póki co należy do dobrych.
Młodsze dzieci również osiadły-przynajmniej, takie sprawiają wrażenie- w realiach będących konsekwencją rozwodu i wyprowadzki brata.
Był to rok intensywnej pracy zawodowej.
Nowe zadania, obowiązki, delegacje, rozjazdy, sporo godzin nadliczbowych przekładających się na zmęczenie.
Napięcia, przepięcia, bóle mięśni, stawów i starczowzroczność.
Skutki uboczne pracy zawodowej.
W tym roku okoliczności na tyle sprzyjały, że udało mi się zwiedzić trochę Europy.
Zawsze marzyłam o podróżowaniu. Zbiegiem zdarzeń miałam okazję pobyć trochę w Hiszpanii, Grecji, Słowenii i Szkocji.
Bardzo cieszę się z tych wyjazdów i chwil zgromadzonych w pamięci z nich.
Pewnie nie uda mi się długo powtórzyć takiego wyczynu…chociaż?
Moja przyjaciółka mówi: ” jeśli nasze myśli są energią, a to, co w życiu nam się zdarza jest odpowiedzią na nasze myśli, to nie ma przypadku w tym, co się dzieje”.
Może powinnam śmielej marzyć, więcej chcieć, doprecyzowywać swoje chcenie, iść w kierunku realizacji, a nie czekać, aż się samo spełni?
Może, nie może, a własnie TAK!
Co jeszcze w tym roku?
Trochę schudłam, trochę przytyłam.
Podjęłam się kilku diet, które zaniechałam w tempie proporcjonalnym do ich podjęcia.
Wypociłam na treningach litry potu, by stratę wody uzupełnić piwem ;-).
Usłyszałam kilka zabawnych historii, jak i takich, które mną wstrząsnęły.
Poznałam nowych ludzi. Niektóre relacje zacieśniłam inne rozluźniłam.
Przyjaciele niezmiennie ci sami w moim otoczeniu, czynią dni lepszymi.
Płakałam nie raz z bezradności i barku sił. Śmiałam nie raz uświadamiając sobie powody do radości.
Przeczytałam kilka książek, obejrzałam kilka dobrych filmów.
Przeprowadziłam sporo rozmów, wsłuchiwała się z uwagą w wiele treści kierowanych do mnie.
Tempo życia mi wzrosło, ale świadomość siebie też zrobiła krok do przodu.
Mam poczucie, że ten rok przeżyłam, a nie tylko, że w nim żyłam.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Andrzejki

Siedzę w pracy nad raportem i zamiast wosku leję łzy. A co tam, takie inne Andrzejki. Jestem zmęczona i nie wyrabiam. W pracy szczególnie, ale kogo to obchodzi. Mój szef ma podejście takie, że nie potrzebuje ludzi, którzy zamiast rozwiązywać problemy je generują, a każda niemoc, to nic innego jak generowanie problemu. Cóż więc dłubię, ślęczę, nie narzekam. Najwyżej z braku mocy przerobowej coś zawalę a wtedy Boss podejmie właściwe kroki i tyle. Niech się dzieje, co ma dziać.
Godzina późna, ja za biurkiem. Dziecko średnie chore mi jakieś, młodsze marudne, najstarsze pochłonięte swoimi sprawami, matka wypij ty herbatę, zamieszaj kubkiem i powróż sobie z fusów. No i co mam na dnie? Sralis-mazgalis czyli wypisz, wymaluj wizję przyszłości. Wróżbę na nią. Jak się, tak mocno postaram, z całych sił i zwizualizuję w tych fusach piękne rzeczy, jak wygraną w totka i zdrowie na ciele i umyśle do setki, to będę mieć tak?
W tych fusach g…o widzę, a raczej fusy widzę i ni huhu niczego więcej dojrzeć nie mogę. Lepiej odpuść Renata te wróżby. Oderwij się od biurka i jedź matko do dzieci, bo za chwilę będą na ciebie mówić „pani”.
W domu remont kuchni mniej-więcej zakończył się. No dobra raczej więcej, jak mniej. Nie powiem fachowca trafiłam dobrego. Szybki, dokładny i czysty oraz niedrogi. Polecać będę. Zlewozmywak, tak tu rozwiązania przyszły inne. Otóż okazuje się, że taniej jest zamówić nowy blat, niż kupować unikat w rozmiarze dziury w blacie. Dostałam wzorniki blatów, z 50 ich będzie i wybieram,a wybieram…normalnie już prawie wybrałam. Dzieci mi nie pomagają w tym, choć bardzo na nie liczyłam. Jedno zakomunikowało mi, że żaden wzór się jemu nie podoba, drugie pokłóciło się ze mną, ustalając żem daltonistka, o kolor ścian. Widzimy inaczej kolory więc tu dogadać się wcale nie możemy. Więc matko licz na siebie i może na fusy? Może one mi coś podsuną?
Ponad to żeby się trochę sama na siebie podkurzyć zakupiłam dywanik na podłogę kuchenną, chcąc zamienić ten już nadgryziony zębem czasu i kocimi zabawami na nim i co zrobiłam. No kupiłam, a jakże. Poświęciłam się normalnie i pochyliłam nad nim mierząc dokładnie długość, docinając i obszywając go w sklepie za dodatkową opłatą. Weszłam z nabytkiem do domu dumna z siebie i zadowolona. Rozwinęłam i…jessuniu, zmierzyłam na długość, a w szerz? Umknęło. Teraz mam niteczkę wykładzinki na środku i se stąpam po niej balansując niczym linoskoczek.
Eeee tam…zmęczona jestem. Przepracowana. Zagoniona. Nielogiczna. Stara. I nic lepiej chyba już ze mną nie będzie. Tak mi fusy mówią w Andrzejki ;-)

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Remont kuchni

Dzisiejszy poranek przywitał mnie słońcem i baaardzo dobrze, bo gdyby było inaczej to chyba bym sobie strzeliła w głowę, bo w kolano już sobie strzeliłam decyzją o liftingu kuchni. Oczywiście, że nie sam pomysł w sobie jest zły, przecież poprzedni remont miał miejsce ze 12 lat temu, więc logicznym jest, że po takim czasie w kuchni zrobiło się mniej przyjaźnie ale to, iż w nadmiarze obowiązków skombinowałam  sobie na własne życzenie jeszcze nadmiar wrażeń. Fakt- faktem, że pomysł to ja miałam we wrześniu i znajomemu lekko temat zasygnalizowałam, że szukam malarza-tapeciarza, a znajomy powiedział, że popyta. Popytał skutecznie i wspomniał, abym rezerwowała listopad na ów remoncik. Ja o temacie zapomniałam do dnia, kiedy to zadzwonił mi pan, że on w sprawie remontu. Wzięłam to na klatę, umówiłam się z panem na oszacowanie pracy i dogadałam dzień jej rozpoczęcia uwzględniając przestrzeń czasową na zakup towaru, przygotowanie kuchni i… tu zaczęły się okoliczności nieprzewidziane przez mnie. Ostrzegam w tym miejscu zwolenników tapet, że to nie te czasy, iż wchodzi się do marketu i wybiera, przebiera, wizualizuje wśród regałów z tapetami, bordiurami itp. Otóż nie! Wybór hm…znikomy, desenie tendencyjne, na jedno kopyto, kolorystyka zgodna z trendem mody czyli odcienie szarości. Nie wiem, czy może jestem wybredna, czy mocno przyzwyczajona do tego co na ścianie w kuchni mam, ale zakupienie tapety imitującej płytki okazało się niemożliwe.  Pasek wykończeniowy? Jakieś resztki powciskane w kąt na regale sklepowym. Dawniej miałam tapetę, a obok niej wybór bordiur. Zapomnij. Obleciałam Castoramę, Leroy Marlin, OBI, Brico Marche. Posucha. Odkryłam przy okazji, że likwidują w mieście Praktikery. To nie koniec moich problemów. Kuchnie mam robiona na wymiar, tu zmian poczynać nie chciałam. Niech stoi se do końca moich dni. Moja kuchnia na Mój wymiar! J o pewnych niedogodnościach, które wyszły z czasem już nie wspomnę. W drugim życiu wykombinuje kuchnię bardziej funkcjonalną. A co! W regałach kuchennych nie ma miejsca na zmywarkę, bo kto tam zmywarki kiedyś przewidywał, że podbiją serca pań domu, więc będąc tradycyjną gospodynią chciałam wymienić sobie stary zlew na nowy. Polubię tradycję, a może nawet skansen z domu zrobię i będę pokazywać współczesnym nieletnim, jak pali się w piecu c.o, jak gotuje na gazowej kuchence i myje naczynia w zlewozmywaku. I doszliśmy do gwoździa programu. ZLEWOZMYWAK. Mam ja sobie takie ustrojstwo. Używam je w stopniu znacznym z wiadomych przyczyn (brak zmywarki), po latach zapragnęłam wymienić na nowy. Ha! Nic z tego! Otóż nie ma dostępnych powszechnie zlewozmywaków w rozmiarze tego kupionego  lata temu, a jak są to w cenie lodówki! Teraz produkują mniejsze o 20 cm i co ja mam zrobić? Albo załatać dziurę wyciętą pod ten który jest, jakąś finezyjną dyktą, albo podziwiać wnętrze szafki i dziurą się nie przejmować, albo zostać przy tym starym wysłużonym,  po którym ową wysługę  niewątpliwie widać. Odpuściłam marzenia o nowym zlewozmywaku, podjęłam działania z przygotowaniem kuchni. Zakasałam rękawy i myślę ambitnie – wysunę lodówkę ze szczeliny w której spoczywa od lat, ogarnę to. co za nią niechybnie zaległo w ferworze kuchcenia, tudzież innych okoliczności. Nic bardziej mylnego. Nie wysunę. Ugrzęzła. Zakotwiczyła się czy co? Drgnęłam ją, to zaczęła chodzić jak traktor. Myślę – już po niej. Wysłużyła się jak zlew, może porąbię i wyjmę w kawałkach, ale przed użyciem siekiery-myślę -zmierzę, bo może wąskich na 50 cm też już nie produkują, choć w przypadku zlewu występuje tendencja do minimalizacji rozmiarów (wiadomo weszły zmywarki), więc co się dzieje w świecie lodówek? Dobrze, że nie użyłam siekiery, bo w świecie lodówek jest tendencja przeciwna jak w świecie zlewów, tu AGD idzie w szerz i lodóweczki na szerokość 50 cm owszem jeszcze są, ale już w okrojonym mocno asortymencie.

Rankiem zatem wpuściłam pana od remontu do domu, zdając mu relację z osobistych problemów ze sprzętem w kuchni, zapakowałam dzieci do samochodu i ruszyłam do pracy. Szczęściem świeciło mi słońce w paszczę, przymrużyłam oczy odnotowując we wstecznym lusterku, że lifting gębuni by mnie mniej „zachodu” kosztował niż kuchni. W zasadzie ani jedno, ani drugie się nie sypie, aż tak żeby nie nadawało się do użytku czy oglądu, a jednak skoro zaczęłam ów remoncik, to go dokończę, a potem…a potem usiądę na progu kuchni i sobie zapłaczę, albo zaśmieję w głos, jak dziś do słońca, które mnie swoją ciepłą barwą podniosło na duchu.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Codzienność przytłacza ilością obowiązków

Od czasu Bled, które żyło we mnie długo jeszcze wspomnieniem wioślarskiego klimatu, upłynęły już dwa miesiące. Wyjazd ten przeszedł  do mojej osobistej historii.

Codzienność przytłacza ilością obowiązków. Głównie zawodowych. Na brak tych nie mogę narzekać, na nadmiar mogę, tylko co to da? Upuszczę czasem swoim wolnym słuchaczom treści, jak się domyślam w dużej mierze niezrozumiałe, bo to czym się zajmuje dla środowiska moich przyjaciół i bliskich zrozumiałym raczej nie jest, przeplatane inwektywami pomieszanymi z bezsilnością. Cóż, taką mam pracę, którą nawet miejscami lubię za ową różnorodność zadań i nowe wyzwania, a że nie wszystkim wyzwaniom jestem wstanie sprostać, to inna historia. Póki co bardzo się staram. Tyle mogę, choć równie dobrze mogę podziękować i poszukać innego zajęcia. Tylko jakiego? Pomysłu nie mam, więc śmigam do pracy i z pracy z kwadratową głową. Nie mam podzielności uwagi niestety, a muszę robić kilka rzeczy na raz, co powoduje wejście na takie obroty o jakie bym siebie nie podejrzewała. Potem kiedy jadę do klubu zmęczyć zdrętwiałe za biurkiem ciało/lub ląduję bezpośrednio w domu to mój mózg wchodzi na jałowy bieg i z trudem wiążę słowa w zdania. Stać mnie jeno na machanie kończynami podczas ćwiczeń, siermiężną zadyszkę z elementami ślinienia,  jęki i stękania, wydawanie półdźwięków, a  w domu, to potrafię się biernie gapić w tv, i rzucać krótkie komunikaty do nieletnich, bo rozumienie treści książki czy prowadzenie treściwego dialogu z potomnymi staje się zadaniem nie do przejścia.

W zasadzie po za pracą nic szczególnego się nie dzieje. Przyjaciele mnie mają mniej, rzadziej się spotykam na kawie czy na wyjściu do kina. Kino to inna sprawa, bo moja kinowa towarzyszka urodziła Arcydzieło nr 2 i skupiona jest na karmieniu i opiece, co jest słuszną ideą, a mnie trzeba poczekać, aż malucha odchowa na tyle, aby ruszyć ze mną na miasto.

Sprawy rodzinne bez zmian. Pierworodny wpada, jak ma wolny weekend i tu nie ma reguły. Ostatnio był na moje imieniny. Wpadł szybcikiem pomiędzy meczem a umówionym spotkaniem, wyściskał, zjadł, pojechał i tyle Syna. Wszedł w swoje życie. Studia, praca, treningi-doskonale to pamiętam i chciałabym móc przeżyć to jeszcze raz. Młodsze tez w swoim rytmie. Szkoła i treningi. Piotr w tygodniu zawozi Micha i Julę na zajęcia, a ja Julę zgarniam z rożnych krańców Poznania, bo jej klub rozproszył zajęcia w obrębie całego miasta. Czasem nie mam siły jechać po nią zwyczajnie, ale nie chcę podcinać Jej chęci i zaangażowania. Zrobiła duży postęp. Ma satysfakcję, więc krzeszę w sobie chęci i zbieram zad i jadę to na Golęcin, to na Janikowo. W domu zazwyczaj jestem lub jesteśmy późno. Teraz szybko robi się ciemno, to już niespecjalnie ma się ochotę na cokolwiek. I tak mija ten czas. Dzień po dniu. Przemijanie- myśl o nim, jak mnie czasem dopadnie, to budzi lęk. Ile takich dni napiętych zadaniami, obowiązkami, które sami przecież sobie stawiamy, minęło bezpowrotnie. Dni bez uważności na bliskich, bez rozmowy, która na chwilę zatrzyma nas przy sobie, bez gestu ciepłego, bez dobrego słowa. Nie wiem ile dni przede mną, ale ile by ich nie było, to wiem, że i tak jest ich za mało na wyprostowanie pewnych rzeczy, na nadgonienie tego co zgubiłam w czasie nieuwagi, a do tego tyle razy postanawiam sobie, że od dziś będę lepiej pożytkować dzień, a wychodzi najczęściej nijako, bo w kieracie obowiązków i tego „muszę jeszcze to czy tamto”. Staram się  głównie dla dzieci, żeby było im dobrze. W sferze mentalnej i fizycznej. Zapewnić chcę im dobre warunki do rozwoju, jednak czy nie za bardzo winduję sobie to zadanie? Zapominam często o sobie, czasu dla siebie samej mam tyle, co wyszarpnę na pójście do klubu. W zasadzie odkąd pojawiły się dzieci w moim życiu, to podporządkowałam to życie im. Przeorganizowywałam wielokrotnie dopasowując je do ich potrzeb. Moje zeszły na dalszy plan. Teraz trochę zawalczyłam o siebie wracając do aktywności sportowej, ale odbywa się to sporym kosztem-naciągam nierozciągliwy czas do granic możliwości, wszędzie się spieszę, jestem ponaglana wskazówkami zegara, które najchętniej zatrzymałabym. Pośpiech rodzi napięcia, te rzutują póki co na samopoczucie, które się obniża. Żeby tylko nie odbiło się to na zdrowiu mi, bo przecież nie mogę pozwolić sobie na chorowanie, bo przecież muszę zapewnić dzieciom warunki. Błędne koło. Sami je sobie tworzymy i dobrowolnie w nim kręcimy się. Trudno z niego wyjść.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Bled

Urokliwe miasto na Słowenii w otoczeniu zielonych gór cieszyło moje oko przez kilka dni. Lubię naturę, a jej różnorodność od zawsze mnie zachwyca. Miasteczko Bled liczące około 5,5 tyś mieszkańców leży nad jeziorem o tej samej nazwie. Jezioro jest ciekawym miejscem nie tylko dla wioślarzy ze względu na znajdujący się na nim tor wioślarski, ale i dla rzeszy turystów, których przyciąga źródlaną wodą termalną, ciepła, czystą o turkusowym kolorze.  Dodatkiem do tego piękna jest zielona wyspa mieszcząca się na jeziorze na której stoi stara świątynia słowiańska. Inna atrakcją jest spory zamek wznoszący się na skale 130 metrów nad poziomem jeziora z którego rozciąga się piękny widok na okolicę.
Miasto to w tym roku było miejscem zmagań osad wioślarskich mastersów. Z całego świata zjechało się około 6 tyś miłośników wioślarstwa z 860 klubów. Największa impreza wioślarska roku. Starty zaczynały się od 7:00 i trwały do 19:00 co 3 minuty każdy. Byłam pod dużym wrażeniem. Nie tylko lokalizacji, ale organizacji oraz atmosfery tam panującej. Tyle ludzi skupionych wokół wody, łodzi i wioseł. Językowa wieża Babel przeplatana uśmiechem i wzajemną życzliwością. Wszyscy połączeni pasją. Nasza ekipa z Polski to 51 zawodników, a  z samego Poznania 19. Silną stanowimy grupę już od kilku lat na tego typu imprezach. Emocje związane ze startami, radość, niedosyt, zmęczenie, koncentracja, motywacja-to wszystko dało ogrom pozytywnych wrażeń, które dopełniały okoliczne widoki. Medale zdobyte przez część naszej grupy były uwieńczeniem ich ciężkiej pracy. Potwierdzeniem formy.
W tym roku startowałam na 4 osadach. Dwa deble i dwie czwórki. Starty należały do udanych pomimo, że medalu nie wywalczyliśmy żadnego. Na regatach mastersów jest inny system medalowy, niż w imprezach seniorskich. Tutaj jest podział na kategorie wiekowe, a w danej kategorii wiekowej w każdym biegu medal dostaje tylko pierwsza wpływająca na metę osada. Więc rozdają same złota. Miejsca zajęte przez moje osady były po za strefą złotego medalu. Nie czuję tu niedosytu czy rozczarowania. Wręcz przeciwnie, miałam poprawić swój wynik czasowy i to zostało osiągnięte w stopniu znacznym, dając mi satysfakcję.
Regaty się skończyły. Po nich pozostały wspomnienia budzące uśmiech na twarzy. To naprawdę była znakomita impreza sportowa na wysokim poziomie. Fajna przygoda w grupie ludzi, których znam od lat i z którymi łączą mnie dobre wspomnienia, jak i zamiłowanie do wioślarstwa.
Wróciliśmy do obowiązków rodzinnych i zawodowych. Trenujemy dalej. Za rok Mistrzostwa Świata Masters są na Florydzie. Podejrzewam, że ze względu na to, że odbędą się na drugiej stronie kuli obsada w nich będzie mniej liczna. Nie wiem ilu zapaleńców od nas wyruszy w tamtą część świata, ale wiem, że będzie to kolejna wielka przygoda.
W domu spokojnie. Osiadamy w naszych nowych realiach. Mam na myśli szczególnie nieobecność Pierworodnego. Razem z młodszymi ogarniamy tą naszą rzeczywistość. Póki co bez napięć i oby tak dalej. Szkoła, praca, treningi. Jula skacze co raz wyżej. Michał kopie coraz mocniej, pomimo dokuczających jemu pięt. Ja już niewiele więcej z siebie wycisnę, ale się staram ;-).
Piotr ma się dobrze. Ostatnie wyniki badań laboratoryjnych, które widziałam były lepsze od moich. Nie widuję Go. Unika mnie. Nie rozmawiamy. Przyjeżdża do dzieci pod moją nieobecność. Widocznie coś tam się wewnątrz Niego wciąż narasta.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Witaj szkoło,

takie najczęściej hasła widnieją na szkolnych banerach w przybytkach wiedzy. Zaczęła się uczniowska mordęga-narzekają moje dzieci, a ja im zwyczajnie zazdroszczę tego czasu, kiedy to świat moich problemów kręcił się wokół przygotowania do klasówki, doczytywania w pośpiechu lektur czy odrabiania zadań domowych. Doskonale pamiętam, że tak samo jak moi potomni narzekałam, na „złych” nauczycieli, na za krótkie wakacje i miałam tysiące wymówek na odkładanie „na potem” szkolnych obowiązków.
Dziś, 40-sto i więcej godzinny tydzień pracy oraz 26 dni urlopu na rok wydają się wersją okrutną dla dorosłego człowieka wolnego duchem ;-). Manna jednak z nieba nie leci i pracować trzeba. W związku z pracą nie udało się mi w tym roku po -asystować najmłodszemu w dniu inauguracji roku szkolnego, zresztą duży już jest i nie potrzebuje niani-mamy, która cmoknie go pod szkołą, zdejmie paproch ze spodni wyprasowanych na kant i przyliże dyskretnie niesforny kosmyk…brrr, to zresztą nie jest nawet skrywana wersja mnie.
Wieczorem wyprasowałam, co trzeba. Kazałam nastawić budzik, szczególnie nieprzytomnej córce, która dopiero co wczorajszym późnym wieczorem wróciła ze zgrupowania, a sama wczesnym rankiem ruszyłam 200 km na południe do klienta. Wróciłam. Ogarnęłam pracownicze obowiązki i będę się pakować na wyjazd do Bled. Na kilka dni zatopie się w świat sportu, który towarzyszył mi od najmłodszych lat. Marzyłam od dziecka o sportowej karierze. Liznęłam zaledwie sport wyczynowy. Teraz bawię się. Nie dla wyniku, ale dla satysfakcji, dla tej adrenaliny towarzyszącej startom i rywalizacji.
Zostawiam dzieci pod opieką ojca, który ostatnio mocno mi się naraził. Prawdopodobnie pod wpływem emocji wywołanych moim „nie” na wspólne zamieszkanie, dał upust swojej wrażliwości i przysłał mi kilka smsów „poruszających treści”. Skłamałbym pisząc, że mnie obeszły, bo uderzały we mnie jako w matkę, napisze tylko, że wywołały poczułam przerażenie i smutek wobec tego, co się dzieje w Piotra głowie, jakimi myślami siebie karmi. Nie zareagowałam. Po kilku dniach przysłał przeprosiny. Zawsze to samo: ubliżanie i przepraszanie. Zadowolenie z siebie, że potrafię przeprosić. Może warto zrobić kolejny krok-zachowywać się tak, aby nie było za co przepraszać.
Proszę o trzymanie kciuków za powodzenie w regatach :-).

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Koniec wakacji

Krótki urlop w słonecznej Grecji dał upragniony wypoczynek. Nie sądziłam, że tak bardzo potrzebowałam nicnierobienia.
Ostatnie dni sierpnia mamy, a dzieci szykują się już do szkoły. Julianna jeszcze tylko żyje obozem sportowym na który wyjeżdża w niedzielę.
Michał na obóz piłkarski nie pojechał. Z przyczyn od niego niezależnych. Klub zarezerwował mniej miejsc, niż zawodników i przeprowadzili losową selekcję.
Dla niego to był cios, ale ostatecznie pogodził się z zaistniałym faktem.
Uważam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ Michał od dłuższego czasu uskarża się na ból pięt. Byliśmy u ortopedy i okazało się, że ma piętę Haglunda-taa fajnie brzmi, ale to nic innego, jak jałowa martwica guza piętowego.
Pozbawienie Michała możliwości gry w piłkę nożną, to rzecz dla niego niewyobrażalna. On tym żyje. Musi jednak się oszczędzać, a odciążenie pięt jest czynnikiem sprzyjającym leczeniu, które i tak wymaga sporo czasu. Drobna przerwa w treningach dobrze mu zrobi. Zobaczymy jakie efekty przyniosą wkładki, masaże i wirówki zalecone przez ortopedę.
Pierworodnego prawie nie widuję. On jest zapracowany, ja w rozjazdach pomiędzy pracą a treningami.
Krótkie rozmowy telefoniczne, aby uspokoić sumienie matki, że u niego wszystko w porządku muszą mi wystarczyć.
Powoli oswajam się z jego samodzielnością.
Tęsknie za nim. Zwyczajnie tęsknię.
W domu bez jego drylu wobec młodszego rodzeństwa nadszedł czas rozpusty.
Radek przypilnowywał dzieci, aby zrobiły „coś dla domu”, jak to zwykliśmy mówić, a teraz pod moją nieobecność nie ma kto, bo tata, jak u dzieci jest, to raczej je wyręcza, niż mobilizuje do wypełnienia jakichkolwiek okołodomowych obowiązków.
Zresztą tata ma swoje nowe wizje.
Skoro syn się wyprowadził, to były mąż wymyślił, że może on się wprowadzi i co ja na to?
Roztoczył przede mną perspektywę remontu domu. Coś o co prosiłam przez lata i nie wyprosiłam, teraz miałabym ot, tak!
Niestety nie przystałam na propozycję i znowu jestem tą złą na której się poznał, jaka to ja jestem naprawdę i nie dbam o dobro ogółu.
Ech…inaczej pojmujemy tzw. dobro ogółu, a to jaka jestem naprawdę, to już tyle razy słyszałam z ust Piotra, że nie jest wstanie mnie już niczym zaskoczyć.
Życie to ciągła zmiana, a my musimy mieć w sobie bezustanną gotowość do zmian.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Od kilku dni pada

ech mało powiedziane, to przecież nie pada tylko leje.
Ziemia tak namokła, że nie może wchłonąć więcej wody.
Kałuże stoją na ulicach. W każdej odbija się niebo.
Zaciągnięte chmurami niebo.
Deszcz krzyżuje mi nie co plany treningowe.
Nie schodzę tyle na wodę ile bym chciała, a mistrzostwa do których się przygotowujemy są we wrześniu.
Szykujemy się na wyjazd nie mniej liczną ekipą, niż rok temu, a miejsce tegorocznych MŚ Masters w wioślarstwie jest w urokliwym Bled.
Ostatnie dwa lata były dla mnie ciężkie, a treningi nierzadko były jedyną odskocznią od natłoku deprymujących myśli.
Cieszę się, że mam w życiu jakąś pasję.
Bez niej byłabym w innym miejscu.
Niebawem idę na urlop i mam zamiar spędzić go najlepiej, jak potrafię.
Pogoda w Grecji nie jest tak kapryśna, jak u nas, a ja chcę tylko słońca i spokoju.
Nic więcej.
Sporo zmian w moim życiu w tym roku.
Osobiste dylematy tracą na swojej sile.
Rodzinnie zmiany są bardzo świeże-pierworodny skończył I-etap edukacji wyższej i szykuje się na kolejny, co mnie bardzo cieszy.
Ponad to opuścił rodzinne gniazdo i nie ukrywam, że łatwym doświadczeniem to nie jest dla mnie.
Dziwne odczucia mam jako matka.
Z jednej strony cieszę się, iż próbuje samodzielności, natomiast z drugiej to poczucie „oddania go światu” jest lekko niepokojące i idące za tym rozterki, czy jest na to gotowy, czy zrobiłam, to co mogłam, aby przygotować go do samodzielnego życia, czy oddałam w świat człowieka dobrego, który nie będzie krzywdził innych i bawił się ich kosztem?
Tak, wiem czas to zweryfikuje.
Ja będę się temu przyglądać i służyć pomocą czy doświadczeniem, kiedy tylko zechce z tego skorzystać.
Tyle mogę.
Pod moimi „skrzydłami” jeszcze dwójka.
Każde inne, a i one za jakiś czas pójdą swoją drogą.
Taka kolej rzeczy.
Porządek natury i my w nim.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Lato, lato wszędzie zwariowało, oszalało

ludziom serce. Wiosna i lato mają to do siebie, że ludzie chętniej, przyjaźniej, bardziej otwarcie na siebie spoglądają. Nie wiem na czym ten fenomen polega, ale tu, jak sądzę ma swój niezaprzeczalny udział słońce. Działa ta nasza gwiazda, na nas ludzi, a my mamy pod czaszką wbudowaną baterię słoneczną o i tyle z moich biologicznych mądrości. Albo i nie, dodam jeszcze jedno, otóż kiedy miałam okazję być w słonecznej Chorwacji i o poranku wyglądać przez okno na lazur morza skąpanego w refleksach odbijających się od wody promieni, to myślałam za każdym razem, to samo, że w warunkach, takiego otoczenia nie można mieć ciężkich myśli, nie może nie chcieć się wstać z łóżka, że takie warunki dają kopa do życia i zachwytu od rana.
Lipiec mamy. Słońce może nie rozpieszcza, ale i tak jest go więcej, niż w poprzednich miesiącach. Ludzie w lekkim odzieniu, jakby i lżejsi we wzajemnym podejściu do siebie. Częściej ktoś się uśmiechnie, mniej burczenia nieprzyjaznego pod nosem, rzadziej ktoś trąbnie ponaglając w korku, a i rozkopane remontem centrum miasta nie wydaje się tak irytować, jak jesienią.
Wyczekujemy lata, nie da się ukryć. Ta pora roku stwarza warunki do szaleństwa, zabawy, poddania się chwilowej lekkości bytu. W Poznaniu nad Wartą tłumy ludzi grillują, grają w piłkę, karty, śmieją się, bawią, zbijają w grupy. Wspólnie spędzają czas. Można poczuć się częścią wielkiej rodziny. Zimną z uniesionymi kołnierzami, wciśnięci w kurtki, czapki, łypiemy na siebie wrogo wzrokiem i lepiej by nikt nie wchodził nam w drogę. Latem jest inaczej. Lato nas rozgrzewa. Rozgrzewa też nasze serducha. Tu mi się kumpela zakochała i wariuje ze szczęścia, druga domaga się zakochania i to natentychmiast, więc z taką otwartością na miłość lada moment zostanie trafiona przez Amora. Trzecia ma już buty do drugiego ślubu, kupione przez byłego męża (jak widać i takie relacje można zachować po rozwodzie) ;-). Czwarta nosi w sobie Arcydzieło-tak nazywa potomków swojego ukochanego męża.
A ja ślepnę i głuchnę, mam problemy z pamięcią- to mi bezustannie wypominają dzieci. Za dużo mam pracy, za mało wolnego czasu. Lato przeminie, ani się nie obejrzę, a potem będę tęsknić do kolejnego obiecując sobie, że zaczerpnę z niego jak najwięcej.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj