Czerwiec

Kilka dni ciepłych, którymi częstuje ostatnio czerwiec spędzam w pracy. Tak bardzo tęskniłam za słońcem, a teraz zerkam na rozświetlony nim krajobraz za oknem biurowca.  Praca, praca i praca. Już sama straciłam granicę, czy to nadmiar obowiązków zawodowych, czy może popadłam w pracoholizm. Wciąż coś zalega, na mnie czeka. Nieodhaczone zadania na wczoraj. Gonitwa. Po raz pierwszy w życiu doświadczam tak zawrotnego tempa, jakie fundują mi obowiązki zawodowe i rodzinne. Wpadam do domu, najczęściej zmęczona, zakupy po drodze, dziecko z treningu jedno lub drugie. Wpadam do domu, coś w nim ogarnę, chwilę dam dzieciom i noc już owija kark szalem snu i trudno nawet coś czytać, bo głowa sama opada na poduszkę. W weekendy mam co robić. Dom i ogród upominają się o siebie. Chwilami nie wiem za co pierwsze się zabrać, a powinnam chyba za dzieci. Rozlazły mi się jeszcze bardziej, bo i większe, bo i trudniejsze w kontakcie, bardziej samodzielne, a i pewnie wciąż trawiące sytuację rodziców, którzy się rozstali. Pochłania je internet. Zabieram im czasem telefony, bo dostaję szału, gdy widzę jak mi wsiąkają w cyberprzestrzeń.
Z Piotrem od sprawy rozwodowej prawie się nie widziałam. Gdzieś mi mignęła jego sylwetka, gdy wsiadał do samochodu, gdy ja podjeżdżałam pod dom. Nie zamieniliśmy zdania. Krótkie sms-y organizacyjne, dotyczące dzieci. Oboje prawdopodobnie żywimy do siebie urazę. Mogę pisać za siebie. Jest we mnie jej sporo, za jego negatywną postawę wobec mnie, wyparcie tego co dawałam, co włożyłam w ten związek i w naszą rodzinę. Za pozostawienie mnie z długami, za „kupowanie” dzieci i rozpuszczanie ich w ten sposób. Nie cenią tego, co mają, chcą więcej i więcej. Ja pracuję po 10 godzin, pod koniec miesiąca zaczynam już niepewnie spoglądać na konto i kiedy słyszę: „mamo, bo potrzebuję…” to odkładam na za miesiąc tłumacząc się przed nimi  lub kombinuję. Tata nie odmawia. Przecież powinnam się cieszyć, że tak jest. Przecież znam niejedną historię rozwiedzionych rodziców, gdzie ojcowie czy matki nie chcą łożyć na swoje dzieci albo ograniczają się do zasądzonych alimentów i nic ponad to. Jednak i taka sytuacja, jak nasza nie jest dobra. Mogę tylko pokładać nadzieję, że dzieciaki rozumieją, że miłość i bliskość to nie tylko spełnianie zachcianek i sprawianie przyjemności tym, co można kupić.
W ubiegłym tygodniu Micho miał mały wypadek na rowerze. Wpadł do domu z rozwalonym czołem. Wystraszony i zapłakany. Sprawdzian rodzeństwa zdany pozytywnie. Radzio trochę moralizował, jak to on, ale Jula bez chwili wahania wsiadła do samochodu i jechała z nami na chirurgię. W aucie go zagadywała i rozbawiała. Zerkałam na nich we wstecznym lusterku i było mi ciepło na serduchu. Chciałabym, bardzo chciałabym, aby byli sobie bliscy. Cała trójka. Aby mogli na siebie liczyć w każdej sytuacji.
Zdrowie Piotra na chwilę obecną nie budzi niepokoju. Po autoprzeszczepie jego stan się ustabilizował. Prowadzi normalne życie. Przyjeżdża do dzieciaków, to gdzieś z nimi jedzie. Na weekendy wyjeżdża ze znajomymi. Organizuje sobie czas. Ma go sporo, nie pracuje i nie ma innych obowiązków. Nic nie musi, wszystko może. Do siebie dzieci nie zabiera, bo tak chyba zwyczajnie prościej i wygodniej. Ostatnio ku mojemu zaskoczeniu zastałam brata Piotra u siebie w domu, który przecież odciął się zupełnie ode mnie, takie jego prawo. Panowie mnie się nie spodziewali raczej, ale nawet nie okazali zmieszania, choć niezręczna to była sytuacja.  Ja przecież w ich domach bez ich wiedzy nie przebywam. Żaden nie próbował wytłumaczyć tego, po prostu jakby musiało być. Może pod moją nieobecność toczy się w moim rodzinnym domu normalne życie towarzysko-rodzinne byłego męża, a ja o tym zwyczajnie nic nie wiem?
Życie się toczy i rządzi swoimi prawami. Życie to proces, zmienna i jak mówi moja przyjaciółka, dojrzałość m.in polega na akceptowaniu zmian zachodzących w naszym życiu. Zmian, które są konsekwencja naszych decyzji, ale i tych zmian na które wpływu nie mamy, które są trudne, są pojmowane w kategoriach bólu i straty, ale niewiele możemy zrobić po za przyjęciem tego, co się dzieje, co jest.
Z trudem zamykam kartę historii mojego małżeństwa. Pomimo, że to ja wystąpiłam z wnioskiem do sądu, to nie była to łatwa decyzja i dla mnie. Czułam takie zużycie materiału, że nie widziałam innego rozwiązania. Chciałam szacunku i spokoju. Szacunek…nonsens, prawda? Przecież nie dostanie się go stamtąd gdzie go nie było. Szacunek, kiedy dla kogoś jest formą nagrody za zasługi, a nie tym co leży u podstaw każdej relacji międzyludzkiej, staje się niepewną odroczoną gratyfikacją, którą dostajesz na chwilę, aby mieć co tobie odebrać. Mam spokój. Powoli uczę się żyć w spokoju, bez wysyłanego podprogowo komunikatu: „nie akceptuję ciebie”. Mam nadzieję, że spokój osiądzie na stałe we mnie, a ja sama wybaczę sobie ogrom popełnionych błędów. Popatrzę może za chwilę odważniej w przyszłość. Pełniej przeżyję dziś, a oglądając się za siebie, nie będę pełna żalu i niepewności kryjącej się pod pytaniem: „czy na pewno zrobiłaś wszystko, co mogłaś?”

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Lepiej późno, niż wcale

Mój stan wewnętrznego napięcia nie schodzi. Szukając analogii swojego najeżenia wśród fauny wpadłam na jeżatkę. Emocje są nastroszone jak kolce na powierzchni skóry, a ta aż boli od przepięć, które buzują w mojej głowie tysiącem myśli. Te tłumione we wnętrzu siłą woli usztywniają moje całe ciało. Wszystko mnie boli. prowadzę wewnętrzne dialogi typu: odpuść, zweryfikuj swoje myślenie, odrzuć ziarno od plew, nie daj się pochłonąć złym emocjom, zostaw to za sobą. Chcę nabrać powietrze w płuca, ale leży mi na klatce kamień niezrozumienia i przygniata.
Zadaję sobie pytanie od przedwczoraj: czy ja znałam Piotra? Okazuje się, że nie do końca. Elastyczność Piotra była mi znana. Owszem. Nie raz miałam okazję oglądać go w kilku odsłonach. Miał swoją wersję tą na pokaz i wersję nie pokazową, kiedy nie musiał trzymać się w karbach przyzwoitości. Jednak zawsze miał się za człowieka dobrego, uczynnego i uczciwego, który ma swoje zasady. Dobroć, uczynność czy uczciwość nie są manipulatywne. Nie można nimi żonglować na potrzeby sytuacji. Wypływają z naszej postawy. Postępowanie wbrew sobie samemu kłóci się w nas. Nie daje nam spokoju. Piotr nie ma wewnętrznych konfliktów. Każdą sytuację którą spieprzył, tak w sobie obrobił, aby wina leżała po za nim. Dociera do mnie, że nie usłyszałam od niego nigdy nic niekorzystnego na swój temat. Na wszystko miał wytłumaczenie. Wobec wszystkiego był bezwolny, albo nie mógł, albo chciał, ale nie miał możliwości, albo starał się, ale go nikt nie doceniał, albo darzył uczuciem, ale nie okazywał, albo wiedział co zrobić ale nic z tym nie zrobił itd.
Bierna postawa może i jest wygodna. Nie wiem, nie praktykuje. Robienie z siebie ofiary, osoby niewinnej i pokrzywdzonej, upatrującej źródła swoich niepowodzeń po za sobą. Jednak Piotr przejawia i aktywną postawę podczas ataków wobec mnie. Pewnie to też naturalne, bo ofiara bez kata nie może być ofiarą.
Popełniłam dużo błędów, jednym z nich było zaufanie Piotrowi. Otóż całą swoją historię jemu zawierzyłam. Jestem zwolennikiem rozmów, dialogu. W tych formach upatruję zrozumienia i porozumienia między ludźmi. Przedstawiając swoją perspektywę, swoje motywy, uczucia, intencje mamy możliwość naprowadzenia partnera na ścieżkę, którą podążaliśmy. Unikamy wtedy domysłów. Oczywiście warunkiem jest to, że ktoś z uważnością i dozą empatii nas wysłucha i przyjmie naszą wersję. Gorzej, kiedy nakłada się na to swoją formę, odbiegającą od przedstawianej. Wtedy żadne rozmowy sensu nie mają. Za późno zrozumiałam, że ogrom chęci, energii straciłam na bezowocne rozmowy z Piotrem. Niejedna osoba mi mówi, odpuść, zostaw to, przecież nie zmienisz jego toku myślenia. Stworzył sobie swoją wersję waszego życia. Stworzył i w nią wierzy. Ją kultywuje. Nic z tym nie zrobisz. Pewnie tak. Mogłabym przytaczać fakty, dowody i nic…wyparte przez Piotra w jego głowie nie istnieją.
Chciałam spokoju, a nie permanentnych awantur i obelg pod moim adresem w obecności dzieci. To słyszałam weź sobie rozwód i powiedz w sądzie jaka jesteś, ale nie weźmiesz rozwodu, bo będziesz musiała sprzedać ziemię i dom po matce i mnie spłacić. No to złożyłam pozew. Były przecież i mediacje, gdzie mąż chciał ode mnie 140 tyś za rozwód, dzierżąc na swoim koncie podobną kwotę naszych oszczędności. Był pozew bez orzekania winy. Nie szło dojść do porozumienia, mąż się nie zgadzał na rozwód. Teraz na ostatniej sprawie, kiedy to Piotr oświadczył, że zgadza się na rozwód, wyszło, że okazał dobrą wolę, swoją dobroduszność i ja mogę z niej skorzystać. Kiedy opowiedział jak to złą kobietą jestem, a on jak był wspaniały i jak zajmuje się dziećmi, to już nic tylko wpatrywałam się w głowę nad nim czy mu aureola nie zaczyna świecić. Kiedy mnie dopuszczono do głosu, powiedziałam, że taka sytuacja, że ojciec zajmuje się dziećmi z takim zaangażowaniem, pomimo, że one już tego w takim stopniu nie potrzebują, ma miejsce przez ostatni czas, wcześniej to wszystko spoczywało na moich barkach, to co na to powiedział sędzia? „Lepiej późno, niż wcale” i tymi słowami wprowadził mnie w osłupienie. Owszem można posługiwać się powiedzeniami, ba nawet używać ich jako argumentu na sali sadowej, ale biorąc pod uwagę, że coś ważnego dla ludzi się kończy, a czasu straconego wobec dzieci nie sposób nadrobić, to rzucanie takich cytatów bywa nie na miejscu.  Zresztą w naszym przypadku, jak widać jednak zdecydowanie za późno.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | 1 komentarz

Piszę co raz rzadziej

Mniej we mnie emocji, mniej przejęcia tym nowym tworem, jaki stworzyliśmy z Piotrem głównie na potrzeby dzieci. Pierworodny zamyka pierwszy stopień edukacji, pisze prace licencjacką, kończy praktyki. Potem…potem ma już kilka planów na życie i prawdopodobnie się wyprowadzi. Córka wchodzi w trudny czas, nie dosyć, że zawsze była outsiderką, to teraz nasila się jej indywidualizm. Martwię się czasem, że stracę z nią kontakt, że mi gdzieś czmychnie w meandry nastoletniej emocjonalności i ją zgubię. Złapała bakcyla do trenowania lekkoatletyki. Ćwiczy z zapałem na treningach, to plus, bo wiem, że pasja to ważna składowa życia. Najmłodszy rozbiegany pomiędzy szkołą a treningami. Robi postępy na obu płaszczyznach. Jest zdyscyplinowany, ale najbardziej wytrącony chyba z równowagi rozpadem rodziny. Piotr po autoprzeszczepie ma się dobrze. Przynajmniej tak mówi kiedy pytam, bo aktualnych wyników badań nie znam. Wygląda dobrze, ma sporo energii, to widzę, gdy się czasem gdzieś miniemy, więc mniemam, że szpiczak został w znacznym stopniu zażegnany.  Piotr nadal jest na plastrach i to one regulują jego emocje.  Z krótkich oględnych relacji dzieci wiem, kiedy tata jest w wersji łagodnej, a kiedy w ostrej.
Za tydzień spotykamy się w sądzie. Orzeczenie sądu nie ma już dla mnie znaczenia większego. Dwa lata mijają, jak Piotr się wyprowadził, całe lata, jak „wyprowadziliśmy się” od siebie w obszarze psychicznym. Mam w sobie wiarę, że uda nam się na tyle zachować szacunek dla siebie, że nasza relacja będzie co najmniej poprawna. Spokój, który pozyskuję od dnia naszego rozejścia jest dla mnie kojący. Na wiele rzeczy patrzę inaczej, owszem czas wytwarza inną perspektywę ale i ów spokój pozwala ugładzić myśli, wyciszyć pretensje, żale, animozje.
To, co wyżej,  zapisałam tydzień temu i wisiało niedokończone w szkicach blogowych.
Dziś emocji we mnie sporo. Niestety niedobrych. Rozżalenie, rozgoryczenie, rozczarowanie, żal.
Sąd Okręgowy, sala sądowa i orzeczenie rozwodu. Rozwód nie był moim życiowym celem. Był koniecznością w sytuacji do jakiej doprowadziliśmy siebie pociągając za sobą nasze dzieci. Koniecznością, gdy nie szło się porozumieć samemu ze sobą czy za pomocą miediacji. Kiedy to dziś Piotr ostatecznie zdecydował się na zmianę swojego stanowiska, że chce jednak rozwodu, to Sąd zaproponował powrót do wstępnej wersji pozwu czyli bez orzekania o winie. Piotr na dzisiejszej sprawie opowiadał naszą historię. Wiem, że każde z nas ma swoje odczucia i emocje, które zabarwiły ponurym kolorem w pamięci konkretne sytuacje nas dotyczące, jednak stojąc nie raz przed Sądem i Piotrem, mówiłam: wiem, że jestem winna rozpadowi tego związku i będę z tym poczuciem żyć do końca dni. Wiem też, gdzie zawiniłam, gdzie mogłam inaczej. Nie jest to dla mnie lekkie i przyjemne zamknięcie 20 lat życia w związku. Konsekwencje swoich działań, decyzji będę ponosić, a dzieci nie raz mnie rozliczą z moich błędów, które popełniłam. Będę musiała wtedy przyjąć to, co mi powiedzą czy może rzucą w twarz rozgoryczone. One mają zapisaną swoją historię, nasyconą swoimi emocjami adekwatnymi do poziomu ich rozwoju. Piotr nie wziął na siebie krzty odpowiedzialności za rozpad naszego małżeństwa. Był idealnym mężem. Nawet, jak pił…powiedział, że wie, że pił bo kierowało nim uzależnienie, ale też dlatego, że żona nie okazywała uczuć, tak jak chciał, był rozczarowany, bo inaczej wyobrażał sobie małżeństwo. Mój Boże, ja również inaczej je sobie wyobrażałam! Pił zanim zawarł związek. Jaki wtedy miał powód? Kurde, znam wiele osób uzależnionych, po terapiach, ale mam wrażenie, iż mają większy wgląd w siebie, więcej krytycyzmu wobec własnej osoby. Mam niesmak po tym, co usłyszałam. Jak nigdy go nie wspierałam, kiedy pił, kiedy przestał pić, kiedy podnosił kwalifikacje zawodowe, kiedy zmieniał pracę, kiedy był za granicą. Nic tylko skupiona na sobie zbijałam bąki. On, tato kąpał dzieci i…długo, długo nic i teraz JEST, interesuje się, wozi do szkoły, na treningi, kupuje przybory szkolne, odzież, buty. Jasny gwint przecież, to podstawowe obowiązki rodzica. Dzieci są już nastoletnie, jedno dorosłe; są całkiem samodzielne, coraz bardziej niezależne, a on wyskakuje przed Sądem z zakresem podstawowych obowiązków, mało tego mówi o tym emanując glorią i chwałą. Mam być wdzięczna ojcu własnych dzieci, że zapewnia im podstawowe rzeczy, realizuje ich potrzeby? Kiedy go nie było, nie obnosiłam się z tym, że wypełniam rodzicielskie obowiązki, że wożę do szkoły, kupuję ubrania, karmię, wożę na treningi. Nie wiem czy to, że jestem matką, to zmienia poczucie obowiązku wychowawczo-bytowego wobec dzieci? Czy to znowu jakieś uwarunkowania społeczno-obyczajowe i matka to wszystko musi, a ojciec tylko może, a gdy już robi, to pomnik się jemu należy? Ponad to ma ogrom wolnego czasu o sporo możliwości. Nie pracuje, ma pieniądze, samochód więc o ileż łatwiej dostosować się do rytmu dzieci, kiedy w większości rodzin , to one muszą dostosować się do rytmu pracy rodziców.
Ech..nie tylko nie usłyszałam jednego słowa, którym Piotr wyraził by poczucie odpowiedzialności za to, że nam się nie udało, bo i on coś zawalił, czemuś nie sprostał, zawiódł. Nie usłyszałam też żadnego pozytywnego słowa o sobie. Byłam po prostu do bani, kiepska żona i matka, ale na pytanie Sądu, czy mąż mnie wciąż kocha, po namyśle Piotr odpowiedział, że zawsze darzył żonę uczuciem, zawsze to mówił, może nie okazywał, ale mówił i jeszcze mnie kocha. „Darzył żonę uczuciem” -jakim?- cisnęło mi się na usta. Uczucia są różne, czy Piotr miał na myśli miłość, czułość, serdeczność, troskę czy może nienawiść, zazdrość, niechęć, rozczarowanie, antypatię. W naszym związku od lat działo się źle. Czasem, gdy udało się w spokojnym tonie rozmawiać o ewentualnym rozstaniu, wyrażałam nadzieję, że jeśli by do tego doszło, to będziemy potrafili zrobić to bez godzenia w siebie nawzajem, ze spokojem, zachowując wzajemny szacunek. Piotr temu przytakiwał. Jasne, gadać to sobie można, a sytuacje w życiu zweryfikują wszelkie słowne deklaracje. Zweryfikują też nas samych w tych sprawdzianach z życia. Jestem po takiej weryfikacji. Jestem rozwódką, która zmarnowała życie partnerowi, a on był bezwolną ofiarą moich wyrachowanych działań.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Czas…

wszystko zamykamy w jego ramach. Człowiek stał się niewolnikiem czasu. Stworzył jego definicję, sprowadził do jednostek i nic już nie umie dookreślić bez niego. Kosmos, przestrzeń przez człowieka poznana w mikro zakresie, również został wciśnięty w ramy czasowe. Odległości jaki pokonują statki badawcze mierzone są w jednostkach czasu, mówimy o latach świetlnych, a przecież jest bardzo prawdopodobne, że  czas w tej nieodgadnionej przestrzeni wcale nie istnieje. Mamy do tego stopnia myślenie skorelowane z czasem, że moje wcześniejsze zdanie trąci herezją. A bezczasowość w pojęciach nicość czy wieczność budzi wręcz przerażenie, prawda? Nie ogarniamy umysłem życia wiecznego, które jest nagrodą dla wierzącego w Boga, ale liczymy na to. Mamy nadzieję. Nauczeni, że wszystko ma swój początek i koniec, drżymy próbując sobie wyobrazić wieczność, coś co nie ma granicy, nie ma końca. Abstrakt.
W zasadzie pewną i namacalną chwilą jest teraźniejszość. Ten konkretny moment. Moment, którym wcale nie żyjemy. Przynajmniej większość z nas. Bo w tej chwili, krótkiej teraźniejszej jednostce czasu, myślimy albo o tym, co zrobimy za chwilę, albo o tym co już za nami. Teraźniejszość jest trudna do doświadczania, bo nasz umysł uwielbia robić sobie wycieczki w przyszłość lub przeszłość. Może życie chwilą obecną pozwoliłoby nie co uwolnić się od dyktatury czasu?
Tak mnie okresowo, chwilowo na czas naszło, bo leci on nie oglądając się na nas. Każda chwila przemija. Ta dobra i zła. Wszystko przeminie. My też. Z naszymi problemami, radościami, z tym wszystkim co dzięki nam powstało lub z tym, co rozpieprzyliśmy. Za kilkadziesiąt lat nikt nie będzie o nas pamiętał. Zapomną o naszym istnieniu, a my się tak czasem rzucamy, aby zaistnieć. Szarpiemy emocjonalnie, aby zrobić na kimś wrażenie, coś znaczyć. Może jesteśmy jakaś alternatywą wyobrażonej sobie przyszłości. Będziemy przez chwilę przeszłością zachowaną w wyobraźni. W mikro skali naszego otoczenia jesteśmy chwilą dla innych. W makro skali kosmosu nie istniejemy. Znajdź tu sens i logikę?

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wiosna

Dziś właśnie na chwilę udało się poczuć wiosnę pomimo, że nadal mamy przecież kalendarzową zimę. Zawiozłam córkę na trening, sama ruszyłam swój zad i pobiegałam na stadionie w marcowym słońcu, które z każdym kolejnym okrążeniem wydawało się przygrzewać bardziej. Siódme poty na mnie wstąpiły, a rogówka zaszła mi parą od przegrzania. Po powrocie do domu, czując swoje stawy i mięśnie przy każdym ruchu, poczłapałam na ogród, aby się dobić chyba. Ambitnie chciałam poczynić pierwsze wiosenne porządki. Poczyniłam. Napracowałam się tak, że nie mam siły mrugnąć powieką.  Zmęczenie fizyczne jest lepsze od psychicznego, tłumaczę sobie, a to drugie miewam zdecydowanie częściej. W ubiegłym tygodniu napięcia zdrowotne mnie nie co przystopowały, nieoczekiwanie na kilka dni wylądowałam w szpitalu. Przeprowadzono serię badań, których wynik na moje szczęście nie odbiegał od normy, co mnie i owszem uspokoiło, ale nie usunęło dolegliwości. Za to od poniedziałku do piątku nie wiedziałam, jak się nazywam. Miałam pracy, aż pod kokardę. Dziś, jak wspomniałam na wstępie dowaliłam sobie ogrodem. Weszłam do domu i bodłam pretensją moje „niewdzięczne” dzieci, które nie ruszyły mi z pomocą w porządkach ogrodowych. No nie ruszyły, bo jedno zmęczone po treningu, drugie wyczerpane meczem, a trzecie właśnie jechało na swoje rozgrywki i musiało oszczędzać siły. No to mam za swoje. Chciałam, aby moje dzieci zajęły się sportem. Zajęły. Każde coś trenuje, pasjonuje się swoją dyscypliną, sportem w ogóle. Ale nie chciałam, aby treningi, zmęczenie czy zawody były za każdym razem wymówką, gdy oczekuję od nich pomocy! Wiecie, co jest najsmutniejsze, że moja Matka dokładnie to samo przeżywała ze mną i dopiero teraz to rozumiem. Rozumiem, co sama dawałam sobą, swojej Matce jako dziecko.  Wróciło to do mnie w postaci zachowań moich dzieci wobec mnie. Powielanie mechanizmów. Sztuką jest przerwać schemat. Ja wciąż próbuje.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Badanie przez biegłego psychologa za nami,

Sąd skierował na takie badanie, bo tak najczęściej procedury postępowania rozwodowego wyglądają, gdy chodzi o małoletnie dzieci.
Dzieciaki po jednym spotkaniu, które miało miejsce jakiś rok temu u psychologa w szpitalu onkologicznym, kiedy to w czwórkę wylądowaliśmy w gabinecie, nabrały takich uprzedzeń, że ich nastroje były wręcz wisielcze. Mało tego po feriach pierwszy dzień i nie idą do szkoły. No obrażone na cały świat.
Próbowałam nie co zmienić ich przekonanie i jedynym skuteczny sposobem okazało się poczucie humoru i nasze głupie żarty w drodze do gabinetu.
Moje emocje odnośnie rozwodu opadły już jakiś czas temu i póki co nie podnoszą się. Cały ten rozwód zaczyna być mi obojętny.  Najgorsze, czyli wydłubywanie ze skorupy wspomnień, kawałków nieciekawej przeszłości mam za sobą. Teraz pani psycholog będzie się przyglądać relacjom dzieciaków z rodzicami i na podstawie 3-4 godzin obserwacji wystawiać nam cenzurkę jakimi rodzicielami jesteśmy, jak dzieci funkcjonują na poziomie emocjonalno-intelektualnym (świadectwa, opinie specjalistów, gdy są trzeba mieć) oraz czy przez rozwód „nie ucierpi dobro wspólnych małoletnich dzieci”-ta formułka jest mocna, bo jak Sąd może zbadać poziom ich dobra? Nie dosyć, że badanie nie jest miarodajne, bo nijak nie może być, kiedy to ktoś ma się o sprawach trudnych dowiedzieć na podstawie krótkiej rozmowy i jeszcze wystawić opinię, to naprawdę potrzeba by chyba rzędu wnikliwych i doświadczonych obserwatorów, a i tak efekt mógłby być żaden. Dobra, Sąd się czymś podeprzeć musi, no to praktykuje takie badania i już.
Pani psycholog wzięła nas czyli męża i mnie na pierwszą linię frontu, a dzieciaki w pokoju obok czekały znużone. W zasadzie nie ma tu problemu ograniczania władzy rodzicielskiej, więc kłótni o to w jakie dni i po ile godzin mamy się opiekować dziećmi, nie było. Nie było też, na szczęście tematu z kim mają mieszkać, bo to jakby stało się oczywiste i nie obrzucaliśmy się argumentami przemawiającymi za tym, kto jest lepszym rodzicem; tu mogłaby być niezła jatka, gdyż wiem jakie Piotr ma mniemanie o mnie w tym zakresie.
Jatka jednak i tak była, otóż Pani psycholog dopytując każdego z nas o status, zarobki, warunki mieszkania, zdrowie  i naszą ocenę swojej sytuacji, usłyszała ona, no i ja, że mąż ma warunki na tyle kiepskie, że dzieci nie może nawet u siebie podjąć (te same warunki są w jego domu rodzinnym od lat, gdzie dzieci u babci przebywały wielokrotnie na różnym etapie swojego rozwoju i nic tym warunkom nie brakuje), mało tego, że mężowi jest trudno żyć z miesiąca na miesiąc prosząc brata o taką możliwość. Ze zrozumieniem psycholog pokiwała głową, skrzętnie notując, a mnie szlag trafia, bo mam silne przekonanie, że wykorzystuje nie tylko chorobę Piotr, ale i tą sytuację, aby pogłębiać się w roli ofiary. Stać go na wynajem lokalu, który będzie spełniał warunki –cokolwiek mąż ma na myśli, bo tego się nigdy nie dowiem lub dogadać się z bratem tak, aby nie prosić się o mieszkanie w ich domu rodzinnym bez względu na to czyją jest własnością po śmierci ich Matki.
Piotr miał też silną potrzebę mówienia o swoich emocjach. Wyglądało to mniej więcej tak, że zaczął mówić, jak to nie może zrozumieć mnie i mojego zakłamanego postępowania. Podkreślać wyłączność mojej winy, wyciągać nasze brudy w postaci zupełnie przetworzonych treści lub wyrwanych z kontekstu słów czy obrobionych na potrzeby Piotra zdarzeń. Słuchając, co on mówi, robiłam oczy tak duże, że zaczęłam sprawdzać czy są jeszcze na swoim miejscu, a moja percepcja zawodziła mnie na tyle, iż nie byłam w stanie rozpoznać czy wybałuszam je na skutek podniesionego ciśnienia, czy to silne zdziwienie połączone z zatkaniem i bezdechem. Zwentylowałam ten pęczniejący stan słowami : „co ty mówisz??? Czy Ty siebie słyszysz, chociaż”?
No jaja jakieś. Ku..a. Nie raz byłam świadkiem przetworzenia przez Piotra naszej skądinąd wspólnej przeszłości. Nie raz głupiałam próbując umiejscowić jego historię w chronologicznym biegu zdarzeń i nie raz przeżyłam ten stan ZATKANIA i NIEPOJĘCIA pt: „o co chodzi”??? Kurde wyszłam z wprawy. Znów mnie strzeliło i powaliło. Zatkało. Zagotowało. Doszło do przepychanki słownej. Domagałam się faktów, a nie jego domysłów i hipotez. Oczywiście mąż siedział spokojnie i swoim spokojnym głosem dochodził swego, a gdy udało mi się mu przerwać, to prychał po swojemu i mówił: „ no widzisz, bo się nie przyznasz, że tak było, a tak było”…kobieta chwilę biernie się przysłuchiwała. Potem te nasze wymiany kilka razy przerwała. Stwierdziła, że jest w nas wciąż dużo emocji. Mąż stwierdził, że on nie może wypowiedzieć się na temat swoich emocji, a  żona to mogła mówić, ale on nie. Ona zaczęła go zachęcać, aby kontynuował, chociaż ta rozmowa dawno już nie jest na temat, ale ona nie chce, aby on miał poczucie, że za mało czasu mu poświęciła. On już podziękował. Cyrk. Po prostu cyrk.

Dotyczyć spotkanie miało DZIECI. Na wstępie, trzymając nasze akta na kolanach, zastrzegła, że je czytała, że zna moją i męża treść pozwu i o tym nie będziemy rozmawiać, tylko o tym, co dotyczy dzieci.  No to się dowiedziała o tym, co żona mężowi zrobiła. Jędza. Żmija podstępna. Zimna kreatura. Ach i padło sztandarowe męża hasło: „ kochałem żonę i gdyby żona była inna, to ja byłbym inny dla niej”. Warunkowanie swojego uczucia i zachowania postawą partnera, to zjawisko bardzo mi znajome i bardzo przenoszące na mnie odpowiedzialność. I mówi to facet, który przeszedł trzy lata terapii i pracy z psychologiem.

Wyszłam roztrzęsiona, nerw normalnie mnie wziął, a Piotra abstrakcje dzwoniły w uszach. Jakie ścieżki znajdują jego synapsy będzie dla mnie zagadką do końca życia, ale też silnym argumentem za tym, jak cholernie rożni jesteśmy, gdy chodzi o wgląd w siebie i spraw, które są trudne, a dotyczą nas samych.
Dostaliśmy do wypełnienia testy, a dzieci zostały poproszone do pokoju psycholog. Jedno weszło na chwilę rozmowy i miało również zadanie do napisania. Drugie to samo i wsjo! Dzieci z 40 minut, a rodzice ponad dwie godziny.
Takie sytuacje, kiedy słyszę Piotra wypowiadającego się o nas, przepraszam o mnie, bo o sobie, to on ma takie wypowiedzi, że jakby ich nie obrócić, to wypadają zawsze poprawnie, to dociera do mnie momentalnie świadomość DLACZEGO MY SIĘ ROZSTALIŚMY.
Potrafiliśmy ze sobą PRZEBYWAĆ, ale nie potrafiliśmy ŻYĆ w emocjonalno-uczuciowej bliskości.
Dlaczego?
Bo nie potrafiliśmy z wielu powodów stworzyć  tej bliskości tam na samym  początku, gdy byliśmy jeszcze młodzi, niedojrzali, a życie nam rzuciło wyzwanie w postaci  roli rodzica, a potem się tego też nie nauczyliśmy, bo każde było skupione bardziej na oczekiwaniu wobec drugiego, niż siebie samego.
Dziś widzę swoje błędy, dziś wiem, że nasze małżeństwo, jako związek uczuciowy nigdy związkiem nie był.  Uczucia to nie słowa o miłości i zapewnienia o niej, to nie gadanie o szacunku, o wsparciu, zrozumieniu.  To żywe gesty, autentyczne zachowania. Spójne z nami. Wypływające z nas, a nie pod publikę. Pewnie, że popełnia się błędy, ale nie wciąż te same i nie można w nieskończoność siebie tłumaczyć.  Dziś wiem, że utrzymanie samego  małżeństwa dla jego statusu  jest łatwiejsze niż rozstanie. Przy rozstaniu emocje zostają poruszone do granic możliwości, a w związku są odrętwiałe postępująca martwicą do której dawno się już przyzwyczailiśmy. Ludzie albo budzą się z tego odrętwienia i coś ze sobą robią obierając wspólny azymut, albo któreś przebudza się przy kimś nowo poznanym.
Powiedziałam tam, że gdybym wiedziała, że tego dnia, kiedy Piotr chciał ode mnie uczuciowej szczerości i kiedy zapewniał, że jest gotowy na każdą odpowiedź, gdybym wiedziała, że to pytanie jest wynikiem jego wahadła emocjonalnego, absolutnie nieprzemyślane i bez odpowiedzialności po jego stronie, to ja  wtedy zwyczajnie skłamałabym. Skłamała dla dobra większości, bo po tym dniu już każdy następnym był pęczniejącym wrzodem. Powiedziałam, że ta moja „prawda” nie była warta tego, co potem nastąpiło. Szczególnie tego co wyrządziliśmy dzieciom, gdyż Piotr mocno je wciągnął w nasze problemy. Jemu tego podarować nie mogę, a sobie, że ich lepiej nie chroniłam. Przyglądam się z niepokojem, co w nich pozostawi niedojrzałość  rodziców.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Styczniowo-chorobowo

Śnieg. Zima. Mróz. Słońce. Odwilż. Aż dziw bierze że występują te wszystkie okoliczności w  jednym czasie. A jednak. Śnieg skrzy w słońcu uroczo tworząc niepowtarzalny obraz.  Urzeczona wpatruję się w to, co za oknem, bo mnie dopadło jakieś huju-muju wirusowe eges-teges i mam gruźlice, kaszel, koklusz i galopujące suchoty razem wzięte. W zasadzie nic mi nie jest, ale jak zacznę kaszleć to skończyć nie mogę. Mam wrażenie, że zakaszlę się na śmierć, a w karcie zgonu przyczyną będzie ZAKASZLAŁA SIĘ. Ambitnie, no i oryginalnie, jak człek oryginalnością nie grzeszy, to niech chociaż okolicznością zgonu się wyróżni. Noce miałam ostatnio ciężkie z tych pt: „jak to człowiek marnuje życie na bzdety, a sprawy istotne umykają”. Gdy strach w oczy zaglądał z każdym kolejnym kaszlnięciem i łapaniem powietrza w obkurczone oskrzela, to priorytety same ustawiają się we właściwej kolejności. Zasadność części moich działań, czy działań innych wobec mnie zobaczyłam przez okulary do bliży. Wyraźnie i czytelnie. Wnioski? Jestem niewolnikiem swojego umysłu i przez lata wtłaczanych do niego schematów myślenia. Myślenia powszechnie przyjmowanego za prawidłowe czyli od urodzenia do śmierci zmierzaj tą drogą, co inni: edukacja, praca, rodzina, dzieci, wnuki, zgon, pomnik z kamienia na lokalnym cmentarzu. Tyle. Stopnie na świadectwie są ważne tylko przez chwilkę. Kariera zawodowa, to kolejna chwila twojego życia, nie co dłuższa. Rodzina, to pokoleniowy przekaźnik naszych wartości, więc ma odbicie w rozciągłości czasu, jednak wartości…hm…skoro wciąż są te same, bo określone normatywem społecznym, to jaka w tym nasza oryginalność? Wpajamy naszym potomnym: bądź sobą i siebie szanuj i kochaj, a zarazem szanuj i kochaj drugiego człowieka, bądź dobry, tolerancyjny, wyrozumiały, uczynny, dbały, entuzjastyczny, pogodny, nie narzekaj i inne, a w nurcie zdarzeń i doświadczeń międzyludzkich oszlifują ciebie i twój entuzjazm, dobroć, szacunek, wyrozumiałość i opancerzysz się w arogancję, ignorancję i…w zasadzie już wystarczy.

Priorytety. Sama nie wiem ile razy w życiu próbowałam je sobie ustawić w odpowiedniej kolejności. Ani ile razy się do nich odwoływałam, ile na nie powoływałam, ile razy zdeptałam, zaprzeczając im i ich zasadności. Wyznaczamy je sobie, nazywamy, porządkujemy i czujemy się tacy dookreśleni w zgodzie z nimi, ukierunkowani w działaniu w ramach własnego życia. Porównujemy do innych, tych gorszych według nas, by poczuć się lepszymi-też według nas, no bo kto nas ocenia? Sąsiad, szwagier, siostra, kuzyn, listonosz, pani ze sklepu? Po trosze każdy, ale najistotniejsza ocena to ta nasza przed samym sobą. Ja robię dobrze/źle, ja wiem/nie wiem, ja umiem/nie potrafię. JA. Co ja o sobie myślę?-jest wpierw. Siła i jakość naszych myśli o sobie jest naszą tarczą przed opinią zewnętrzną, naszym poczuciem własnej wartości.  Nie przejmuję się tym, co myślą o mnie inni, a jeśli myślą źle, to co mogę zrobić by myśleli o mnie, tak jak ja chcę, jak sam się widzę? Raczej nic.  Każdy z nas w sobie prowadzi takie rozważania, traci energię na upiększanie swojego wizerunku, pomimo że priorytety ma zdecydowanie bardziej ambitne. Najsmutniejsze jest jednak to, że pomimo jakichś prób i starań, by życie prowadzić dobrze i samemu być w tym życiu jakoś zauważonym, mało komu się to udaje. Przychodzimy na świat tak samo, żyjemy podobnie, kończymy tak samo. Pomiędzy owym początkiem a końcem jest pospolitość, powszechność, uśrednienie. Postawią nam pomnik z kamienia, taki sam jak pozostałe, bez względu na to jakie mieliśmy w życiu wartości. Nie znajdzie się na tym kamieniu napis, że to był szlachetny człowiek czy wyjątkowa postać, która była wzorem dla innych. W naszym gatunku bycie wyjątkowym jest  bardzo trudne. Może za bardzo, więc po co silić się na oryginalność zachowań i ich ostentację, kiedy może wystarczy się skupić na sobie i tylko/aż żyć w zgodzie samemu ze sobą?



Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nie ma lekko

Tytuł brzmi złowieszczo, a ja nawiązuje do ciężaru (tym razem nie życia), a tego który dźwigam na własnych nogach czyli nadwaga-temat mocno wyświechtany przez społeczeństwo będące w dobrobycie, do którego się skądinąd zaliczamy. Tak, tak noworoczne postanowienia wielu z nas są w tym zakresie do siebie podobne: „zrzucić kilka kilogramów”. Ja postanowień noworocznych nie czynię, bo?, bo nie lubię postanowień, a nie lubię ich bo?, bo po prostu jestem mizerna w dotrzymaniu ich. Proste. Jednego wieczoru mój Pierworodny, który fintesuje się i dietetyzuje, patrząc na kogoś w tv, kto otyłość miał sporą, rzekł w zamyśleniu: „jak można doprowadzić się do takiego stanu, przecież to jest długi proces, czy człowiek nie widzi jak się zmienia i jak mu coraz ciężej”. Wymyślił-skonstatowałam cicho w głowie, ale kurde zostało i siedzi. Chciałabym schudnąć tak z 10 kg. Skoro umknął mi proces tycia, to może uświadomię sobie proces chudnięcia i rozpuszczę zbytek?  O, jest to moim marzeniem,  a  marzyć to ja lubię. Więc marzę sobie, że jestem chudsza, smuklejsza, bardziej gibka i wiotka, marzę i marzę, bo podobno proces gubienia wagi zaczyna się w głowie. Mój się zaczął jakieś 15 lat temu i trwa. No tak proces ;-), a skoro efekty są mizerne,  okresami nawet odnotowuję niebezpiecznie deprymujące liczby na wadze cyfrowej, to postanowiłam zintensyfikować myślenie, a nuż coś zgubię i oby to nie był kontakt ze samym sobą ;-).

Święta. To były zaskakujące święta. Inne. Tak, jak jestem tu schematyczna , tak wyszły one po za mój utarty schemat. Nie tylko tą ubraną przed czasem choinką, ale wigilią w niespodziewanym gronie. Mąż na wigilię postanowił nie przybyć. Dowiedziałam się od dzieci, że taty nie będzie, więc zapytałam go drogą tradycyjnie już sms-ową, jaki jest powód takiej decyzji. No i sobie narobiłam. Głupia ja. No jaki powód? -głupio się pytam. Ja. Ja sama w sobie, bo za krótko, źle, niewłaściwie, nieodpowiednio „opiekowałam” się mężem w trakcie i po przeszczepie. Jednym słowem jestem zła, a on nie będzie przed dziećmi udawał dla mnie(?), że wszystko jest ok, bo nie jest i czas to pokazać, że zniszczyłam rodzinę. No to pokazał. Cóż zatem, zamiast życzeń świątecznych poczytałam sobie sporo cierpkich słów o sobie, a zamiast opłatkiem podzielił się ze mną mąż swoim żalem, którego jestem jak widać nieustającym źródłem, a czas wydaje się nie sprzyjać temu, aby postawa Piotra wobec mnie nabrała łagodniejszej formy.

Męża  nie było przy wieczornym stole, ale po za mną i dziećmi była bratowa, którą wypuścili ze szpitala właśnie we wigilię po operacji bypassa, a  jej córka wyjechała do teściowej, oraz matka bratowej, która przyszła na chwilę odwiedzić ją, a że to samotna kobieta, więc po prostu została u nas zaproszona do stołu.  Po wigilii powiedziałam dzieciom, aby zabrały opłatek, jedzenie i prezenty do Ojca i pojechały do Niego. Tak też się stało. Posiedziały. Wróciły. Potem wspólny wieczór.

Nowy Rok. Dla mnie dzień, jak co dzień. Pierworodny wychodził na imprezę w swoim gronie. Córka wymyśliła, że zaprosi koleżanki, na co przystałam, a ja z najmłodszym wyszliśmy do mojej  „przyjaciółki zza lasu”, gdzie zdarza mi się sylwestrować z nieregularną systematycznością ;-).  W kameralnym towarzystwie prowadziliśmy głęboką rozmowę nad sensem ludzkiego życia, ot to ci  Sylwester ;-),  by nic odkrywczego nie wymyśleć. Z fajerwerkami na ciemnym niebie nie przyszło żadne olśnienie, ani odpowiedzi na pytania: czy chodzi tylko o przekazanie życia potomstwu i wychowanie go? A co z tymi, którzy nie mogą mieć dzieci? Czy o wypełnianie siebie poprzez wiarę? Jeżeli tak, to w którą? Jaka jest właściwa? Rzymsko-katolicka? Co z tymi, którzy wierzą w innego Boga/Bóstwa? Dlatego, że urodzili się w innej wierze są skazani na grzech, na bezsens, na bycie „niewybranym”? Kłóci się to wszystko z ideą „Boga Miłosiernego”. Czy chodzi o rozwój w szerokim rozumienia tego słowa, jak rozwój cywilizacji i jednostki? Czy chodzi o wypełnianie jakiegoś zamierzonego wobec nas planu, którego istnienie zakładamy?

Czy może  to hedonizm jest tym, czym człowiek ma zapełniać swoje życie, aby miało ono sens? Na tym stanęliśmy acz trudno mi z tym się pogodzić, że tylko o to chodzi, a zarazem trudno mi znaleźć coś więcej, niż to. Jeżeli jest jakieś „coś więcej” to wciąż jest po za obszarem mojego ograniczonego umysłu. Ludzie spełnieni w życiu mają poczucie jego sensu. Chyba. Chociaż może to nie jest tożsame? Jaki jest sens życia tych, którzy żyli krótką chwilę? Bez szans by posmakować życie. A tych, którzy od początku skazani są na cierpienie? Mają nadawać swojemu cierpieniu sens?  O co w tym wszystkim chodzi, do cholery? Zresztą, gdyby sens życia był ujednolicony i oczywisty dla wszystkich…hm, życie byłoby chyba bardziej przerażające, niż jest. Tym wszystkim nie rządzi przypadek, rządzi tym Ponadludzka  Świadomość, o której możliwości nawet nie ocieramy się.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Reniferowato

nie lubię świąt o czym już pisałam, więc nie będę wylewac tu swojej irytacji wywołanej okolicznosciową nagonką, ale mają one dla mnie jeden miły akcent, który zwyczajnie mnie bawi, otóż lata temu w pewnym środowisku otrzymałam ksywę „renifer”. Wzięła się ona od mojego imienia i tak zostało. Na początku irytowało, potem przyszła racjonalizacja, że mogło być gorzej typu: „Renata-szmata” ;-),  a przyległo Reni-fer czyli taki całkiem w porządku renifer lub Renata. Ci, którzy mnie znają z tej „zwierzęcej” strony ślą mi prezentują drobiazgi wszelkiej postaci, mam zatem ogrom reniferowatych bibelocików/wystrajaczy/dodatków zgromadzonych przez lata, które ozdabiają mój dom przez okragły  rok, a nie tylko w zimowe święta.  Mam kartki, obrazki, figurki, wytłaczanki a w skarpetach z reniferami czynię ten wpis. Pewnie banał, ale ten banał umila mi napięty ostatnio czas. Inna sprawa, która mnie cieszy, to przesilenie zimowe. Od szczenięcych lat, pamiętam słowa: „nowy rok na barani skok”. Nie rozumiałam ich długo, dopóki nie poznałam pełnej treści porzekadła, że dni przybywa. Ano przybywa już od dnia 21 grudnia. Kończą się szybko zaciągnięte zmrokiem dnie. Ponure z nieuchwytnym zachodem słońca. Kończą się smęty, idzie nowe, jaśniejsze, dłuższe, rozświetlone. Dla mnie to granica mroku. Teraz już będzie więcej  światła i nadziei w tej naturalnej cykliczności -tak sobie od lat powtarzam.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Blog to żaden czytelniczy przymus

Piszę bloga dla siebie. Pisanie to dla mnie forma autoterapii, łapię dystans do wydarzeń, upuszczam emocje, wentyluję napięcia. Wiem, że nie jestem tu do końca anonimowa. Wiem, że moje postępowanie, zachowania które tu opisuję mogą budzić i budzą krytykę. Wiem, że podlegam ocenie. Tak to już jest i liczę się z takimi konsekwencjami, które wymieniłam. Piotr od początku wiedział, że pisze bloga. Znał jego adres, bo mu podałam. Nie lubił, ani mojego pisania, ani innych rzeczy, które mi sprawiały frajdę. Jego wybór. Myślę, że gdyby był ciekawy tego co tu zostawiam, zwyczajnie by tu wchodził. Nie robi tego, ale ma osobę „życzliwą”, która mu co jakiś czas donosi o tym, co ta popieprzona Renata tu wypisuje. Proszę do mnie kierować „życzliwcu” uwagi wszelkie, ponieważ podjudzanie Piotra ma to do siebie, że rzeczy wyrwane z kontekstu opakowane w negatywny stosunek do mnie, podane jemu, budzą w Nim złość i zamiast trafić nią we mnie, to wciąga w to dzieciaki, żaląc się im, jak to ich matka jest niedobrą kobietą. Zastanawiam się, co ma na celu ów „życzliwy” czytelnik? Piotr ma wystarczającą ilość nienawiści do mnie, więc po co to jeszcze podsycać, szczególnie teraz przed świętami, gdy będzie trzeba się spotkać, aby zachować fason przed dziećmi? Może tu chodzi o osobistą satysfakcję typu: „a mówiłem tobie, że to wredna baba”, tylko jeżeli ktoś z takich rzeczy czerpie satysfakcję, to mu zwyczajnie współczuję.  Jest wiele innych ciekawszych sposobów osiągania samozadowolenia. Ponad to doskonale wiem, że łatwiej zajmować się czyimś życiem, niż swoim własnym i łatwiej komuś dawać wytyczne, niż zastanowić się nad sobą tyle, że więcej z tego szkody, jak pożytku, więcej wrogości, aniżeli otwartości pomimo wszystko.
To, co się wydarzyło pomiędzy mną, a Piotrem  dziś mogłoby mieć zupełnie inną postać, gdyby nie podkręcanie jego wrogości do mnie. Szacunek i kultura są tym, co jest ponad wszelkie okoliczności. Emocje skrajne nie raz w nas buzują, rozumiem to doskonale, ale to co z nimi zrobię, czy obrzucam kogoś obelgami, czy podkarmiać będę niepohamowanym gniewem i żalem, czy przeczekam, aż opadną i przemyślę ile krzywdy wyrządzę słowem lub działaniem, to już zależy wyłącznie ode mnie. Otóż, ja również jestem stroną w tym związku i nie kaprys chwili doprowadził mnie do tego trudnego miejsca w jakim jest moja rodzina. Nie fanaberia była powodem rozejścia się. Ja również mam sporo wspomnień z naszej przeszłości, które powodują poczucie żalu do męża. Poczucie niezrozumienia mnie i złego traktowania. Nie uwzględniania mnie i moich potrzeb. Przegadaliśmy mnóstwo spraw i problemów, ale to Piotra problemy były zawsze ważniejsze oraz z jego samopoczuciem musieliśmy się liczyć. Nie piszę bynajmniej o okresie choroby, to rozumiem. Chociaż też do pewnego momentu, bo choroba nie upoważnia męża do tego by mną pogardzać. Nam się zwyczajnie nie udało udźwignąć tego związku, tej naszej  „relacji na siłę”, która wciąż kulała, obnażając nasze niedobranie się, uwypuklając różnice na wielu płaszczyznach. Zaczęliśmy ten związek źle i źle on się skończył. Choroba alkoholowa Piotra i to co jej towarzyszyło, nie były wiążące w inny sposób jak mechanizmami uzależnienia i współuzależnienia. Terapia i abstynencja, to wyzwanie nie tylko dla alkoholika, ale jego rodziny. Nie wiesz czy cieszyć się, że jest trzeźwy, czy płakać, jak potrafi być napięty i broń boże, żeby nie sprowokować go niczym, bo zapije. Potem uczysz się żyć w nowych warunkach, ale i tak On-alkoholik to postać pierwszo planowa, bo ja…ja zrobiłem już wszystko-przestałem pić. Nie zliczę ile razy to usłyszałam przez ostatnie lata: „ja przestałem pić, a ty co zrobiłaś?”.  Może dla Piotra to szczyt jego możliwości. Jego prawo spocząć na takim etapie ze swoimi aspiracjami. Ja chciałam od partnera czegoś więcej, niż tylko nie picia, chciałam dbałości o mnie, spokoju, poczucia bycia szanowanym, chciałam czuć się bezpiecznie w obecności kogoś z kim idę przez życie, chciałam aby nie podważano mojej wartości, nie kpiono ze mnie, nie porównywano do mnie, by wypadać w tych porównaniach lepiej, nie poniżano mnie. Żeby moje osiągnięcia były tak samo ważne, jak to „nie piję”.
Jestem naprawdę wyczerpana psychicznie i chcę już odbudowywać się. Podnieść głowę i uśmiechnąć się, wyjść ze smutku, poczucia winy i odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Staram się z całej siły trzymać w „kupie”, choć naprawdę przychodzi mi to z coraz większym trudem. Dla siebie muszę, bo klęknę psychicznie, dla dzieci muszę, bo beze mnie pogubią się w życiu jeszcze bardziej. Dopóki ich nie wyposażę w to, co w życiu potrzebne, aby umiały sobie z życiem radzić muszę krzesać z siebie siłę, uśmiech i spokój. Muszę mierzyć się z problemami wychowawczymi, zawodowymi, rodzinnymi i brakiem czasu dla dzieci i siebie. Muszę  pracować po za etatem, by utrzymać ten majdan. Muszę też znosić ocenę innych, aluzje, ostracyzm, oraz różne zachowania Piotra. Staram się Mu pomagać, powtarzam, że może na mnie liczyć i nie są to tylko słowa, ale doraźna pomoc, jak tylko zwróci się z czymś do mnie. Mogliśmy pomimo rozstania i tego całego bajzlu naszego, przejść to inaczej. Mogliśmy dać dzieciakom lekcję wzajemnego szacunku i dojrzałości, a pokazaliśmy się z najgorszej strony. Po kiego diabła mieszają się w to inni? Niech wezmą odpowiedzialność za to, co robią swoim gadaniem. Niech zamienią się ze mną na dzień moim życiem, moimi problemami, moją perspektywą, a potem nich mnie osądzają.

Opublikowano codzienność, małżeństwo, rodzina, Sprawy ludzkie, szpiczak mnogi, życie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy